Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marmolada Chleb i Kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marmolada Chleb i Kawa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

OtwARTa, Wrzeszcz, Garnizon












OtwARTa, Wrzeszcz, Os. Garnizon

Mam wielką rezerwą do tzw. artcafes, czytaj: kawiarni artystycznych, które obwołują się takimi już na samym początku, już przy wejściu nie pozostawiają wątpliwości: wchodzicie do przestrzeni artyzmu, naznaczonej kulturą wysoką i uświęconej sztuką. Lepszej i mądrzejszej.
Warto wstrzymać się z takimi autodeklaracjami i popracować, aby ewentualny artystowski charakter wyłonił się sam, wolą, myślą i uczynkiem nie tylko właścicieli czy menedżerów, ale przede wszystkim użytkowników miejsca.

Otwarta, działająca w Garnizonie od końca ubiegłego roku, nie jest miejscem z gruntu złym.
Można w niej wypić smaczną kawę, zjeść całkiem smacznie i za przyzwoite pieniądze. Oczywiście muszą być dania obiadowo-lanczowe, przykrojone pod gusta vegelemingów, koniecznie wolne od największego zbrodniarza dekady - pana G. 
Szybko kilka konkretów: kawa z Palarni Kawy w Gdańsku, nie czepiam się, polecam. Zupa dnia, zupełnie zjadliwa, taki zielony Gerberek dla pacholęcia, zmielony i lekko niemrawy. Przetestowałem tiramisu, które wydało się interesujące ze względu na formę okrągłego ciasta, z którego odkrawano równe trójkątne kawałki. I faktycznie, nie obroniło się. Niezwyczajna forma ciasta, ale i niestety nikła maślaność, kryzysowo maskarponowe. Za to w permanentnej erekcji, wznieconej i zakonserwowanej spożywczymi utrwalaczami. Po braveranie nawet tiramisu stanie. Ale nie wszystko złoto, co stoi, bo to ciastko jest zwyczajnie mdłe, przesuszone, biszkopt nie wypił dostatecznie dużo kawy, całość niedosłodzona i niezbalansowana, kompletny brak kontrapunktu. Posypka ze zmielonej kawy próbuje walczyć z bezpłciowym miąższem, ale szybko się poddaje. Znam tiramisu jako ciastko wprost barokowe, epatujące osmozomem żółtek i maślanością maskarpone, bogate, hojne, przycięte goryczą espresso i kakao. Tymczasem tiramisu w O. jest nudne, przenudne, za to koniecznie z listkiem mięty i pudrowymi wydziwiankami.

I nawet pal sześć to nieszczęsne tiramisu. Gdyby tylko takie działko można było wytoczyć, że ciastko nieudane, to właściwie nie byłoby dalej czego się czepiać. Ot, po prostu kolejna knajpa w okolicy, zwrócona do tego samego targetu i operująca mniej więcej tymi samymi środkami. Swoją drogą, dziw bierze, dlaczego wszystkie powstające w sąsiedztwie gastrotwory tak ochoczo biorą się za jak najszerszą formułę: kawiarni, bistro, restauracji, lanczowni, burgerowni i śniadaniarni. Wszystko w jednym, taki wyścig ślepców: skoro inni mają to w ofercie, to my też musimy, nie możemy być gorsi, nie możemy pozwolić, żeby oni zarobili więcej. Chyba próżno czekać, aż ktoś wyłamie się z tej Brojglowskiej parady, wcześniej raczej komuś zaskrzeczy w lędźwiach i zgnije na poboczu. Bo wyścig trwa w najlepsze: Marmolada ambitnie ogłosiła, że wieczorami zacznie przebierać się za restaurację, ze specjalnym menu, ba, nawet zmienionym wystrojem. Taka maskarada ma jeszcze sporo manewru: zawsze można wieczorami stać się (po części) sklepem nocnym albo zamontować rurę, bo roztańczony męski naród lubi popatrzeć i porechotać, a pewnie i chętnie przy tym coś wypije.

Uspokójmy jednak fanów O. Mimo wszystko lokal zatroszczył się o swoją odrębność i bardzo stara się wyróżnić spośród konkurencji. Zbudował opowieść wokół własnej oferty. Skonstruował tożsamość, która zapewnić ma rozpoznawalność i niepowtarzalność, co najmniej w rejonie garnizonowym.
O obwołała się galerią (choć jestem pewien, że w właścicielskiej głowie chodzi bardziej o Galerię).
To miejsce, w którym dostaniemy to, co czyni nasze życie piękniejszym, buńczucznie zapowiada właściciel Otwartej. Bo nie jest zwykła Otwarta, to jest OtwARTa.

Przepraszam, ale nie podejmę tego efekciarskiego zabiegu i knajpa pozostanie dla mnie tylko  Otwartą, względnie O.
Już drugi człon nazwy nie pozostawia wątpliwości. Galeria smaku. Bo O. nie ma być zwykłą knajpą, ale sknajpiałą świątynią sztuki, gdzie wszystkie moce sensoryczno-intelektualne, chwilowo nie zajęte przeżuwaniem, zestrojone mają być na kontakt z kulturą.

O. twierdzi, że jest świątynią sztuki i przybytkiem kultury wysokiej, takiej na koturnach. I przedstawia kilka argumentów, które mają o tym niezbicie zaświadczyć.

Na środku, zaraz po wejściu, prawie wpadamy na rzeźbę. Po prostu musi tam stać, dostatecznie duża, żeby już na starcie nie było wątpliwości: odetchnijcie głęboko, zostaliście właśnie uszlachetnieni, zderzyliście się z dziełem sztuki.
Irytujący ekran telewizora. Atakuje nonstop, wciąż w kółku lecą te same zajawki. Jakieś wysnobowane galerie dla noworuskich, koniecznie z parkingami na bentleje,. To nie jest żywa sztuka, to sztuka blichtru i lukru, z gipsu i pozłoty, za to z cziłałą zafarbowaną na modny kolor. Oczywiście, żeby rozwiać malkontenckie sarkania, z muzą Ludwiga von B. w tle. Tego akurat nie słyszę, bo przekaz telewizyjny atakuje wprawdzie natrętnie, ale jedynie wizualnie, tak aby zostawić miejsce dla Brajana Adamsa z Open FM. W końcu to Otwarta, więc i radio musi być open.

Na fajnej skądinąd meblościance znalazły lokum butelki wina. Pardon, to wyselekcjonowane wina, tak czytam na fejsie, gdzie poświęcono im nawet cały album ze zdjęciami. Uspokajam, to najzwyklejsze nowoświatowe butelki, raptem co najwyżej pijalne. I nic więcej. Tymczasem w O. stanowią kolejny instrument wiedzowładzy: mamy wino, podajemy i obnosimy się z nim, bo się znamy. Symboliczny i elitarny potencjał trunku zostaje tu wykorzystany jako rekwizyt uzasadniający słuszność własnych dąsów i aspiracji.

W O. nie brakuje aktów zupełnie niesubtelnej propagandy. Na półkach muszą być książki, rzecz jasna. Książki to przecież krynica mądrości, a poza tym wyglądają ładnie, tak zdobniczo. Lokal z książkami jest mniej awanturujący się. Tyle że w O. knigi to bardziej wypełniacze dla gawiedzi, takie pseudointelektualne błyskotki. Patrzeć i nie zadawać pytań. 
Obrazy za to koniecznie muszą stać na sztalugach, jakby świeżo co wyjęte z pracowni. Bo przecież O. to galeria, a nie osiedlowa knajpa.

I dotykam tutaj jakiegoś, w moim przekonaniu trafnego, pomysłu na O. Niechby była taką dobrą knajpą, na poziomie, bez zadęcia. Bez kabotyńskiego wzdęcia, które zwykle kończy się ciężkim zatwardzeniem. Niech, potrzymajmy się tej proktometafory, Otwarta zafunduje sobie symboliczne płukanie okrężnicy i oczyści ze złogów, galeryjnych pretensji, ciężkich i twardych jak kamienie kałowe.
Niech odrodzi się jako Osiedlova i stworzy namiastkę swojskości w garnizonowej sypialni. Niech stanie się prawdziwym głosem i agorą lokalnej społeczności. Miejscem z prostą i fundamentalną misją: nawiązania relacji z otoczeniem, zaprzyjaźnienia się z mieszkańcami, zaproszenia ich do uczestnictwa w Osiedlovej: posiedzenia na kawie, obejrzenia meczyku, wpadnięcia na lanczyk czy warsztaty. Osiedlova byłaby luźna i nieformalna i nikt z obsługi nie wprawiałby gości w zakłopotanie. Warto mieć na uwadze prosty fakt: prawdziwa żywa kultura, zdarta z koturnów, rodzi się właśnie między ludźmi, tak po prostu. I bynajmniej nie potrzebuje do tego artystowskiego sztafażu, wielkich słów i jeszcze większych pretensji.

Póki co jednak O. z dumą kąpie się w artystowskiej chwale. Tylko że cała ta przebieranka jest mało wyrafinowana. Zszyta naprędce, mocno niechlujnie, szwy rozłażą się i kłują w oczy. O księgozbiorze już wspomniałem. Muzyka: mocno niedopasowana, wręcz karykaturalna. Puszczaliby pewnie Złote Przeboje, gdyby tylko mieli licencję, a tak muszą zadowolić się przypadkowymi zestawieniami radiowych hitów sprzed dekad, ale przynajmniej nikt za to nie wystawi faktury. Zero współczesności, tyleż samo awangardy.
I ta misja wypisana na podświetlanej tablicy, tak żeby nikt nie miał wątpliwości, w jak dostojnym i gustownym miejscu się znalazł. Właściwie nawet nie misja, ile zlepek słów kluczowych: wizja, gust, sztuka, ART, galeria, kultura. To wszystko szlachetne ingrediencje, z których w akcie demiurgicznego olśnienia ulepiono istotę wyższą.
OtwARTą.

Trzask, prask i nagle maski spadają. Rzut oka na półki z książkami i wszystko staje się jasne, wiadomo dla kogo ta cała maskarada. Kolorowe magazyny: Prestiż i Mens’Health. Takie pisemka, tacy czytelnicy, tacy goście. Dzisiaj siłka, jutro sesja kulturalna w Otwartej. Z dużą dawką artu.

Rzadko skarżę się na obsługę, ale O. nie zostawia wyboru. Kelner irytujący, aż bolą zęby. Taka nadgorliwa troska Nie byłem w stanie zliczyć, jak często zadał idiotyczne pytanie czy smakowało?. Takie pytanie nie powinno w ogóle paść, ok, wybaczę, gdy zapytają raz, ale żeby sześć w ciągu 40 minut? I jeszcze jedno, przy okazji płacenia: czy podobało się u nas?. I dobitka leżącego: czy wrócą państwo do nas?. Nie, nie wrócą, choćby dlatego, żeby unikać takiej konfundującej nadgorliwości. W sumie to nie mam pretensji do samego kelnera, raczej do kogoś, kto ustala takie rozbrajająco anankastyczne standardy obsługi.

Otwarta byłaby zupełnie sympatycznym miejscem, gdyby zdjęła maskę nuworysza, pretensjonalnego art-amatora, który naprędce stara się nadrobić pokoleniowe braki w kapitale kulturowym. Wie już (co za szczęście!), że sztuka, że ważna, że warto, że wypada, ale trochę jeszcze rama myli się z obrazem. Znane to sytuacje: szybki awans ekonomiczny i równie pospieszno-usilne starania, aby za bogactwem wykształcił się też smak. Tyle że gust (dobry) nie potrzebuje ani natrętnej mantry, jaki to dobry i słuszny, ani śmiertelnej powagi. I na nic zda się tu determinacja czy desperacja. Dużo więcej zdziałają dystans i życiodajna ironia.

Wielka jest misja i wizja Otwartej. W postmilitarnej strefie, wśród zdepersonalizowanej zabudowy oraz zatomizowanych i połamanych relacji społecznych ostały się jeszcze nieliczne wyspy człowieczeństwa i tzw. kultury wyższej. Jest Otwarta. Przetrwaliśmy i przetrwamy, bo to przecież sztuka, której Otwarta najczystszej wody krynicą, jest miarą naszego człowieczeństwa. Radujmy się.

I na finał, już zupełnie bez sarkazmu, choć przychodzi to z wielkim trudem, oddajmy głos jednemu z fanów:

Kawiarnia Otwarta to niesamowita podróż w głębię czarnej i zniewalającej rozkoszy. To wyjątkowe miejsce w Gdańskim Garnizonie cechuje się dobrym smakiem nie tylko do wyjątkowego lekkiego i ekologicznego jedzenia, ale również do dzieł sztuki, którymi gość, niczym widz ma przyjemność się otaczania. Te obcowanie ze sztuką i zmysłową kawą tworzą otoczenie, w którym chce się po prostu być. Tak chociaż na tę jedną chwilę... 
(źródło: fejs Otwartej, pisownia oczywiście oryginalna).


Cóż, jaka publiczność, taka galeria.

piątek, 27 lutego 2015

Marmolada, Chleb i Kawa, Gdańsk-Wrzeszcz











Marmolada, Chleb i Kawa, Gdańsk-Wrzeszcz, Osiedle Garnizon


Dzisiaj recenzja, która nie spełnia cech. Inna niż dotychczasowe. Dzisiaj nie chcę zajmować się jakością kawy, szczegółami wystroju czy innymi popierdółkami, zaliczanymi do tzw. konkretów.  Dzisiaj nie będzie konkretów. Nie będzie zdjęć. Będzie za to próba syntezy, mocno subiektywnego oglądu lokalu, który wcale nie był obojętny.

Opowiem dzisiaj bajkę o Marmoladzie, fajnym i modnym lokalu między Wrzeszczem a Oliwą. Nie wiem tylko, czy uda się dopisać do niej szczęśliwe zakończenie.

Marmoladę poznałem dość dawno temu, we wrześniu 2013. Inwestycje mieszkaniowe w ramach Garnizonu dopiero na dobre ruszały. W zdemilitaryzowanym kwartale otwierał się rynek usług, także gastrobiznes, zresztą, jak widać dzisiaj, temat jest wciąż żywy. Jedną z jaskółek była Marmolada, Chleb i Kawa, wpisująca się w popularny wówczas trend miejskiego odkrywania śniadania[1], dotychczas najbardziej macoszo traktowanego posiłku. Czyli śniadaniarni, kawiarni z rozbudowaną ofertą śniadaniową, często na bazie własnego unikatowego pieczywa.

Lubiłem to miejsce. Marmolada miała ambicje. Chciała być gdańską Szarlotą, kulinarnym centrum, w którym nie do końca o kulinaria chodzi, ale też o życiodajny lans. W tym dobrym sensie, bo Marmolada nie wyrosła przecież w modnym centrum miasta, ale na obrzeżu, tak lokalnie i w przyjaźni z otoczeniem. Fajna, bardzo pozytywnie postrzelona obsługa, nieszablonowa, kontaktowa i bezpośrednia, w swoim czasie nie miała w Gdańsku konkurencji. Do Marmolady wpadało się jak do zaprzyjaźnionej miejscówki. Swoją drogą to niezwykły sukces: stworzyć warunki do nawiązania tak sympatycznej relacji z miejscem. Dzięki swoim ludziom Marmolada miała fajny, świeży potencjał, który działał jak aureola – tuszował niedoskonałości i dostawiał plusy tam, gdzie mogło ich wcale nie być. Trudno było w Gdańsku o knajpę z tak życzliwym klimatem.

I do tego przyjemność dla oka: nowocześnie, ale rustykalnie. Ale nienachalnie. Po skandynawsku, ale znacznie bardziej w duchu Dzieci z Bullerbyn niż kopenhaskiego loftu. Sporo rękodzielniczych ozdóbek i przeszkadzajek. Dobra synteza: współcześnie, ale z pluszowym akcentem. W takich dekoracjach nikt nie miał prawa skarżyć się na jedzenie. Po prostu musi smakować. Marmoladka była zdobnicza, ale nierzadko miałem wrażenie, że i zwodnicza.

Swoją drogą, zawsze zastanawiałem się, dlaczego M. tak naprawdę i na poważnie nie uczyniła marmolady motywem przewodnim. Wiem, wiem, dżemików jest w M. dużo, tylko że wszystkie są produkcji zewnętrznej (z Fimaro). A powinny być warzone na miejscu, pod etykietą Marmolady, jedyne i niepowtarzalne, sezonowo zmienne, obliczone na całą masę efektów: nostalgię, komfort, ale też niedowierzanie czy szok. Marmolada z bezpiecznych truskawek (niech będzie, że w wersji fjużyn podkręcona skórką z limonki, kardamonem czy czili), ale też marmolada z rokitnika, czarnego bzu, espresso, pędów sosny, brokułów, a może i karaluchów, jeśli wola. Nie tylko do chleba, ale też samodzielnie, degustacyjnie. Kappingi z marmolady? Akurat w Marmoladzie jak najbardziej.
Ale tutaj się tak nie zadziało. Pozostali przy Fimaro.

Stosunkowo szybko Marmolada zaczęła zjadać się sama. Dwie kwestie przesądziły. Niestety każda to strona tego samego zjawiska: głupiej niczym nieuzasadnionej woli ekspansji (woli tzw. rozwoju albo raczej zwoju). No bo trzeba zarabiać. Lokal musi zarabiać. I to szybko.

Po pierwsze, powiększenie lokalu. Z perspektywy gościa to nie był dobry ruch. Oczywiście rozumiem, że potrzeba było więcej miejsca, żeby lokalsi mogli wpadać po modne pieczywo i ustawiać się w kolejce. Poskutkowało to jednak tym, że spójna i ładna M. nagle dostała przestrzennego rozdęcia. Albo wzdęcia. Niestety decorum nie nadążyło i w efekcie Marmolada stała się kiszką z pustą przestrzenią na wysokości baru, gdzie kiedyś były stoliki (gwoli ścisłości, kiszką wzdętą nieświeżym powietrzem, bo wentylacja to zmora M.). Za to koniecznie z kommontejbl, bo przecież standardy zobowiązują. Dokoptowanie dodatkowej przestrzeni spowodowało, że lokal stał się bardziej kanciasty, stołówkowy, mniej przytulny, mniej gościnny. Coś uleciało.

Druga kwestia. Marmolada bardzo szybko zaparła się własnej początkowej (choć wydawało się, że już wykształconej) tożsamości: śniadaniowej kawiarni. I w ekspresowym tempie zaczęła zmieniać się w obiadowy bar. Z żalem i zażenowaniem obserwowałem ich kolejne posty na Fejsie: oto lokalik, który przecież miał jakieś lajfstajlowe ambicje sięgnął poziomu taniej jadłodajni. Niemalże klasyk w polskim gastrobiznesie: róbmy wszystko, bo przecież wszystko może się sprzedać. Parzmy kawę, pieczmy chleby, smażmy jajka, podawajmy tanie obiady, a nawet burgery, bo przecież ktoś ostatnio pytał o burgery. Najprostsza zasada wspólnego mianownika: zróbmy lokal dla wszystkich, bo wtedy będzie dużo klientów. Tymczasem Marmoladzie zaczęła wyrastać coraz poważniejsza konkurencja, także mocno obiadowa. Podczas ostatniej wizyty w M. (lutowe wtorkowe wczesne popołudnie, pora ewidentnie obiadowa) odnotowałem: w Lu-La pełno ludzi, w Kantynie bije po oczach oferta tanich obiadów, a w M. kilka stolików zajętych, raczej pustawo. Wiatr zmian.

I prosty wniosek: Marmolada straciła swoją szansę. Zamiast postawić na kawiarnianego konia (z opcją śniadaniową), zaczęła rozmieniać się na drobne. Zamiast pozostać typową kawiarnią, o wyraźnie zakreślonych granicach, wzmocnić estetykę kawiarnianą i poważnie zatroszczyć się o słodycze, stała się kilkugatunkową hybrydą. Podobnie jak inne lokale w okolicy, które także w mniej lub bardziej udany sposób maszerują w poprzek gastrodyscyplin. Można było się odróżnić, a nie kroczyć w konformistyczno-chciwym pochodzie, z którego – nie ma siły – ktoś musi odpaść.

Coś, jak dla mnie, w Marmoladzie pękło. Dzisiaj ze smutkiem konstatuję, że Marmolada zwija się. Bardzo trudno przychodzi jej wypracowanie jakiejś własnej nowej formuły, adekwatnej do poprzeczki, jaką wiesza konkurencja. Miejsce z energetycznej, żwawej marmolady zaczęło zmieniać się w skostniały twardy dżem. Ktoś przedobrzył i przeciągnął tę marmoladę. Ktoś ją za mocno wysmażył. Ktoś za bardzo chciał, żeby zabrzęczało w kieszeni i zapomniał, że rondel na gazie.

Wszyscy serdeczni obsługujący, poznani i zaprzyjaźnieni w Marmoladzie, poodchodzili. Wiem, że Michał (jak dla mnie – główny ambasador Marmolady i marmoladzianej kultury kawowej), staje na własnych kawiarnianych nogach.

Zrobiło się chłodnawo.

Marmolada, widzę to dziś bardzo wyraźnie, jest miejscem z bardzo średnią kuchnią. Nie o to chodzi, że nie oczekujmy tutaj kulinarnych uniesień. Przygotujmy się na oceny dostateczne. I tyle. Bo esencją tego miejsca była atmosfera, ona działała jak przyprawa, sekretny składnik, który doprawiał niedoprawione i słodził niedosłodzone. Takie tajemnicze umami, które wypełniało przestrzeń i upraszało o łaskawość w sądach. Zmuszało podniebienie do wyrozumiałości. Taki był sekret Marmolady, tyle że ta przyprawa już nie działa. W Marmoladzie wszystko jest zwyczajne. Pieczywo, wypiekane przez zaprzyjaźnioną piekarnię i dostępne tylko w lokalu, wcale nie należy do wyjątkowych. Jest nadmuchane, niedosmakowane, trudno zaliczyć je do piekarniczego rzemiosła. Słabością M. były zawsze słodycze. Ciasta nie były udane, zwykle jeden gatunek, przypominały raczej wyroby komunijno-weselne, mało wdzięczne i tyle samo smaczne. Ale jadło się bez specjalnego narzekania, trzeba było wybaczyć.

W Marmoladzie działała specyficzna alchemia: transmutacja średniego jedzenia w pozakulinarną przyjemność. Takie rzeczy nie zdarzają się często. Za to winni jesteśmy M. szacunek. Ta przemiana miała w dużej mierze charakter symboliczny, była efektem bogatej estetyki Marmolady, obejmującej klimat, wnętrze i relacje z gościem. W przypadku M. estetyka wyprzedzała kulinarny produkt, określała go, ba, nawet nadawała mu smak. Nakazywała myślenie o marmoladzianej ofercie jako swojskiej, rustykalnej, domowej, naturalnej, smacznej. Taki zręczny sztafaż, aby przerobić nadmuchane drożdżówki w babcine wypieki.
Czary zawsze pryskają, wcześniej czy później.

Żegnam cię, Marmolado.







[1] Myślę, że zjawisko jest na tyle ciekawe, że warto opatrzyć je anglojęzyczną nazwą The Discovery of Breakfast i poświęcić jej w przyszłości osobny tekst ;)