LAS, Sopot, Haffnera
Zdarzają się miejsca, do których wchodzę i milknę. Nie muszę zastanawiać się, skąd są ciasta, jaka kawa, dlaczego to, a dlaczego nie to. Takie miejsca uwodzą skutecznie i natychmiast. Siedzę, patrzę, zastanawiam się, miejsce mówi do mnie, słucham, nie pytam. Jest mądre i refleksyjne. Ma misję. I nie trzeba jej podzielać, może nawet tak i lepiej, nie przestaje wtedy zadziwiać. Warto natomiast dać się uwieść.
Wszedłem do Lasu wczoraj i zdarzyło mi się właśnie takie coś. Zagrało mi wszystko, chociaż nie podają cukru, ksylitol jedynie, a nie lubię kawy z ksylitolem. Niby dziwactwa, ale w Lesie to nie dziwi. Inaczej. Niby odstaje wszystko, ale nie odstaje nic.
Nawet nie chcę rozbierać tego na elementy, nie będę zastanawiał się nad czynnikami sprawczymi: czy to efekt tego rozjechanego wnętrza, angażującego, niby niespokojnego, budowanego na fajnych kontrastach, ale - przede wszystkim z subtelnym wyczuciem niedomknięcia: pozostawienia przestrzeni niedopowiedzianej, takiej do estetycznego oswojenia na własną rękę. To mistrzostwo samo w sobie, bo przecież nie ma tu celowych zaniechań, wszystko jest wykoncypowane i dopracowane. A i tak z masą powietrza dla percepcji i inwencji odwiedzających. Takie historie zdarzają się nieczęsto: wnętrza śmiałe, niepokorne, ale przyjazne i otwarte na ludzi: chętnie przyjmą ich historie i doświadczenia. Zaciekawią, wysłuchają, rozweselą, pocieszą.
Las rozlokował się na antypodach jakiegokolwiek zadęcia. Znam miejsca luzackie, ale z luzem z kartki, napisanym wcześniej przez cwanych menedżerów, bo jasne, że uśmiech podbija wskaźniki rentowności. W Lesie nie ma nieszczerości. Jest czysto.
Myślę, jak ugryźć ten Las. I chyba jest to miejsce o rewolucji. Czuję ducha jakiegoś latynoskiego fermentu: nie opuszcza mnie wrażenie starej Hawany. Nie ma tu żadnej symboliki, żadnej Kuby w kolorach, ale fermencik wisi w powietrzu, jest lewacko, wolnościowo, garażowo, niesopocko.
Kawowo wyśrubowany jest w kosmos, ale tak wdzięcznie, naturalnie, bezpretensjonalnie. Bez świrowania i kawowych specialty narracji. Koleś zza baru kręci aeropressy z dziecinną łatwością, zupełnie bezrefleksyjnie, bez krztyny nadęcia. Podoba mi się to, nie ma tu pouczania, kapłaństwa, nabożności. Jest jakość, bo tak ma być, niby dlaczego miałoby być inaczej. Przypomina mi się włoski obrazek sprzed dziesięciu lat: autogrill przy autostradzie, dziewczyna miota trzy kolby naraz, zero zbędnych ruchów, wszystko spójne i naturalne, żadnego poczucia wyjątkowości, żadnej woli mocy, po prostu kawa.
Zamawiam i nikt nie pyta o ziarno. Muszę dopytać sam. Pytaj, jeśli chcesz wiedzieć. Jest jakie jest, Kuba od Auduna. Nie trzeba żonglować żadnymi Fajwelefantami, Norweg z Bydgoszczy broni się sam.
Las jest knajpą z innej bajki. To jest ta rewolucyjność: pójście gdzieś w poprzek tego, co dzisiaj ściska dupska kawowych trędzeterów: nie berlińskie przebieranki, histeryczno-ezoteryczne licytacje na ziarna i przelewy czy wysilone dizajnerstwo spod igły za ciężką kasę. Nie wiem nawet czy faktycznie Las knajpą jest. Gastronomicznie jest mikroskopijny, ale to nie przeszkadza, bo Las nie jest o jedzeniu. Jest jakimś miejscem, które za wszelką cenę podjęło próbę zbudowania własnej opowieści, pozytywnie zbuntowanej, przyjaznej, osnutej wokół luzu, swobody, familiarności i zacieraniu granic między goszczonymi a goszczącymi.
Chwała.
środa, 6 kwietnia 2016
wtorek, 12 stycznia 2016
Drukarnia, Gdańsk
Drukarnia, Gdańsk, ul. Mariacka
To nie tak, że Brzytfa kocha
stawać okoniem: wtedy, gdy chwalą musi ustawić się na kontrze. Chwali także
wtedy, gdy inni chwalą (choćby fukafe czy Dwie Zmiany). Dzisiaj jednak pojedzie
na przekór. I zadrapie obiekt wielbiony, młodego, ale dobrze już spasionego
cielaka gdańskiej kawosfery. Ta satysfakcja, kiedy jako pierwszy dobierasz się do
bożyszcza. Albo łapiesz prymusa na ściąganiu.
Bo miejsce chwalone jest,
wychwalane nawet. I nikt niczego nie wytyka, wszyscy łykają wszystko, dużo
westchnień: tak pięknie, tak nowocześnie, a kawa wreszcie taka dobra. Nie lubię kawy, ale w Drukarni mi smakuje!
Wreszcie odzyskaliśmy kawę w tym
mieście! Nie inaczej.
Jest mur zbiorowej euforii i
czołowe noty w rankingach na gastrobjawienia minionego roku w Trójmieście. Jasne, Drukarnia to miejsce mocne. Miało takie
być i było od samego początku. To nie miał być skromny biznes, który wypatrywać
miał klientów, a potem troskliwie ich podlewać. I czuwać na ponownymi
odwiedzinami. Drukarnia to raczej silny gracz, do którego miały ruszyć ławy
klientów skuszonych ultramiejskim (berlińskim?) charakterem miejsca, z
założenia kipiącego kawowym hajpem. Drukarnia miała rząd dusz od samego startu,
a jej niespieszne moszczenie sobie gniazda wzbudzało na fejsie dziesiątki/setki mlaskań. Szybko po otwarciu D. obwołano najlepszą kawą i najpiękniejszą kawiarnią
w Gdańsku, na fejsie wciąż nie milkną laudacje.
W Drukarni kawy się nie parzy.
Drukuje. Fajne, że tożsamość miejsca tak silna, tak pewna, ale i nieco
ryzykowne, bo przecież druk w swej naturze jest zdepersonalizowany,
zestandaryzowany i zautomatyzowany, obliczony na szybka i efektywną produkcję
komunikatów-klonów. To dosyć niepokojące skojarzenie z kawiarnią. Czy raczej: drukarnią kawy.
Drukarnia rozlokowała się w
miejscu nieoczywistym. To Mariacka, fajna miejscówka między majem a wrześniem,
tyle że fajna głównie dla spacerowiczów. Bo Mariacka to nie zwyczajowy trakt
komunikacyjny dla mieszkańców, a zatem nie jest to wymarzona lokalizacja dla
knajpy, która chce generować codzienny zwyczajowy ruch. To nie jest dobry adres
dla „trzeciego miejsca”, obliczonego na zbudowanie trwałej więzi z gośćmi. Przez
to nie mogę jakoś wyobrazić sobie Drukarni nabitej ludźmi, buzującej taką
zwykłą poranną atmosferą kawiarnianą: krzątaniną, kawą, rogalikami czy
gazetami. Mam nieodparte wrażenie, że Drukarnia to miejsce na wyrost.
Ostentacyjnie kawocentryczne pogubiło się w chłodnej biznesowej kalkulacji i
przeceniło polskie zainteresowanie kawą. Obawiam się, że po początkowych achach
może pozostać lokalem na uboczu, ciekawostką nie-po-drodze, kurczowo trzymającą
się nadziei, że kiedyś znowu się zazieleni i przyjadą turyści.
Drukarnia jest wyśrubowaną
kawiarnią. Podkręconą, tzn. taka, w której kawowa zawartość została ustawiona
na maksymalny poziom. Jest jeszcze koncept estetyczny miejsca: czarny i
minimalistyczny, nowoczesny, kanciasty, typograficzny. Kłujący w oczy i w
dupsko, gdy się trochę posiedzi. Sklejka, czernidło i metalowa rurka. Latem,
gdy wnętrze zlewa się z przedprożem, a słońce i powietrze w naturalny sposób
kolonizują pomieszczenie, nie stanowi to większego problemu. Tyle, że gdy ciemniej
i zimniej, wnętrze w swojej czarno-grafitowej szorstkości zostaje pozostawione
same sobie. I nie wiem, czy się broni. Ja na przykład poszukałbym jakiegoś
pluszu i herbaty z miodem.
Mam taką obawę, że Drukarnię może
zgubić dążenie do perfekcji w dość wąsko zarysowanym kawiarnianym polu. Nie
wiem czy wyśrubowanie działki kawowej to wystarczający argument, żeby obronić
cały koncept kawiarni. Rozstrzygnięcie co do jakości kawy to ważny fundament,
ale nie jedyna przesłanka, która decyduje o istocie miejsca. W Drukarni
zabrakło mi innych nośników tożsamości niż kawa i wystrój. Tym bardziej,
powtarzam, wystrój Drukarni kłuje w brzuch. Jest kawa, kawa i kawa. I jeszcze
trochę kawy. Wszystko takie trochę nie spożywcze, faktycznie wydrukowane, z
tuszu i papieru. Suche. Chude i wytrawne. Książeczki o kawie, oczywiście tej
właściwej. Sprzęty. Atakują dripy i chemeksy. Czuję się osaczony, wszędzie widzę,
jaką kawę powinienem pić. Znaczne natężenie przemocy symbolicznej. Mam
wysuszony żołądek. Nie widać tu jedzenia, smakołyków, czegoś smacznego, czego
bym gwałtownie za-pożądał, na co bym się oblizał. Jest tylko kawa, która
poszarpie wnętrzności. Kilka ciast-niedobitków, trochę wyschniętych w lodówce. Oczywiście
to ciasta nietutejsze, w D. przerabiają wrzeszczańskie Notociacho, to
nienajgorsza propozycja, ale bynajmniej nie unikatowa, a i zdarzają się jej
wyroby/dni słabsze. Obietnica kilku naparów na karcie przyczepionej do ściany.
Herbaty w gotowych hipsterskich mieszankach, spod znaku Teapigs. Lemoniady,
naturalnie zabutelkowane, ale nie JohnLemmon, bo zbyt pospolite.
Drukarnia stawia dylemat. Czy
parzenie, pardon, drukowanie kawy w wykoncypowanym dizajnersko wnętrzu
wystarcza na kawiarnię?
Pytanie otwarte.
Kawiarnia ma budować wokół siebie świat: własnych niepowtarzalnych smaków, atmosfery i relacji. Drukarnia wypada pod tym względem ubogo. Jest po prostu kofitrakiem, który dostał osobliwą miejscówkę w kamienicy.
Mam nieodparte wrażenie, że
Drukarnia jest idealnym pośrednikiem. Nie chce, nie lubi wychylać się poza już ustaloną
(przez innych i gdzie indziej) ofertę. Sprzedaje wyłącznie gotowce. Nie chce
dokładać nic własnego. Mało, bardzo mało inwencji. Po prostu czysty handel. Czysty
biznes. Montownia.
Myślę, że to duży kontrast z
Palarnią z Tkackiej. Drukarnia przecież niczego nie wypala i niczego nie
piecze. Ciasta dostaniecie w Notociacho obok Manhattanu, taniej i większy
wybór. Ziarna są oczywiście topowe, z najbardziej okrzyczanych palarni
(berlińsko-skandynawsko-warszawskich). Jest w tym jakiś niezrozumiały hi(p)steryczny
upór prymusa: musimy mieć najlepsze ziarno, jeżeli nie podamy tego od
FiveElephant, zawali nam się świat. Sprowadzanie tych wszystkich Kofibrandów
czy Czarnych Deszczów pewnie ma jakiś sens, tyle że przestaje już być nowością,
a przez to i dystynktywnym wyróżnikiem kawiarni. Alternatywy pozostaną niszowe.
Są też relatywnie coraz bardziej dostępne, a niewielki rynek szybko się nasyca.
Ta ścieżka zaczyna się zapełniać.
W całej tej kawocentrycznej
modzie cholernie przeszkadza mi jej ultrapoważność. Nagle specialty coffee stała się dobrem absolutnym. Zupełnie
niepodważalnym, przyjmowanym bezdyskusyjnie. Brakuje mi jakiegoś kontrapunktu,
puszczenia oka, humoru i dystansu. Drukarnia jest pod tym względem śmiertelnie
poważna. Ale co innego jej pozostało? Kawa (obok wnętrza) jest jedynym
fundamentem, na którym stoi. Zamiast być tylko kawiarnią, chce być agendą
kawowej edukacji, świątynią trzeciej fali, a to zwykle nie idzie w parze z
dystansem.
I na koniec taka ciekawostka,
która stawia Drukarnię w trochę innym świetle. Według paragonów kawiarnia należy
do lokalnego bursztynniczego giganta Silver&Amber, zresztą zajmuje lokal po
ich dawnym sklepie. Przypadek? Czy może duży gracz postanowił zrobić sobie
kawiarnię? Nie dziwiłby zatem rozmach, z jakim powołano Drukarnię do życia.
Rozumiem realia biznesowe: udziały, spółki, inwestorzy i startapy, ale w tej
konkretnej sytuacji kawa jakoś staje w gardle. Jeśli wyśpiewałbym tu hymn
pochwalny na cześć Drukarni, miałbym wrażenie zagrania w ustawce, w której role
zaplanował (wykupił) możny właściciel. No i chyba nie potrafię przyklasnąć
kawiarni, która jest po prostu jedynie inwestycją. Zawsze bliżej będzie mi do
miejsc mniej drapieżnych i mniej komercyjnie spasionych, trochę niepewnych, za
to nadrabiających misją, troską, twórczym entuzjazmem.
Bo wolę flądrę z rusztu niż stek z
rekina.
A w finale zapożyczę od
Andersena. Nowe kawy cesarza.
Rozumiecie?
piątek, 27 listopada 2015
kawiarenka
Kawiarenka
Jest takie słowo, które
irytuje niepomiernie. Kawiarenka. Pada zwykle, gdy różni urzędnicy
i nie-urzędnicy z wypiekami perorują o zmianach w jakiejś
przestrzeni miejskiej. O rewitalizacji. Inni, już nie-urzędnicy, z
równym przejęciem rozprawiają o tym, jak mogłoby być pięknie,
jak wspaniale. I jak miło. Gdyby tylko były kawiarenki, najlepiej
takie zupełnie nowe, które jeszcze nie powstały. Bo te, które już
są i jakoś (jeszcze) działają nigdy nie są takie jak trzeba. Te
nowe to dopiero będą prawdziwe kawiarenki.
Kawiarenka jest malutką
i nieopierzoną córeczką wielce poważnej rewitalizacji. Natchnieni
planiści mantrują: kawiarenki, kawiarenki, faktycznie, każda
rewitalizacja winna głęboki ukłon proroczej Pani Irenie.
„Kawiarenki... na na na”
Rewitalizacja to
słowo-klucz. Klucz do systemu, do lepszej rzeczywistości. Ludzie
żyją obietnicami rewitalizacji, że ktoś wreszcie zwróci im
miasto, bo przecież miasto jest dla ludzi. Rewitalizacja
znaczy, że ktoś się przecież troszczy, nawet jeśli buduje trochę
dalej galerię handlową, to jednak chce dobrze. Bo chce
rewitalizacji. No i kawiarenek.
Rewitalizacja jest ważna,
to dzisiejszy projekt modernizacyjny. Modernizacja nie jest już
chwytliwa, rewitalizacja owszem. Piękniej jest tchnąć nowe życie
niż tylko mechanicznie unowocześniać/odnawiać. Rewitalizacja jest
projektem niesłychanie powabnym. Zawsze jest rewitalizacją czegoś,
tutaj i teraz domagającego się nowego paliwa. Taka piękna troska o
lokalność, o moją małą ojczyznę.
Projekt rewitalizacyjny
musi, ale to absolutnie, zakładać kawiarenki. Nie kawiarnie, ale
kawiarenki właśnie. Nie wiemy, dlaczego tak. Najlepiej właśnie w
liczbie mnogiej. Im więcej kawiarenek, tym lepiej, tym bardziej
udana ta rewitalizacja.
Kawiarenka jest
naturalnie kobietą. Taką, którą nie należy i nawet nie wypada
się przejmować, taką, która ma swoje humory, histerie, okresy i
depresje. Trzeba je tolerować, tak dla świętego spokoju. Dać się
wykrzyczeć i wypuszczać drugim uchem. Taka kuchareczka, coś tam
pogotuje, no gdzieś się musi wyżyć, żeby nie zgłupiała. Nic
poważnego. Jest potrzebna i przydatna, jakoś tam, choć kto tak to
naprawdę wie? No, ale mówią, że ładnie z tymi kawiarenkami, to
niech będą, jak najwięcej. Nie wiadomo, o co im chodzi, ale
wystarczy, że są. Coś tam pobrzęczą, ale ważne, że fajnie
wyglądają. Nie trzeba do nich zaglądać, nie ma po co, nie ma tam
kotleta ani kiełby z cebulą, nawet piwo rzadko. Że z czegoś muszą
się utrzymać? Niech się starają, to się utrzymają. Ujęliśmy
je w planie rewitalizacyjnym, znaleźliśmy miejsce, niech nie
narzekają, tylko wezmą się do roboty. Że zainwestowali czy
wtopili? To jest biznes, nie starasz się, odpadasz, życie. Najwyżej
powstaną nowe, jakieś przecież być muszą, w końcu to
rewitalizacja. Musi być ładnie.
Budujmy galerie handlowe,
wypieprzajmy naturalny ruch z centrów miast i rynków w kosmos, tzn.
na bliższe/dalsze obrzeża. A potem załamujmy ręce, lamentujmy i
wznośmy błagalne prośby o kawiarenki.
Kawiarenki. Znów będzie
miło i będą ludzie. One wszystko uzdrowią.
Odzyskamy to
miasto.
poniedziałek, 16 listopada 2015
Kawocentryzm. O kawie, która odleciała w kosmos.
Kawocentryzm. O kawie,
która odleciała w kosmos.
Wykonam dzisiaj wpis, za
który zapewne dostanę po głowie.
Brzytfa z czasem stała
się nie tylko miejscem recenzji kawiarnianych, ale i okazją do
refleksji nad kawiarniami w ogóle: nad dosyć fundamentalną
kwestią, na czym polega istota kawiarni, z czego składa się
kawiarniana atmosfera, na co powinni zwracać uwagę solidni
kawodawcy, aby ich biznesy miały siłę i mocną tożsamość.
Wielokrotnie wytykałem różnym miejscom słabą jakościowo kawę,
zwykle efekt prostackiego wyboru nie tyle ziaren ile konkretnego
dostawcy, który wspaniałomyślnie meblował lokal: oferował
porcelanę czy zapaski dla wytresowanej obsługi.
A dzisiaj pojadę na
kontrze.
Kawa mnie męczy.
Skąd, wciąż ją piję
(nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej) i lubię. Ale zmęczyła
mnie kawowa nowomowa. Znużyły mnie pytania, jakie ziarno wybieram:
z Kenii czy Hondurasu. Jasno czy średnio? Myte, niemyte? Burbon
srurbon?
Wiem, to całkiem dziwne,
bo przecież zdarzało mi się pisać o słabości lokalnego rynku,
że anachroniczny i w większości mielący te Alfredy czy Segafredy,
tępo zapatrzony we włoskie przepały, które ciągną się jak
glutowate makarony.
Żeby było jasne; nie
odwracam się od dobrej kawy, od tych wszystkich ponętnych
arabicznych singli. Tylko że taka kawa chyba mi się przepiła.
Po latach smakowania kawy
mam zasadnicze oczekiwanie: kawa ma być smaczna. I nie muszę
dopowiadać do niej żadnej historii. Nie potrzebuję jej usilnie
uczłowieczyć ani prześcigać się w wymyślaniu jej wyjątkowej
historii.
Nigdy nie sądziłem, że
tak szybko zatęsknię do południowych mieszanek. No nie, żebym
upadł tak nisko: Alfredy na przykład nie, ostrożnie z Segafredem,
Illy Allen też niekoniecznie (tutaj powód smakowy, nie o to).
Dzisiaj widzę to dość
wyraźnie: kawiarnia skupiona wyłącznie na kawie to niedoskonała
kawiarnia. Mocno niedoskonała. I nie chodzi tylko o estetykę
wnętrz, w takich kawocentrycznych miejscach zwykle oszczędną,
czasami z wintydżową okrasą, ale przeważnie mocno nowoczesną,
jasną, kanciastą i twardą. I zupełnie paradoksalnie, bo niby
unikatową, a zupełnie zunifikowaną, powielającą zbliżone
standardy: cegiełki, biele, tablicowe czernie i kredowe literki,
retro-rodzynki, pasaże ze sklejki czy bulwiaste żarówki.
Rejbenowski komfort: wszędzie podobnie, wszędzie ukojenie, wszędzie
chemeks z tego samego Johana z Nystromem. Z górą dwie dekady temu
bezpieczeństwo fundował Makdonald. Dzisiaj drip od The Barn.
Koniecznie maksymalnie owocowy. Fajnie, że bezglutenowy.
Poniekąd nie ma tu
sprzeczności z tym, co pisałem kiedyś wcześniej, bo sednem
kawiarni jest budowanie atrakcyjnej kafestetycznie całości,
której kawa jest zaledwie jednym z elementów. Czuję rezerwę do tych kawobiznesów, które obwołują się i wystrajają w kawowe świątynie,
w których ziarno czci się jak jasno palonego (koniecznie) cielca,
stawiając ołtarzyki z kolb, dripperów, syfonów, sekundników i
jubilerskich wag. Do tego koniecznie kredowe polichromie na
czarnotablicowym tle z uświęconymi nazwami singli, parceli, krajów
czy palarni. Za ladą natchnieni bariści sprawują obrzędy:
przemieniają wodę w kawę. Po drugiej stronie uniżeni wyznawcy,
starotestamentowo brodaci, w rytualnych dziarach i często, o dziwo,
w czapkach. Tak wygląda aspirująca kawiarnia, pardon, świątynia
kawy w dużym mieście. Kawa odjeżdża w kosmos. A miała być tu, w
tej filiżance.
Fakt, kawa stała się
dobrem już nie tylko parzonym czy przelewanym, ale przede wszystkim
mówionym. O kawie się mówi, pisze, wygłasza sądy i krytyki. Kawa
jest – to już nie żadne odkrycie – dyskursywna. I druga strona
tego dyskursu: intensywne wykształcanie się społecznego światka1
z jego walecznymi rycerzami i ich honorowymi kodeksami.
Z dyskursami i światami
społecznymi jest generalnie jak z murami: ustawiają jednych po
jednej, innych po drugiej stronie. Kreślą znak wspólnoty, ale i
odróżnienia jednocześnie. Świat kawowy jest uniwersum młodym i
niezmiernie gorliwie poszukuje sposobów uzasadnienia własnego
istnienia: buzuje od pomysłów, poglądów, refraktometrów. Kleci
hierarchie nowych kawowych kapłanów, obwołuje i odwołuje bóstwa,
stawia insta-ołtarzyki, pieczętuje insta-dekalogi. Na mocy
wszystkich tych niezwykle poważnych zabiegów wyodrębnia się
warstwa uświadomionych kapłanów i ich akolitów oraz motłoch,
nieoświecony blaskiem trzeciej/czwartej fali, wciąż tkwiący w
kawowym trzeciorzędzie. Nic straconego: trzeba ich oświecić,
poedukować, nakierować na właściwe tory. Zazwyczaj z neoficką
żarliwością, bywa, że – ciekawe! – ze skrzętnie skrywaną
zielonością świeżo zapalonych kawoamatorów, wczoraj wrzucających
neskafe 3w1 w akademikach, dzisiaj perorujących o pomarańczy w
Malawi.
Tak czy siak, kawiarniana
rzeczywistość straciła na luzie, stała się nasycona nakazami i
powinnościami: coś wypada bardziej, coś mniej. Trzeba się
pilnować. Kawa odjeżdża, swoboda odjeżdża.
Nie zliczę sytuacji,
kiedy poprawiano mnie, że nie należy przeparzać espresso, a -
jeśli w ogóle, przecież to niegodne – należy dolać wrzątku.
Nawet jeśli uprzedzałem, że wiem, że będzie bardziej gorzko, a
przy okazji i kofeinowo, nie chcieli, ewentualnie i finalnie z
łaskawym uśmiechem wyższości podpisywali się pod bluźnierstwem,
zawsze wszak z pobłażliwym votum separatum. zachcianki.
Jedna sytuacja jest natomiast szczególna: białostocka Baristacja,
słuszne miejsce, zresztą ośrodek bezprecedensowej i
bezkonkurencyjnej na Podlasiu kawowej edukacji (jasne, że Podlasie
kawą nie stoi, mlekiem do latte owszem). Dużo ziaren, przelewów,
kilka młynków. Dużo do wyboru, może za dużo. Chciałbym zwykłą
kawę, nie espresso, takie skrócone americano. Barista jest
poruszony: „czy może pan powiedzieć, co ma przeciw espresso?”
brzmi nie tylko jak wyrzut, wręcz groźba. Proszę się wytłumaczyć!
Jak można mieć jakieś pretensje do espresso? Odpowiadam, nie
lubię, to nie jest, moim zdaniem, odpowiedni sposób smakowania
kawy, espresso jest skoncentrowanym wyciągiem, w którym smaki
zostają sprasowane w mikroobjętość, o wielkim nasyceniu,
spłaszczone i wysuszone. Skoro tak lubicie porównywać kawę do
wina, to uwierzcie, że wina nie chodzą w koncentratach, nie ma
skondensowanego wina (no może tylko Tokaj Aszu Eszencia, ale to
zupełny wyjątek). Bo smaki, to moje zdanie, potrzebują
przestrzeni, żeby się rozwinąć, potrzebują powietrza, nie ścisku
i tłoku. Dlatego nie lubię espresso. W sumie to paradoksalne że
piewcy lekkich i smakowo wyrafinowanych, choć mało kawowych (moje
zdanie), przelewów, z zaciekłością bronią zranionej czci
espresso.
Po latach przyglądania
się kawiarniom wolę kawę, wokół której nie kręci się
spektakl. Wolę kawę nieco schowaną, wycofaną na drugi plan,
zgraną z zespołem, nie indywidualistkę, zachłannego podlotka, ale
świadomą i dojrzałą, która nie szuka fajerwerków. Nienatarczywą. I takie tez wolę kawiarnie: świadome przede
wszystkim siebie, a nie tylko zaparzanego ziarna. Z równą pieczołowitością troszczące się o smakołyki do jedzenia,
wystrój, klimat miejsca, muzykę i relacje z gośćmi.
Kawocentrycznym
kawiarnikom powiem: nie idźcie tą drogą. Nie zrobicie dobrej
kawiarni tylko na podstawie z wyselekcjonowanego i czcigodnego
ziarna. Nie zapłacicie czynszów z chemeksów czy kappingów. Bo
kawocentryzm, oprócz oczywiście mile łechcącej świadomości
posiadania własnej wyjątkowo uświadomionej klienteli pobrzmiewa
mocno ekskluzywnie. Wyklucza, odseparowuje jednych kosztem drugich.
Jeśli zaprasza, to na własnych warunkach. A tak zakrojony ekskluzywizm
nie sprzyja raportom dobowym.
Dbajcie o dobrą kawę,
ale bez zadęcia, bez oszałamiania gości opcjami do wyboru.
Edukujcie, ale w rozsądnych granicach, bez paternalizmu i baristów
z profesorsko-nauczycielskim zacięciem. Kawa jest paliwem dla
dobrych społecznych relacji, ale pojazd wcale nie odpali na tym
rakietowym.
Jakoś tak zwykle układa
się, że po epoce singli czas na mariaże.
1Słuszne
nawiązanie do koncepcji tzw. światów społecznych Shibutaniego,
Straussa i Beckera. Polecam.
wtorek, 21 lipca 2015
Gdańskie kawowe alternatywy. Kilka szybkich uwag do tekstu Łukasza Stafieja.
Gdańskie kawowe alternatywy. Kilka szybkich uwag do tekstu Łukasza Stafieja.
Artykuł Łukasza Stafieja z
trojmiasto.pl domaga się sprostowania.
Padło kilka
niedociągnięć, są nieścisłości, czasem krzywdzące dla pionierów kawowej
awangardy w Gdańsku. Wypada skomentować.
Po pierwsze, piszę na szybko i oprę
się na własnej pamięci. W ostatnich kilku latach Gdańsk faktycznie nie odnajdywał
się w subtelnościach tzw. trzeciej fali kawy. Był/jest niestety zwykłym
barbarzyńcą: dla zdecydowanej większości lokalnych kawodajni wybór kawy to
marginalna kwestia i wiąże się zazwyczaj z wyborem nie tyle ziarna, ile
dostawcy. Z reguły są to przepalona włoszczyzna spod znaku Vergnano, Kimbo,
Segafredo czy Illy.
Zaznaczyło się jednak kilka
perełek, które wyłamały się z tego mało optymistycznego trendu. Przede
wszystkim Retro i Fukafe: wówczas osamotnione jaskółki dobrej zmiany, dzięki
którym z morza smoły wyłoniły się jasne wysepki. To właśnie tam, na przekór
reszcie, wykluwała się gdańska trzecia fala: pojawiały się nowe ziarna, inne
niż wszystkie, czasami dziwaczne, które można było (także alternatywnie)
smakować. To im należy się dziś szczególny szacunek. Mam wiele sympatii dla
Palarni Kawy z Tkackiej – robią naprawdę dobrą robotę, są konsekwentni i
zdeterminowani w swojej organicznej pracy nad polskim gustem kawowym, wciąż
tyleż uparcie co tępo przekonanym, że najwyższy standard to włoskie trociny w błyszczących
opakowaniach., znaczone nowoczesnymi neonami na fasadach. Ale to nie Palarnia
rozpoczęła ten dobry dryf w stronę kawy jakościowej. Odnotuję koniecznie
jeszcze Cafe Flemming, niepozorną palarnię z Oliwy, w której co prawda nie było
alternatyw, ale kawę palili sami, smakowała wyjątkowo, wybór ziarna był duży, a
osobliwości gatunków ujawniały się w zwykłym espresso.
I właśnie, bo po drugie, w
podejściu alternatywnym nie chodzi tylko o osobliwość metody przygotowywania
naparu. Istotą jest dla mnie szacunek do kawy. W tekście tego zupełnie brakuje,
owszem, jest wzmianka o doborze ziarna, ale nie wynika z tego zupełnie nowa
postawa wobec kawy. Bo ziarno okazuje się najważniejsze, trzeba podchodzić doń
z roztropnością i czułością. Nowa fala oznacza daleko posuniętą podejrzliwość
do kaw przemysłowych, korporacyjnych, stawiając, zupełnie slołfudowsko, na małe
palarnie, zwykle lokalne, ale także te dalsze, ze Skandynawii oczywiście i
Berlina, ale i bardziej egzotycznych lokalizacji: Luksemburga czy Rosji
(Fukafe). W centrum stoi kawa, zawsze świeżo palona, zawsze produkt czyjejś wiedzy
i pasji. To jest fundamentalna kwestia, często niestety gubi się w zupełnie
technicznych rozważaniach o procedurach tych wszystkich chemeksów. Ja rozumiem,
że są reguły, że metodologia, że wymogi określonej temperatury, etc., ale nie
można zapominać, że chyba największą zasługą trzeciej fali kawy jest wprowadzenie
elementarnego szacunku dla kawy, a jest to okoliczność, która sprawia, że
ziarno staje się kawiarnianym kamieniem węgielnym, zaś rozstrzygnięcie co do jakości
i sposobu podawania tego napoju stanowi trwały i wiążący składnik kawiarnianej
tożsamości. Kawa wyemancypowała się i chce żyć własnym życiem: prosi, żeby ją dopieszczano
i czule przetwarzano, ale też, aby o niej czytano, uczono się, smakowano i
komentowano.
Artykuł Łukasza został właściwie
sklecony z wypowiedzi innych osób, a wydawać by się mogło, że to on sam
powinien pokusić się o analizę kawy z dripa i ekspresu. Postanowił jednak całą
merytoryczną robotę zrzucić na kawiarników. Zręczny zabieg, ale nie do końca szczery.
Skądinąd (choćby z recenzji Fukafe na blogu Food
and Good Mood) wiem, że Łukasz nie przepada za kawą, pije ją rzadko i bez
entuzjazmu. Na własne życzenie sam trochę wpuścił się w maliny.
I jeszcze jedna uwaga. Przy moim wielkim
szacunku dla kawy, nie zestawiałbym jej z winem. Ani tym bardziej nie
podejmowałbym ryzykownej próby licytowania się, w czym smaków i aromatów
więcej, co bardziej wielowarstwowe i wymagające. To pułapka żarliwego neofity. Ustalmy,
że to odrębne światy, a kawa w swojej codziennej funkcjonalności, niezależnie
od starań ekspertów-baristów (a nawet kapłanów-baristów), nie jest w stanie
zbliżyć się w rewiry znaczone winem i jego szczególnym kulturowym statusem.
W całym tym krystalizującym się
dyskursie o metodologii alternatywnego zaparzania kawy warto pamiętać, że najbardziej
kluczowa bywa prostota. Norweg Audun, który wypala doskonała kawę w Bydgoszczy/u
lubi podkreślać, że według niego matką alternatyw jest skandynawski biwakowy sposób
parzenia kawy: w zwykłym metalowym dzbanku. Prosto, skutecznie, autentycznie. I
bez żadnego laboratoryjnego zadęcia.
środa, 17 czerwca 2015
UMAM, Garnizon, Gdańsk
Cukiernio-kawiarnia UMAM, Gdańsk, Garnizon
Dzisiaj obiekt ryzykowny. Umam.
Malutka cukiernia z gigantycznym CV. Wychwalana w lokalnych mediach, uświęcona
miszelenowskim gwiazdozbiorem. Na wszelki wypadek wypada skłonić
głowę i zmiękczyć kolana. Jeść, chwalić, nieść w świat.
Bo przecież jakakolwiek krytyka
winna utknąć w gardle. Bo nie wypada, bo gwiazdki, bo
Londyn, bo nowocześnie, bo fejm. Naczelny miszelenowski gwiazdkowicz znad Wisły miał kiedyś powiedzieć, że sęk nie w gwiazdkach, ale w tym co na talerzu. Bo koniec końców, same gwiazdki jeść nie dają.
Na Brzytfie nie będzie
lukru dla Umam.
W ogóle mam problem z Umam. Podglądam
ich stronę na fejsie, czytam posty, oglądam zdjęcia. I na tej podstawie skłonny
jestem jednak wytoczyć najcięższe działo, jakie można wymierzyć w cukiernię.
Umam nie kusi.
Zupełnie nie rozumiem takiej cukierni. Domyślam się, że autorowi bardzo zależało na jej zamaskowaniu i przebraniu w nowoczesne laboratorium. Takie jest wnętrze, taka jest atmosfera i kolory, takie posty na fejsie: emocjonalnie zneutralizowane, smakowo wysterylizowane. Tak też ciastka wyglądają. Jak z drukarki trzyde.
Mam wrażenie, jakby autor: a) bardzo chciał dowartościować koncept cukierni; b) nadał jej cechy, które niekoniecznie pasują; c) odarł ciastka z magii i powabu. Rozumiem, że składniki z górnej półki, że prawdziwe rzemiosło, wreszcie, że trzygwiazdkowe doświadczenie. Ale nie zadziałał na mnie Umam. Bo Umam jest antytezą swojskości i domowości, a z tym kojarzą mi się dobre słodycze.
Umam podgląda warszawskiego
Lukullusa. Powinien jednak staranniej odrobić lekcje, bo na stronie
warszawskiej cukierni więcej jest czaru, więcej opowieści o smaku i
charakterze. A w konsekwencji – po drugiej stronie - więcej tęsknoty i śliny.
Cukierniczym ideałem pozostaje dla
mnie Słodki Magdy Gessler. Mógłbym chwalić poszczególne wyroby, ale urzekło
przede wszystkim pierwsze wrażenie miejsca. Wszędzie pełno ciastek, ciast,
półki uginające się od keksów, serników, babek czy drożdżówek. Barok
Gesslerowej, jasne. Ale czułem się jak czterdziestoletnie dziecko w sklepie z
zabawkami. Nie miałem pojęcia, co wziąć, co spróbować. Bo uśmiechało się
wszystko. I wszystko obiecywało, dużo obiecywało i nigdy nie były to obietnice
bez pokrycia. Nie było sztuczek, fałszu, przebieranek, jakiejś dorobionej
teorii, jakiejś technocywilizacji. Była za to domowość nierównych kształtów
i kompletnie nieprzemysłowych niedoróbek. Taka smakowita, domowa, swojska
nonszalancja, którą oko kupuje i już na starcie daje kredyt.
Dla porządku. Zjadłem w Umam
kilka ciastek. Paris-Brest, szarlotkę, rabarbarowe i czekoladowe. Wystarczy. To
były dobre ciastka. Nie były porywające, niczego nie urywały. Nie było w nich
nostalgii. I miałem wrażenie, że wszystko kręci się wokół podobnych rozwiązań,
że są tak naprawdę o tym samym. Trzy z nich wyglądały zupełnie podobnie,
różniły się kolorami. Były jak dziecięca kolorowanka: kontury i kształty te
same, ale wypełnione różną barwą tworzą wariacje tej samej historii.
Smakują poprawnie. Ale nie zdarza
się w nich nic, co wbiłoby szpilkę. Albo połechtało podniebienie. Nic
wzruszającego. Rabarbarowe (także szarlotka) jest bezpiecznie uśrednione. Czekoladowe
nie strzela fajerwerkami z czekolady: jest piankowe, z malinowym kontrapunktem
i szklistą polewą. Paris-Brest jest ptysiem, takim z malinowym dodatkiem, ale szybko o nim zapomnę. Łagodnie, bezpiecznie, gdzieś między ptasim mleczkiem a bejbifud. W
ogóle wszystkie półkuliste ciasteczka oblane są lateksem w zdecydowanych
kolorach. I co najważniejsze, patrzę na nie, ale nie wyzwalają ślinotoku. Mają
w zdecydowanej większości te same kształty, różnią się kolorkami i smakami. Te marakujowe,
limonkowe czy inne egzotyczne odrzucam, bo wolę smaki bardziej lokalne. Myślę o
rabarbarze, jabłkach czy truskawkach, w nosie mam owoce z nie mojego świata.
Na przykład taki rabarbar. Toż to
temat na niesamowitą opowieść: wiosenno-letnią, domową, ciężką od dziecięcych
wspomnień, od rabarbarowej wszechobecności: na maminym cieście drożdżowym,
proszkowym, plackach czy kompotach. Rustykalne arcydzieło w każdym wcieleniu. Taki temat, tak wielkie emocje, a w Umam –
różowy cycek z pulpą. Nie o to, nie o to.
W kulinariach chodzi przecież o
wzruszenia. O sztukę wzbudzania emocji. Przecież nie tylko jemy, ale przeżywamy obrazy. Gastronomia konstruuje opowieści i przywołuje obrazy. One uwodzą, nawet porywają, a także łaskawie i elastycznie pozwalają na dopowiedzenia.
Tej radości zabrakło mi w Umam.
Myślę sobie, czy Umam jakoś
zmienił cukierniczą geografię Gdańska. Wychodzi, że jednak dla mnie niespecjalnie. Bo
zamiast do Umam będę wolał pójść do Retro czy Palarni, bo ciasta tam są jednak
bardziej szczodre i przyjazne, a czekoladowe lepsze znajdę w Factotum.
Bo generalnie przemawia do mnie
bardziej troska o gościa niż o linię produkcyjną.
Zastanawiam się zresztą, czy
sterylność Umam to celowy zabieg, rodzaj takiej specjalnie skonstruowanej
konwencji estetycznej. I patrzę na to wnętrze, w którym nic się nie dzieje, pieją jakieś
Hity FM. Siedzę na białym plastikowym krzesełku, w zupełnie pustym otoczeniu, w
którym za towarzystwo robić może jedynie malutka armijka ciastotworków. I
widzę, że to wojsko bitwy nie wygra. Bo odebrano mu ducha walki, a i nikt nie
pospieszy z odsieczą. No bo kto? Kawa Illy? Ta zupełnie niekawiarniana
atmosfera?
Warto zajrzeć do Umam i
spróbować. Fajnie, że jest. Cieszę się, że byłem.
Ale nie zatęsknię.
czwartek, 11 czerwca 2015
Dobra Kawa (dawniej Pies i Róża), Gdańsk, ul. Szeroka
Dobra Kawa (dawniej Pies i Róża), Gdańsk, ul. Szeroka
Umarł Pies, umarła Róża. Nie ma
już Psa i Róży. Trochę nie jestem zdziwiony, bo Brzytfowy ogląd miejsca nie
napawał optymizmem. Po dobrych kilku tygodniach zamknięcia na głucho pod pretekstem
remontu fasady budynku, Pies odezwał się na fejsie i poinformował o swoim
zamknięciu ze względu na pokusy i wiry światów równoległych, niemożliwe do pogodzenia z gastronomią stacjonarną. Lokal w dość ekspresowym tempie, pod nowym właścicielem, objawił się na początku czerwca jako Dobra Kawa, w modro-różowej odsłonie.
I faktycznie, jest Pies i go nie
ma. Wnętrze wyczyszczone z drobiazgów, meblościanek, zegarów i doniczek,
zaróżowiło się na ścianach i zupełnie ugrzeczniło. Wciąż jest stołówka, teraz
bardziej zuniformizowana i skandynawsko-marynistyczna. Pies miał swój
charakter. Można było dyskutować nad ogólnym efektem psioróżanych dekoracji,
ale one były jednak jakieś. Tymczasem
teraz zrobiło się nijako, ani z zębem, ani z nerwem. Jeżeli miało być
cukierkowo, to wyszedł z tego toporny twardy szklak: jest sucho i naiwnie,
goździki na stolikach wbiły się w ikeowskie wazoniki i udają, ze robią dobre
wrażenie. Ani dla kuracjuszek, ani dla alternatywnej młodzieży.
Pies jakoś przeżył w kuchni.
Pozostał ekspres, pozostała kawa. Z warszawskiej palarni, ale pani zza baru nie
była w stanie podać nazwy; wiedziała, ze arabika, że z dodatkiem migdałów
(sic!), że delikatna. Pozostały ciasta, z tego samego źródła. Oferta słona
mocno się skurczyła, a w witrynce zaległy surowce: jabłka, buraki, marchew czy
seler. Są też już przygotowane szklanice z wyciśniętym sokiem z pomarańczy. Nie
wiem czy to ekspozycja, czy świeżo
wyciśnięty sok na wszelki wypadek, taka zaradna ekonomizacja czasu. Gęstopomarańczowe
krwinki zdążyły się już w każdym razie ładnie oddzielić od żółtego osocza.
Ostała się też - jeszcze w Psich
czasach kontrowersyjna - witryna z ciastami. Wciąż wielka, kręci się jak karuzela,
ostentacyjnie mało apetyczna skarbnica wiedzy o ruchu w kawiarni: resztkach,
ostatkach i sposobach ich zagospodarowania. Dostrzegam zawczasu przygotowane i
oddelegowane na talerzyki kawałki, jakiejś tarty z truskawkami. Ich na pewno
nie zapragnę. Suszą się, rozłażą, tracą ostrość. Nie zechcę też sernika z
maskarpone[1] i
truskawkami, bo te truskawki to mocno zmęczone, spociły się nawet, sernikowa
powierzchnia natomiast z lekkim kożuchem, wyraźnie pożółkła, z coraz bardziej
widocznym rysunkiem zmarszczek i pęknięć. Dojrzałość, która jednak nie jest
krynicą mądrości. Zupełnie nieszlachetna starość.
Zjadam jeden sernik z malinową
pulpą na wierzchu, oczywiście maskarpone. To był sztandarowy ciastek z Psa.
Wciąż aktualny, byłby całkiem smaczny, gdyby zamiast na maskarpone bardziej
skupić się na malinach: im więcej, tym całość żywsza i bardziej zróżnicowana,
bo sam miąższ (btw z oszczędnym użyciem maskarpone), mocno bitośmietanowy i
słodki. Ale generalnie na plus.
I ta muzyka w tle! Sączy się
cichutko, bardzo oszczędnie. Jakieś motywy filmowe (Władca Pierścieni), jakieś
bonmoty klasyczne. ERemF z klasycznym ryjem. Tak na wszelki wypadek, gdybyśmy
mieli wątpliwości czy jesteśmy w szacownym miejscu, pan Sztrauss rozwieje nasze
rozterki. Jest super, więc o co ci chodzi.
W Psie podawali muzykę z
rozmysłem. Z wyczuciem alternatywy i troską o miejsce. Bywał Junip i Kings of
Convenience. A teraz nawet lodóweczka robi więcej hałasu niż głośniki w
podwieszanym suficie (o, też nowość). Za to panie z obsługi mają koszulki z
logo.
Kwestia nazwy. Obwołanie się
Dobrą Kawą to w ogóle średni pomysł, a przy braku jakichkolwiek papierów na tę dobrą kawę, to pomysł od czapy. Bo
kultura kawowa tutaj nie istnieje. Panie mają o kawie najbledsze pojęcie, tutejsze
podwójne espresso poleciłbym sercowcom, kąt kawowy przetrwał w postaci
spetryfikowanej od czasów Psa, a alternatyw to faktycznie chyba lepiej szukać
na RMF Classic. By sparafrazować klasyka: kawa w Dobrej Kawie istnieje tylko
teoretycznie.
Patrzę na tego Psa, niePsa. I
trochę mi smutno. Bo, po pierwsze, jedno miejsce zastąpiło drugie, to kolejne słabsze
i zupełnie nieświadome własnego siebie. Kompletnie nie wie co i po co. Ruch w
dół, dwa kroki w tył. Po drugie, czuć wciąż tego Psa, dlatego nie mogę odeprzeć
wrażenia, że ktoś (poprzedni właściciele) go porzucił, pozbył się szybko i
bezkosztowo. Trzask trzask, otwieramy drzwi, skacz Piesku, będzie ci dobrze w tym lesie, nie biegnij za
nami.
NieDobra ta Kawa.
[1]
Swoistym fenomenem jest ostatnio zawrotna kariera maskarpone. Przestało być
tylko składnikiem, ale urosło do rangi autonomicznego deseru. Cokolwiek ma
dodatek maskarpone, zostaje maskarponem ochrzczone. Nie ma serników, są serniki
maskarpone. Nie ma tart z kremem, są tarty maskarpone. Wszystko jest
maskarpone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

