Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrzeszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrzeszcz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2015

Fukafe, Wrzeszcz











Fukafe, ul. Wajdeloty, Dolny Wrzeszcz

Niepozorny Dolny Wrzeszcz. Ulica Wajdeloty, wreszcie z nowym sznytem. I Fukafe, dzisiejszy bohater, które wraz z Kurhausem czynią z tej ulicy doniosły trakt samoświadomej kawowej gastronomii. Takiej, która wie, dlaczego powstała i co niepowtarzalnego ma do zaoferowania. Jednocześnie – co przysparza właścicielom zdecydowanie więcej niematerialnej chwały niż grubości portfela - nie oblicza żywota na bezrefleksyjne masy turystyczne, w których pospolite gardła lać będzie najtańsze robuściane trociny z Wietnamu. Właśnie zupełnie odwrotnie, na mocy swojej nieoczywistej lokalizacji i sprzężonej z nią filozofii woli nawiązać relację z otoczeniem i zbudować więź z otoczeniem. Bo to otoczenie to przecież nie regułka z podręcznika do PijaRu, ale żywi pełnokrwiści ludzie, z własnymi oczekiwaniami, zwyczajami, często i dziwactwami.
Bliskie mi są takie miejsca, niby biznesy, ale takie słabawe, chwiejne, niepewne w ekonomicznej ekspansji, za to niezachwiane w misji, zorientowane na jakość i uczciwość, takie trochę nieposkładane, żeby twardo i niezachwianie stanąć na komercyjnych łapach. Takie z dobrymi skrupułami.
Bo – być może odzywa się we mnie lewak – nie da się pogodzić biznesu z troską.

A Fukafe jest miejscem o trosce.

W samym swoim fundamencie Fu jest lokalem stuprocentowo wegańskim.

Brzytfa natomiast roślinna nie jest i jakoś nie zanosi się, żeby zroślinniała. Więcej, zdarzało (i zdarzać będzie), że wyśmiewała hipsterskie mięsne fobie, taki ajfonowy weganizm, bardziej przejęty modnym fudpornowym lansem na insta niż faktyczną refleksją. Nie szanujemy weganizmu w korporacyjnych eNkach, srajfonach i rejbanach. I nie miękną nam kolana na widok wegańskiego latte z mlekiem sojowym na ziarnach z Monsanto.

Bo wcale nie Monsantosubito.

Nie nie nie, nie jesteśmy żadną instancją rozsądzającą czystość intencji roślinożerców, ale chyba nietrudno odróżnić filozofię od towaru. Dlatego pozwalamy sobie zachować bardzo ostrożny stosunek do miejsc, które wykorzystują ten wielkomiejski wegeciąg tylko po to, żeby dostać szybki poklask na ściankach czy instafudach.

A Fukafe polubiliśmy i szanujemy. Bo sprzedaje to, w co wierzy.

Fu jest uparte i wytrwałe. Nie istnieje przecież od stycznia tego roku, ale od przeszło trzech lat. Fakt, w czysto kawiarnianej postaci nie ma tak długiego stażu, a sporą część tego czasu funkcjonowało jako trochę partyzancki koncept kulinarny, ożywający na miejskich iwentach, zawsze szanowany i hołubiony. Nie wnikam, jakie problemy przeżywało Fu, dlaczego popadło w lokalowy niebyt, ale doceniam konsekwencję i determinację. Warto było czekać, warto było walczyć.

W Fukafe troszczą się o kawę.

Są przejęci, żeby dobrze doradzić i równie dobrze zaparzyć. Mniej lubię kawiarnie, w których w centrum wszystkiego stoi kawa, a gość musi podporządkować się kawowym procedurom,  kawiarnik-kapłan uprzejmie i równie protekcjonalnie pouczy, naprostuje, a jak humor nietęgi, to i wyśmiać potrafi.
Fukafe nie tylko jest bastionem roślinnych słodkożerców. To – dla mnie przede wszystkim – silna agenda kawowej kultury, jedna z najsilniejszych w Tripolis, kształcona przez Mistrza z Kołobrzegu, z przeglądem ziaren nie tylko od Mastroantonio, ale i z palarni europejskich, na przykład Luksemburczyków z Knopes. I jednocześnie, wielki atut, spoglądająca na gości w tej kwestii przyjaźnie, czule i wyrozumiale. Koniec końców, to właśnie gość jest przy kawie najważniejszy. Nie faszyzujemy w kwestii alternatyw, miał powiedzieć naczelny barista i zareklamował o niebo skuteczniej niż gdyby wychwalał pod niebiosa. Dzisiaj wiem, że następną kawę w Fu wypiję właśnie z chemeksa.

Estetycznie Fu jest miejscem pozbieranym z elementów. To nie zarzut, bo fajne jest odkrywanie starych rzeczy w nowych kontekstach. Zdrowe, ekologiczne podejście, by przedmiotom dawać kolejne szanse i układać w nowe konstelacje, przypadkowe i trafne, bez presji dekoratorów i innych wnętrzarskich kapłanów. Więcej tu luzu i zabawnej gry z przedmiotami niż w konsekwentnym i zaciętym Kurhausie. Jest cieplej, przaśniej, swobodniej.

W Fukafe są ciasta, wszystkie roślinne. Doceniam etyczny wymiar tych ciastek, nawet jeśli nie wyzwalają we mnie przemożnej ochoty na wegańską konwersję.
Wszystkie są uczciwe, wypielęgnowane, wszystkie zjada się z przyjemnością. Ale trzeba mieć świadomość, na co zresztą zawsze zwracają uwagę właściciele, to są ciasta wegańskie. Nie ma siły, będą smakować inaczej. I faktycznie, nie można spodziewać się odwzorowań smakowych w skali 1:1, a tutejszy furnik bez twarogu siłą rzeczy nie będzie tak sernikowy jak konwencjonalny. Nie oczekujmy zatem cudów, bo masła nie da się niczym podrobić. Ale oczekujmy bardzo dobrych ciast bez jajek czy produktów mlecznych.

Zaznaczmy wyraźnie jedną kwestię. Fukafe nie jest i nie powinno być nietykalne tylko dlatego, że jest miejscem roślinnym, wolnym od produktów zwierzęcych. W Fukafe wyraźnie chodzi o coś więcej, a to, że jest miejscem zatroskanym nie oznacza wyłącznie przejęcia losem zwierząt. Bo Fu fajnie troszczy się przede wszystkim o swoich gości: jest otwarte, przyjazne, elastyczne, skore i chętne do przyjaźni. Ma misję, ale jest w niej niesłychanie subtelne, nie uprawia wege-ewangelizacji. Jasne, że to wciąż biznes, ale jakiś utopijny, alternatywny, niedzisiejszy (ale nie z przeszłości, raczej taki, który dopiero ma nadejść).


Życzymy wielu przyjaciół.

poniedziałek, 16 marca 2015

OtwARTa, Wrzeszcz, Garnizon












OtwARTa, Wrzeszcz, Os. Garnizon

Mam wielką rezerwą do tzw. artcafes, czytaj: kawiarni artystycznych, które obwołują się takimi już na samym początku, już przy wejściu nie pozostawiają wątpliwości: wchodzicie do przestrzeni artyzmu, naznaczonej kulturą wysoką i uświęconej sztuką. Lepszej i mądrzejszej.
Warto wstrzymać się z takimi autodeklaracjami i popracować, aby ewentualny artystowski charakter wyłonił się sam, wolą, myślą i uczynkiem nie tylko właścicieli czy menedżerów, ale przede wszystkim użytkowników miejsca.

Otwarta, działająca w Garnizonie od końca ubiegłego roku, nie jest miejscem z gruntu złym.
Można w niej wypić smaczną kawę, zjeść całkiem smacznie i za przyzwoite pieniądze. Oczywiście muszą być dania obiadowo-lanczowe, przykrojone pod gusta vegelemingów, koniecznie wolne od największego zbrodniarza dekady - pana G. 
Szybko kilka konkretów: kawa z Palarni Kawy w Gdańsku, nie czepiam się, polecam. Zupa dnia, zupełnie zjadliwa, taki zielony Gerberek dla pacholęcia, zmielony i lekko niemrawy. Przetestowałem tiramisu, które wydało się interesujące ze względu na formę okrągłego ciasta, z którego odkrawano równe trójkątne kawałki. I faktycznie, nie obroniło się. Niezwyczajna forma ciasta, ale i niestety nikła maślaność, kryzysowo maskarponowe. Za to w permanentnej erekcji, wznieconej i zakonserwowanej spożywczymi utrwalaczami. Po braveranie nawet tiramisu stanie. Ale nie wszystko złoto, co stoi, bo to ciastko jest zwyczajnie mdłe, przesuszone, biszkopt nie wypił dostatecznie dużo kawy, całość niedosłodzona i niezbalansowana, kompletny brak kontrapunktu. Posypka ze zmielonej kawy próbuje walczyć z bezpłciowym miąższem, ale szybko się poddaje. Znam tiramisu jako ciastko wprost barokowe, epatujące osmozomem żółtek i maślanością maskarpone, bogate, hojne, przycięte goryczą espresso i kakao. Tymczasem tiramisu w O. jest nudne, przenudne, za to koniecznie z listkiem mięty i pudrowymi wydziwiankami.

I nawet pal sześć to nieszczęsne tiramisu. Gdyby tylko takie działko można było wytoczyć, że ciastko nieudane, to właściwie nie byłoby dalej czego się czepiać. Ot, po prostu kolejna knajpa w okolicy, zwrócona do tego samego targetu i operująca mniej więcej tymi samymi środkami. Swoją drogą, dziw bierze, dlaczego wszystkie powstające w sąsiedztwie gastrotwory tak ochoczo biorą się za jak najszerszą formułę: kawiarni, bistro, restauracji, lanczowni, burgerowni i śniadaniarni. Wszystko w jednym, taki wyścig ślepców: skoro inni mają to w ofercie, to my też musimy, nie możemy być gorsi, nie możemy pozwolić, żeby oni zarobili więcej. Chyba próżno czekać, aż ktoś wyłamie się z tej Brojglowskiej parady, wcześniej raczej komuś zaskrzeczy w lędźwiach i zgnije na poboczu. Bo wyścig trwa w najlepsze: Marmolada ambitnie ogłosiła, że wieczorami zacznie przebierać się za restaurację, ze specjalnym menu, ba, nawet zmienionym wystrojem. Taka maskarada ma jeszcze sporo manewru: zawsze można wieczorami stać się (po części) sklepem nocnym albo zamontować rurę, bo roztańczony męski naród lubi popatrzeć i porechotać, a pewnie i chętnie przy tym coś wypije.

Uspokójmy jednak fanów O. Mimo wszystko lokal zatroszczył się o swoją odrębność i bardzo stara się wyróżnić spośród konkurencji. Zbudował opowieść wokół własnej oferty. Skonstruował tożsamość, która zapewnić ma rozpoznawalność i niepowtarzalność, co najmniej w rejonie garnizonowym.
O obwołała się galerią (choć jestem pewien, że w właścicielskiej głowie chodzi bardziej o Galerię).
To miejsce, w którym dostaniemy to, co czyni nasze życie piękniejszym, buńczucznie zapowiada właściciel Otwartej. Bo nie jest zwykła Otwarta, to jest OtwARTa.

Przepraszam, ale nie podejmę tego efekciarskiego zabiegu i knajpa pozostanie dla mnie tylko  Otwartą, względnie O.
Już drugi człon nazwy nie pozostawia wątpliwości. Galeria smaku. Bo O. nie ma być zwykłą knajpą, ale sknajpiałą świątynią sztuki, gdzie wszystkie moce sensoryczno-intelektualne, chwilowo nie zajęte przeżuwaniem, zestrojone mają być na kontakt z kulturą.

O. twierdzi, że jest świątynią sztuki i przybytkiem kultury wysokiej, takiej na koturnach. I przedstawia kilka argumentów, które mają o tym niezbicie zaświadczyć.

Na środku, zaraz po wejściu, prawie wpadamy na rzeźbę. Po prostu musi tam stać, dostatecznie duża, żeby już na starcie nie było wątpliwości: odetchnijcie głęboko, zostaliście właśnie uszlachetnieni, zderzyliście się z dziełem sztuki.
Irytujący ekran telewizora. Atakuje nonstop, wciąż w kółku lecą te same zajawki. Jakieś wysnobowane galerie dla noworuskich, koniecznie z parkingami na bentleje,. To nie jest żywa sztuka, to sztuka blichtru i lukru, z gipsu i pozłoty, za to z cziłałą zafarbowaną na modny kolor. Oczywiście, żeby rozwiać malkontenckie sarkania, z muzą Ludwiga von B. w tle. Tego akurat nie słyszę, bo przekaz telewizyjny atakuje wprawdzie natrętnie, ale jedynie wizualnie, tak aby zostawić miejsce dla Brajana Adamsa z Open FM. W końcu to Otwarta, więc i radio musi być open.

Na fajnej skądinąd meblościance znalazły lokum butelki wina. Pardon, to wyselekcjonowane wina, tak czytam na fejsie, gdzie poświęcono im nawet cały album ze zdjęciami. Uspokajam, to najzwyklejsze nowoświatowe butelki, raptem co najwyżej pijalne. I nic więcej. Tymczasem w O. stanowią kolejny instrument wiedzowładzy: mamy wino, podajemy i obnosimy się z nim, bo się znamy. Symboliczny i elitarny potencjał trunku zostaje tu wykorzystany jako rekwizyt uzasadniający słuszność własnych dąsów i aspiracji.

W O. nie brakuje aktów zupełnie niesubtelnej propagandy. Na półkach muszą być książki, rzecz jasna. Książki to przecież krynica mądrości, a poza tym wyglądają ładnie, tak zdobniczo. Lokal z książkami jest mniej awanturujący się. Tyle że w O. knigi to bardziej wypełniacze dla gawiedzi, takie pseudointelektualne błyskotki. Patrzeć i nie zadawać pytań. 
Obrazy za to koniecznie muszą stać na sztalugach, jakby świeżo co wyjęte z pracowni. Bo przecież O. to galeria, a nie osiedlowa knajpa.

I dotykam tutaj jakiegoś, w moim przekonaniu trafnego, pomysłu na O. Niechby była taką dobrą knajpą, na poziomie, bez zadęcia. Bez kabotyńskiego wzdęcia, które zwykle kończy się ciężkim zatwardzeniem. Niech, potrzymajmy się tej proktometafory, Otwarta zafunduje sobie symboliczne płukanie okrężnicy i oczyści ze złogów, galeryjnych pretensji, ciężkich i twardych jak kamienie kałowe.
Niech odrodzi się jako Osiedlova i stworzy namiastkę swojskości w garnizonowej sypialni. Niech stanie się prawdziwym głosem i agorą lokalnej społeczności. Miejscem z prostą i fundamentalną misją: nawiązania relacji z otoczeniem, zaprzyjaźnienia się z mieszkańcami, zaproszenia ich do uczestnictwa w Osiedlovej: posiedzenia na kawie, obejrzenia meczyku, wpadnięcia na lanczyk czy warsztaty. Osiedlova byłaby luźna i nieformalna i nikt z obsługi nie wprawiałby gości w zakłopotanie. Warto mieć na uwadze prosty fakt: prawdziwa żywa kultura, zdarta z koturnów, rodzi się właśnie między ludźmi, tak po prostu. I bynajmniej nie potrzebuje do tego artystowskiego sztafażu, wielkich słów i jeszcze większych pretensji.

Póki co jednak O. z dumą kąpie się w artystowskiej chwale. Tylko że cała ta przebieranka jest mało wyrafinowana. Zszyta naprędce, mocno niechlujnie, szwy rozłażą się i kłują w oczy. O księgozbiorze już wspomniałem. Muzyka: mocno niedopasowana, wręcz karykaturalna. Puszczaliby pewnie Złote Przeboje, gdyby tylko mieli licencję, a tak muszą zadowolić się przypadkowymi zestawieniami radiowych hitów sprzed dekad, ale przynajmniej nikt za to nie wystawi faktury. Zero współczesności, tyleż samo awangardy.
I ta misja wypisana na podświetlanej tablicy, tak żeby nikt nie miał wątpliwości, w jak dostojnym i gustownym miejscu się znalazł. Właściwie nawet nie misja, ile zlepek słów kluczowych: wizja, gust, sztuka, ART, galeria, kultura. To wszystko szlachetne ingrediencje, z których w akcie demiurgicznego olśnienia ulepiono istotę wyższą.
OtwARTą.

Trzask, prask i nagle maski spadają. Rzut oka na półki z książkami i wszystko staje się jasne, wiadomo dla kogo ta cała maskarada. Kolorowe magazyny: Prestiż i Mens’Health. Takie pisemka, tacy czytelnicy, tacy goście. Dzisiaj siłka, jutro sesja kulturalna w Otwartej. Z dużą dawką artu.

Rzadko skarżę się na obsługę, ale O. nie zostawia wyboru. Kelner irytujący, aż bolą zęby. Taka nadgorliwa troska Nie byłem w stanie zliczyć, jak często zadał idiotyczne pytanie czy smakowało?. Takie pytanie nie powinno w ogóle paść, ok, wybaczę, gdy zapytają raz, ale żeby sześć w ciągu 40 minut? I jeszcze jedno, przy okazji płacenia: czy podobało się u nas?. I dobitka leżącego: czy wrócą państwo do nas?. Nie, nie wrócą, choćby dlatego, żeby unikać takiej konfundującej nadgorliwości. W sumie to nie mam pretensji do samego kelnera, raczej do kogoś, kto ustala takie rozbrajająco anankastyczne standardy obsługi.

Otwarta byłaby zupełnie sympatycznym miejscem, gdyby zdjęła maskę nuworysza, pretensjonalnego art-amatora, który naprędce stara się nadrobić pokoleniowe braki w kapitale kulturowym. Wie już (co za szczęście!), że sztuka, że ważna, że warto, że wypada, ale trochę jeszcze rama myli się z obrazem. Znane to sytuacje: szybki awans ekonomiczny i równie pospieszno-usilne starania, aby za bogactwem wykształcił się też smak. Tyle że gust (dobry) nie potrzebuje ani natrętnej mantry, jaki to dobry i słuszny, ani śmiertelnej powagi. I na nic zda się tu determinacja czy desperacja. Dużo więcej zdziałają dystans i życiodajna ironia.

Wielka jest misja i wizja Otwartej. W postmilitarnej strefie, wśród zdepersonalizowanej zabudowy oraz zatomizowanych i połamanych relacji społecznych ostały się jeszcze nieliczne wyspy człowieczeństwa i tzw. kultury wyższej. Jest Otwarta. Przetrwaliśmy i przetrwamy, bo to przecież sztuka, której Otwarta najczystszej wody krynicą, jest miarą naszego człowieczeństwa. Radujmy się.

I na finał, już zupełnie bez sarkazmu, choć przychodzi to z wielkim trudem, oddajmy głos jednemu z fanów:

Kawiarnia Otwarta to niesamowita podróż w głębię czarnej i zniewalającej rozkoszy. To wyjątkowe miejsce w Gdańskim Garnizonie cechuje się dobrym smakiem nie tylko do wyjątkowego lekkiego i ekologicznego jedzenia, ale również do dzieł sztuki, którymi gość, niczym widz ma przyjemność się otaczania. Te obcowanie ze sztuką i zmysłową kawą tworzą otoczenie, w którym chce się po prostu być. Tak chociaż na tę jedną chwilę... 
(źródło: fejs Otwartej, pisownia oczywiście oryginalna).


Cóż, jaka publiczność, taka galeria.

piątek, 27 lutego 2015

Marmolada, Chleb i Kawa, Gdańsk-Wrzeszcz











Marmolada, Chleb i Kawa, Gdańsk-Wrzeszcz, Osiedle Garnizon


Dzisiaj recenzja, która nie spełnia cech. Inna niż dotychczasowe. Dzisiaj nie chcę zajmować się jakością kawy, szczegółami wystroju czy innymi popierdółkami, zaliczanymi do tzw. konkretów.  Dzisiaj nie będzie konkretów. Nie będzie zdjęć. Będzie za to próba syntezy, mocno subiektywnego oglądu lokalu, który wcale nie był obojętny.

Opowiem dzisiaj bajkę o Marmoladzie, fajnym i modnym lokalu między Wrzeszczem a Oliwą. Nie wiem tylko, czy uda się dopisać do niej szczęśliwe zakończenie.

Marmoladę poznałem dość dawno temu, we wrześniu 2013. Inwestycje mieszkaniowe w ramach Garnizonu dopiero na dobre ruszały. W zdemilitaryzowanym kwartale otwierał się rynek usług, także gastrobiznes, zresztą, jak widać dzisiaj, temat jest wciąż żywy. Jedną z jaskółek była Marmolada, Chleb i Kawa, wpisująca się w popularny wówczas trend miejskiego odkrywania śniadania[1], dotychczas najbardziej macoszo traktowanego posiłku. Czyli śniadaniarni, kawiarni z rozbudowaną ofertą śniadaniową, często na bazie własnego unikatowego pieczywa.

Lubiłem to miejsce. Marmolada miała ambicje. Chciała być gdańską Szarlotą, kulinarnym centrum, w którym nie do końca o kulinaria chodzi, ale też o życiodajny lans. W tym dobrym sensie, bo Marmolada nie wyrosła przecież w modnym centrum miasta, ale na obrzeżu, tak lokalnie i w przyjaźni z otoczeniem. Fajna, bardzo pozytywnie postrzelona obsługa, nieszablonowa, kontaktowa i bezpośrednia, w swoim czasie nie miała w Gdańsku konkurencji. Do Marmolady wpadało się jak do zaprzyjaźnionej miejscówki. Swoją drogą to niezwykły sukces: stworzyć warunki do nawiązania tak sympatycznej relacji z miejscem. Dzięki swoim ludziom Marmolada miała fajny, świeży potencjał, który działał jak aureola – tuszował niedoskonałości i dostawiał plusy tam, gdzie mogło ich wcale nie być. Trudno było w Gdańsku o knajpę z tak życzliwym klimatem.

I do tego przyjemność dla oka: nowocześnie, ale rustykalnie. Ale nienachalnie. Po skandynawsku, ale znacznie bardziej w duchu Dzieci z Bullerbyn niż kopenhaskiego loftu. Sporo rękodzielniczych ozdóbek i przeszkadzajek. Dobra synteza: współcześnie, ale z pluszowym akcentem. W takich dekoracjach nikt nie miał prawa skarżyć się na jedzenie. Po prostu musi smakować. Marmoladka była zdobnicza, ale nierzadko miałem wrażenie, że i zwodnicza.

Swoją drogą, zawsze zastanawiałem się, dlaczego M. tak naprawdę i na poważnie nie uczyniła marmolady motywem przewodnim. Wiem, wiem, dżemików jest w M. dużo, tylko że wszystkie są produkcji zewnętrznej (z Fimaro). A powinny być warzone na miejscu, pod etykietą Marmolady, jedyne i niepowtarzalne, sezonowo zmienne, obliczone na całą masę efektów: nostalgię, komfort, ale też niedowierzanie czy szok. Marmolada z bezpiecznych truskawek (niech będzie, że w wersji fjużyn podkręcona skórką z limonki, kardamonem czy czili), ale też marmolada z rokitnika, czarnego bzu, espresso, pędów sosny, brokułów, a może i karaluchów, jeśli wola. Nie tylko do chleba, ale też samodzielnie, degustacyjnie. Kappingi z marmolady? Akurat w Marmoladzie jak najbardziej.
Ale tutaj się tak nie zadziało. Pozostali przy Fimaro.

Stosunkowo szybko Marmolada zaczęła zjadać się sama. Dwie kwestie przesądziły. Niestety każda to strona tego samego zjawiska: głupiej niczym nieuzasadnionej woli ekspansji (woli tzw. rozwoju albo raczej zwoju). No bo trzeba zarabiać. Lokal musi zarabiać. I to szybko.

Po pierwsze, powiększenie lokalu. Z perspektywy gościa to nie był dobry ruch. Oczywiście rozumiem, że potrzeba było więcej miejsca, żeby lokalsi mogli wpadać po modne pieczywo i ustawiać się w kolejce. Poskutkowało to jednak tym, że spójna i ładna M. nagle dostała przestrzennego rozdęcia. Albo wzdęcia. Niestety decorum nie nadążyło i w efekcie Marmolada stała się kiszką z pustą przestrzenią na wysokości baru, gdzie kiedyś były stoliki (gwoli ścisłości, kiszką wzdętą nieświeżym powietrzem, bo wentylacja to zmora M.). Za to koniecznie z kommontejbl, bo przecież standardy zobowiązują. Dokoptowanie dodatkowej przestrzeni spowodowało, że lokal stał się bardziej kanciasty, stołówkowy, mniej przytulny, mniej gościnny. Coś uleciało.

Druga kwestia. Marmolada bardzo szybko zaparła się własnej początkowej (choć wydawało się, że już wykształconej) tożsamości: śniadaniowej kawiarni. I w ekspresowym tempie zaczęła zmieniać się w obiadowy bar. Z żalem i zażenowaniem obserwowałem ich kolejne posty na Fejsie: oto lokalik, który przecież miał jakieś lajfstajlowe ambicje sięgnął poziomu taniej jadłodajni. Niemalże klasyk w polskim gastrobiznesie: róbmy wszystko, bo przecież wszystko może się sprzedać. Parzmy kawę, pieczmy chleby, smażmy jajka, podawajmy tanie obiady, a nawet burgery, bo przecież ktoś ostatnio pytał o burgery. Najprostsza zasada wspólnego mianownika: zróbmy lokal dla wszystkich, bo wtedy będzie dużo klientów. Tymczasem Marmoladzie zaczęła wyrastać coraz poważniejsza konkurencja, także mocno obiadowa. Podczas ostatniej wizyty w M. (lutowe wtorkowe wczesne popołudnie, pora ewidentnie obiadowa) odnotowałem: w Lu-La pełno ludzi, w Kantynie bije po oczach oferta tanich obiadów, a w M. kilka stolików zajętych, raczej pustawo. Wiatr zmian.

I prosty wniosek: Marmolada straciła swoją szansę. Zamiast postawić na kawiarnianego konia (z opcją śniadaniową), zaczęła rozmieniać się na drobne. Zamiast pozostać typową kawiarnią, o wyraźnie zakreślonych granicach, wzmocnić estetykę kawiarnianą i poważnie zatroszczyć się o słodycze, stała się kilkugatunkową hybrydą. Podobnie jak inne lokale w okolicy, które także w mniej lub bardziej udany sposób maszerują w poprzek gastrodyscyplin. Można było się odróżnić, a nie kroczyć w konformistyczno-chciwym pochodzie, z którego – nie ma siły – ktoś musi odpaść.

Coś, jak dla mnie, w Marmoladzie pękło. Dzisiaj ze smutkiem konstatuję, że Marmolada zwija się. Bardzo trudno przychodzi jej wypracowanie jakiejś własnej nowej formuły, adekwatnej do poprzeczki, jaką wiesza konkurencja. Miejsce z energetycznej, żwawej marmolady zaczęło zmieniać się w skostniały twardy dżem. Ktoś przedobrzył i przeciągnął tę marmoladę. Ktoś ją za mocno wysmażył. Ktoś za bardzo chciał, żeby zabrzęczało w kieszeni i zapomniał, że rondel na gazie.

Wszyscy serdeczni obsługujący, poznani i zaprzyjaźnieni w Marmoladzie, poodchodzili. Wiem, że Michał (jak dla mnie – główny ambasador Marmolady i marmoladzianej kultury kawowej), staje na własnych kawiarnianych nogach.

Zrobiło się chłodnawo.

Marmolada, widzę to dziś bardzo wyraźnie, jest miejscem z bardzo średnią kuchnią. Nie o to chodzi, że nie oczekujmy tutaj kulinarnych uniesień. Przygotujmy się na oceny dostateczne. I tyle. Bo esencją tego miejsca była atmosfera, ona działała jak przyprawa, sekretny składnik, który doprawiał niedoprawione i słodził niedosłodzone. Takie tajemnicze umami, które wypełniało przestrzeń i upraszało o łaskawość w sądach. Zmuszało podniebienie do wyrozumiałości. Taki był sekret Marmolady, tyle że ta przyprawa już nie działa. W Marmoladzie wszystko jest zwyczajne. Pieczywo, wypiekane przez zaprzyjaźnioną piekarnię i dostępne tylko w lokalu, wcale nie należy do wyjątkowych. Jest nadmuchane, niedosmakowane, trudno zaliczyć je do piekarniczego rzemiosła. Słabością M. były zawsze słodycze. Ciasta nie były udane, zwykle jeden gatunek, przypominały raczej wyroby komunijno-weselne, mało wdzięczne i tyle samo smaczne. Ale jadło się bez specjalnego narzekania, trzeba było wybaczyć.

W Marmoladzie działała specyficzna alchemia: transmutacja średniego jedzenia w pozakulinarną przyjemność. Takie rzeczy nie zdarzają się często. Za to winni jesteśmy M. szacunek. Ta przemiana miała w dużej mierze charakter symboliczny, była efektem bogatej estetyki Marmolady, obejmującej klimat, wnętrze i relacje z gościem. W przypadku M. estetyka wyprzedzała kulinarny produkt, określała go, ba, nawet nadawała mu smak. Nakazywała myślenie o marmoladzianej ofercie jako swojskiej, rustykalnej, domowej, naturalnej, smacznej. Taki zręczny sztafaż, aby przerobić nadmuchane drożdżówki w babcine wypieki.
Czary zawsze pryskają, wcześniej czy później.

Żegnam cię, Marmolado.







[1] Myślę, że zjawisko jest na tyle ciekawe, że warto opatrzyć je anglojęzyczną nazwą The Discovery of Breakfast i poświęcić jej w przyszłości osobny tekst ;)

wtorek, 13 stycznia 2015

Kawiarnia Konfitura, Wrzeszcz











Kawiarnia Konfitura (dawny Melanż), Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Partyzantów

Dzisiaj pierwsza Reinkarnacja.

Zaglądam do Wrzeszcza, w końcu grudnia na Partyzantów, na miejscu dawnego Melanżu objawiła się Konfitura.

O Melanżu: http://cafebrzytfa.blogspot.com/search/label/Kawiarnia%20Melan%C5%BC pisałem ponad rok temu. 

To była kawiarnia zupełnie bez ducha, z niezłym ciastkiem, ale kompletnie jałowa, bez atmosfery i pomysłu na siebie. To nie zaskoczenie, że wyzionął ducha, oddając pole innym, teoretycznie mądrzejszym, bo przecież bogatszym o doświadczenie nieudanego poprzednika. Sęk w tym, że nowi właściciele okazali się kompletnie nieprzygotowani do lekcji.

Konfitura ma ładną nazwę. Taką, która budzi nadzieję: na przytulność, ciepło, swojskość, no i że będzie smacznie, tak po domowemu czy babcinemu. Najprawdopodobniej to niedaleka i popularna Marmolada (Marmolada, Chleb i Kawa) posłużyła jako inspiracja dla semiotycznych poszukiwań nowego imienia. I niestety to tyle, jeśli chodzi o nawiązania do Marmolady.

Jeszcze gorzej, że to także koniec jakichkolwiek skojarzeń z konfiturą.

Bo Konfitura zupełnie konfiturowa nie jest. A przecież oczywistym (i słusznym) wydawałoby się osnucie całej tożsamości nowego miejsca wokół konfitur właśnie. W Konfiturze powinny lać się hektolitry dżemów, powideł i marmolad. Powinny być wszechobecne: w słoikach i na półkach, w herbatach i kawach (tak!), podawane do ciast i deserów, do częstowania i sprzedawania. To takie oczywiste logiczne następstwo między nazwą i jej desygnatem. Knajpa z konfiturą w szyldzie powinna nią dosłownie ociekać.
Tymczasem w karcie nie znajduję praktycznie żadnej poważnej konfiturowej pozycji. Gdzieś w głębi pojawia się herbata z miodem i konfiturami, ale tak skrzętnie ukryta, żeby tylko przypadkiem nikt nie znalazł.

Konfitura to jednak nie tylko słodkie powidła w słoiku. To też obligacja do pewnej specyficznej stylizacji wnętrza i odpowiedniej atmosfery, tak aby było swojsko, domowo, ciepło i serdecznie. I kolejna dwója, bo wystrój Konfitury zmienił się nieznacznie, właściwie to taki Melanż po lekkim lifcie, niby dodano trochę elementów dekoracyjnych, ale wszystko w asekurancki i nieprzemyślany sposób. Owszem, zauważam próby dobudowania jakiejś historii do postmelanżowej nudy: powtarzający się motyw brzozy (fototapeta, gałęzie w szkalnych dzbanach, ciekawe, że akurat leci Bjork), motywy ptasie (jakieś niezrozumiałe kuliste nibyklatki zwisające z sufitu), ale to wszystko nie przekonuje. No bo jaki jest związek konfitur z brzozami albo ptakami? Oprócz tego, że można dżemik posłodzić ksylitolem czyli cukrem z brzozy?

fot. Cafe Brzytfa
Nie udała się ta metamorfoza. Nadal jest biurowo i ascetycznie, kanciaście i nieprzytulnie. Ale nie jest to żaden nowoczesny minimal, po prostu estetyka hotelowej stołówki. Jest przeraźliwie pusto. I nie chodzi tylko o słabiutką frekwencję, ale o dotkliwy brak przedmiotów, które jakoś określałyby charakter wnętrza, ogrzewały je, nawet wtedy, gdy ludzi brak. Zdaję sobie sprawę, że układ przestrzenny Konfitury nie jest najbardziej fortunny, bo to jedna duża kwadratowa sala, dlatego fundamentalnym zabiegiem byłoby dekoracyjne przekształcenie nieprzytulnej stołówki w ciepłą, energetyczną i intymną przestrzeń kawiarnianą. To się nie zdarzyło.
fot. Cafe Brzytfa
Porażający jest właściwie zupełny brak dekoracji świątecznej. Jest tylko sznurek trupich ledowych światełek na jednej brzozie i kilka superascetycznych wieńców, o zdolności zdobniczej bliskiej zeru. A przecież tyle miejsca do wykorzystania!

I ukoronowanie tej całej wnętrzarskiej tandety: kominek, który chciałby być kominkiem, choć nigdy nie będzie. Jest tylko lampką z wnętrznościami przypominającymi brzuch podirytowanego Smauga. Oczywiście wyposażony został w cały zestaw szczap drewna, w każdej chwili można dołożyć do ognia. I rozłożyć się na poduszkach, bo to przecież takie uroczo kominkowe.

fot. Cafe Brzytfa

fot. Cafe Brzytfa
W Konfiturze cały front jest przeszklony. Duże okna, przez które widać przechodzących ludzi. Nikt nie wchodzi, nikt nawet nie zagląda przez szybę. Bo nie ma na co i po co. Bo Konfitura jest zupełnie niekonfiturowa. I nawet jeśli na zewnątrz zimno, to w środku też chłodno. Może jeszcze chłodniej.

fot. Cafe Brzytfa
Coś też zjadłem i wypiłem. I tutaj poważny regres. W Melanżu przynajmniej ciastko było sensowne. Konfitura okazuje się mało jadalna. W witrynce nie ma wielkiego wyboru, zauważam paschę z oliwskiej Fedory, mało to oryginalne. I szarlotka, choć to słowo mocno na wyrost wobec cukierniczego dziwadła, podobno z jakiejś małej sopockiej cukierni. To był jeden z najgorszych jabłeczników, jakie kiedykolwiek jadłem (bardziej podły był tylko ten z Małej Czarnej, paraliżował wizualnie). Klocowaty, mdły, złożony z ultra cienkich warstewek jabłecznego musu zabitego różano-truskawkową perfumą, utopionych w szklistym margarynowym cieście. Produkt naganny, umiarkowanej zjadliwości przydaje mu wsadzenie do mikrofali, to taki – modne słowo- tłist, aby gorącym znieczulić podniebienie, ogłupić je i sprawić, że przełknie prawie cokolwiek. Ciastko jest tylko słodkie, przesłodkie, wyróżnia je apteczna chemiczna nuta i nic więcej. No, ale na kwadratowym talerzyku, wiadomo.
To autentycznie bezsensowne kalorie. Zero przyjemności, maksimum kalorii. Wzorzec z Sevres kawiarnianej beznadziei.

fot. Cafe Brzytfa
Pytam o kawę. Niespodzianka, miły pan pokazuje opakowanie po kawie Starogdańskiej z Palarni Flemming z Oliwy. Szkoda, że nigdzie nie widać śladu współpracy z Flemmingiem, a to przecież dobre ziarno i prawie po sąsiedzku wypalane. Byłoby się czym pochwalić.
W filiżance niestety nie smakuje już tak dobrze, ba, powiedziałbym nawet, że zaskakująco wyrazisty okazuje się komponent robuściany. Pijałem Starogdańską wielokrotnie i kojarzę ją z fajnych przydymionych nut cynamonowych. Tutaj zdecydowanie przeważa mniej szlachetna ziemista karmelowość, zupełnie jakby do firmowego worka dosypano Czibo Femili.
W karcie znajduję wzmiankę o pochodzeniu ziarna („100 % Arabica z lokalnej palarni”), ale nie wiadomo, o jaką konkretnie palarnię chodzi, a poza tym mieszanka Starogdańska wcale nie jest czysto arabiczna. Są zatem nieścisłości. Są i poważne niekonsekwencje, które rzucają cień na sens i autentyczność przemiany Melanżu w Konfiturę: „kawy Melanż”. Zupełne niepotrzebne jest pozostawienie pozycji kojarzących się z poprzednim, nieudanym przecież wcieleniem kawiarni. Od takich historii należy się stanowczo odcinać, a nie bezmyślnie powielać.

Konfitura chce uśmiechać się promiennie i niewinnie. Ale to nieodrodna córa Melanżu, nieudana maskarada, która sugerować ma jakiś inny stan faktyczny niż ten napiętnowany tutaj już z górą rok temu. Tu nie ma żadnej rewolucji, żadnej woli zerwania z przeszłością.
To taki dywan, pospiesznie narzucony na wszystkie stare słabości i smutki, może nie będzie widać. Niestety trupiątka wciąż wyłażą z szafy.

A zakończę paradoksalnie, tzn. całkiem optymistycznym akcentem.

Konfitura, jeszcze na dobre nie ukazała się w całej krasie, a już notuje na swym koncie listę pełną grzechów i zaniechań. Nowej tożsamości nie zbudują pozorowane zmiany i ustawiane zdjęcia na Fejsie, które mają pokazać, jakim to ładnym i romantycznym lokalikiem stała się ta Konfitura.
Ale zawsze jest i nadzieja: można i wypada się zrestartować. To dopiero początek, można uznać, że właściwa zmiana jeszcze się nie dokonała. I doprowadzić do bardziej radykalnej przebudowy. W tej części Wrzeszcza kawiarnia poprowadzona z wizją, pomysłem, na przekór estetycznym standardom sieciówek miałaby dużą szansę powodzenia.



czwartek, 16 października 2014

Kurhaus, Wrzeszcz, ul.Aldony/Wajdeloty










Kurhaus, Wrzeszcz, ul.Aldony/Wajdeloty

Dzisiaj miejsce całkiem szczególne, któremu – od razu uprzedzę – należy przyklasnąć.

Kawiarnia w gdańskim centrum, wydeptywanym przez przyjezdną gawiedź zza morza czy powiatu to nie jest posunięcie obarczone jakimś szczególnym poczuciem misji, czy też specjalnie ryzykowne. Innym kalibrem jest jednak podpięcie się pod rewir ani turystyczny, ani gastronomiczny. Dolny Wrzeszcz i pięknie rewitalizowana ulica Wajdeloty. I Kurhaus, który ulokował się u zbiegu Wajdeloty i Aldony.

Przyznam wyjątkowo, że o ocenie miejsca dziś musi zdecydować jakaś mocno subiektywnie odczuwana symbolika całego otoczenia. Za każdym razem w Dolnym Wrzeszczu, szczególnie w rejonie wajdelockim mam silne wrażenie oniryczności miejsca, jakiejś jego surrealności, trochę niepokojącej, trochę przyśnionej. I to pomimo ludzi na ulicy, widzę opustoszałe senne miasto, ot takie wrażenie przechadzki o trzeciej nad ranem, trochę teatralne skorupy, trochę da Chirico. W ciąg tego doświadczenia wpisał mi się Kurhaus. I co ciekawe, wcale nie odbieram tego jako przypadek.

Kurhaus nie jest bowiem miejscem letnio-neutralnym, choć minimalistyczny, to gęsty od znaczeń, porusza się po dość psychodelicznych rewirach. Być może to wyłącznie moje odczytanie tej estetyki, możliwe, że dla innych to po prostu solidna funkcjonalna stylistyka z lat sześćdziesiąto-siedemdziesiątych. Ani oniryczna, ani toksyczna.

Lokal jest do bólu konsekwentny w wystroju. Są stare mebelki, ale stare inaczej niż w retro kawiarniach. Niektóre krzesełka czy stoły znam bardzo dobrze z czasów swojego dzieciństwa, przy czym nie jest to wspomnienie, do którego chciałoby się przytulić jak do pluszowego misia. Konsekwentna linia wnętrza jest tyleż spójna, ile kostyczna i sucha, we mnie osobiście wzmaga poczucie wyobcowania, a gołe ściany przywodzą na myśl niechciane odwiedziny w niewykończonym ciotecznym em ileś tam dawno temu. Nie jest ciepło, a chciałoby się ogrzać jesienią we wnętrzu, które nawet niech udaje, ale niech ogrzewa. We wnętrzach w rodzaju Kurhausu wyczuwam napięcie, niech będzie że międzypokoleniowe, z gruntu estetyczne, ale skoro za estetyką pokornie podąża też jakaś wizja świata, to i ontologiczne również: my nie udajemy, my nie lubimy na staro, my lubimy nowocześnie, my prawdziwi, niezapatrzeni w jakieś emeryckie kaprysy, etc.

Niepokój podkreśla muzyka, słychać wybrana z rozmysłem, mocno alternatywna, ze zbliżonym do stylistyki wnętrza retro-analogo-nerwem (nie zrekonstruuję autorów, niech to będą jakieś klony Stereolab czy Skalpela). Zapewniam, to nie mój wymysł, wejdźcie do Kurhausowej łazienki, a w pierwszej chwili poczujecie się jak przybysze z matplanety.

Wnętrze, choć zupełnie nie z mojej bajki, zasługuje na uwagę. Gorzej, że ten minimalizm rozpanoszył się też w kuchni. O tyle, o ile minimalizm estetyczny może stanowić punkt do dyskusji, to skrajna oszczędność oferty kulinarnej jest strzałem w stopę, nie widziałem tabliczki z info, że lokal dla dietetyków. Patrząc złośliwie, należałoby zakwalifikowac Kurhaus jako logiczny kolejny punkt na skali wielkomiejsko-hipsterskich fobii jedzeniowych. Ani vege, ani glutenfree, po prostu: foodfree. Pełen komfort, nic nie kusi, i żadnych wyrzutów, żołądka czy sumienia. Prawdziwy comfort food. Anorektyczny raj.

I to jest największe działo, jakie wytoczę Kurhausowi. Nie ma w nim żadnej spożywczej pokusy, jest po prostu miejscem wolnym od jedzenia, a to nie przystoi żadnej kawodajni. Owszem, jest kawa (z Coffee Proficiency), naturalnie są hipsterskie zalewajki: dripki i chemki. Nie może oczywiście zabraknąć glamurowatych alter-drinków: friców, wastoków, mijomatów, itd. Polityka sprowadzania gotowców ma krótkie nogi: nie tylko, że nie buduje odrębności miejsca w stopniu takim, jak czyniłoby to oferowanie napojów produkcji i inwencji własnej, ale też na dłuższą metę okazuje się mało racjonalna ekonomicznie.

Gdy pojawiłem się po raz pierwszy, z rzeczy spożywczych (nie napojów) dostępna była jedynie wegańska tarta okołoczekoladowa, zamawiana z sąsiedzkiego Avocado. Pani właścicielka w ujmujący sposób zaproponowała wyjście po pączki do pobliskiej cukierni, bo „i tak miała po nie dzisiaj pójść”. Rozumiem potrzebę dobrej komunikacji z otoczeniem, ale podawanie ciast z wegańskiego bistro baru albo przemysłowej cukierni A. Paradowskiego (obok) określiłbym jako piramidalną bzdurę. Po co dublować pomysły, niektóre zupełnie nieudane, inne co najmniej specyficzne? Aż prosiłoby się o zadbanie o własne niepowtarzalne wypieki, bynajmniej niewegańskie, przeciwnie, z dużą ilością masła, i na przekór cukierni Paradowskiego, domowe i smaczne. Pączek od Paradowskiego był cukierniczym potworkiem, fryturowym klasykiem, wręcz absurdalnie kokosowym w posmaku. Mocno wyrośniętym, nie tylko cieleśnie, ale i cenowo, bo z 2,2 pln w cukierni awansował na 5 pln w kawiarni. Przed wizytą w Kurhausie zalecałbym zaopatrzenie się w pączka w cukierni, będziecie o 2,8 pln na plusie.

Oczywiście, w grę wchodzi jeszcze taka możliwość, że Kurhaus wcale nie ma jakichś wielkich kawiarnianych ambicji, że chce być taką środowiskową świetlicą dla lokalnych artystów i hipsterów. Takim nowoplemiennym punktem zbornym, w którym spotkamy się i wypijemy. Jest to możliwe, zważywszy na bardzo mocno zakreślone granice tego miejsca i wyrazistą stylistykę, która bynajmniej nie jest inkluzywna, nie zaprasza, raczej wyklucza, bo nie wyobrażam sobie pań ok. sześćdziesiątki, które regularnie posiadują w Kurhausie. A jeśli by tak miało być, to życzę, bo w gruncie rzeczy i pomimo wszelkich sarkań jakoś to miejsce lubię, żeby Kurhaus  nie stał się w dosłownym sensie kurhanem.

P.S. Kurhaus to z niemiecka dom zdrojowy albo sanatorium, dla kawiarni nie jest to oczywiste imię, stąd i skojarzenie z tym sanatorium spod Klepsydry. I faktycznie, przyznam, że Kurhaus sugeruje i buduje podobny świat, duszny i niepokojący, w którym rekwizyty zmieniają się wprawdzie z przedwojennych na powojenne, ale litera tekstu pozostaje zbliżona. W pierwszym fejsbukowym wrażeniu nazwa wydała się twarda i kanciasta, jakoś nieprzystająca do kawiarni, która niby powinna być bardziej kobieca i pluszowa. Okazuje się jednak, że działa, dobrze działa.

czwartek, 5 grudnia 2013

Kawiarnia Melanż, Gdańsk Wrzeszcz









Kawiarnia Melanż, Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Partyzantów

Melanż to świeże miejsce, które wykluło się na przełomie lipca-sierpnia tego roku w ścisłym centrum Wrzeszcza, tuż pod bokiem Starbaksa. Wydawać by się mogło, że tego typu sąsiedztwo „zobowiązuje” a Melanż będzie jakoś polemizował ze Starbaksem, że przedstawi jakąś lokalną alternatywną opcję wobec globalnej sieciówki. Tym bardziej, że w taki oto sposób został przedstawiony (o czym mogliśmy czytać TU). Kawiarnia przedstawiona została jako miejsce „domowe”, gdzie gość uraczony zostanie domowymi ciastami, pierogami i takąż atmosferą. Nic z tych rzeczy. Melanż żyje w swoim świecie, trwa niezakłócenie skutecznie zaimpregnowany wobec współczesnych kawiarnianych trendów, także tych stojących w opozycji do globalnych, zunifikowanych kawiarnianych marek. 
Wnętrze jest sterylne, puste, wręcz opustoszałe. I nie chodzi tylko o brak ludzi, ale przede wszystkim o pustkę estetyczno-energetyczną. Być może tliła się w Melanżu kiedyś jakaś energia, może wkrótce po otwarciu miejsce jakoś żyło, teraz jednak wszystko się ulotniło. Pozostało nieładne miejsce, przystające bardziej do kanonów prowincjonalnej restauracji z lat dziewięćdziesiątych, kiedy minimalistyczne zestawienie skaju („ekologicznej skóry”) i emdeefu (z niego wykonane są meble) wyznaczało bezpieczne estetyczno-funkcjonalne standardy. Dzięki takiej stylistyce wnętrza dzisiaj Melanż jest miejscem po stokroć anachronicznym. Nie pasuje ani do starszych pań w obowiązkowych nakryciach głowy, ani do młodych rodziców z małymi dziećmi, dziećmi, ani do studentów, ani  tym bardziej do hipsterów, których w sąsiednim Starbaksie pewnie pełno.


fot. Kawiarnia Melanż


fot. Cafe Brzytfa

Fot. Cafe Brzytfa

Melanż jest miejscem smutnym. Przygnębiającym, bo pokazuje (niestety) śmierć marzeń. W czasach, gdy wszędzie trąbi się, że trzeba marzyć, bo to co się wymarzy, musi się spełnić, Melanż brutalnie wkłada w kij w szprychy: nie warto spełniać swoich marzeń, gdy na ich realizację nie ma się pomysłu. Bo na realizacji tak naprędce skleconych pomysłów można się przejechać. W Melanżu, jak czytamy (TU) dużo było marzeń: o własnej kawiarni, o własnych ciastach, pierogach, stolikach i gościach, realizacji pewnej kulinarnej alternatywy. Zabrakło jednak wysiłku, żeby wesprzeć je jakąś wizją, planem, koncepcją, stylem, jakąkolwiek pogłębioną refleksją, no i co najważniejsze jej spójną realizacją. Uruchomienie Melanżu – w jego dotychczasowej wątpliwej formule - jest chyba strzałem w kolano. I nie chodzi o to, że zła lokalizacja, trudna konkurencja, że mało ludzi. Lokalizacja jest dobra, sąsiedztwo synagogi i gminy żydowskiej to niewątpliwy atut. Jednak  w ofercie Melanżu, poza stereotypowym obrazkiem Żyda liczącego monety (oj oj) brak jakiegokolwiek odwołania do tej tradycji (co arcyciekawe znajdziemy tam składniki obecne w tej tradycji: kardamon, daktyle). Oczywiście, szanujemy to, że nie każdemu z tą tradycją jest po drodze.

Sprawiedliwie odnotujmy plusy: pierwszy plus fakt, że wszystkie ciasta są domowej produkcji, dodatkowo zaś mogą być spożywane przez diabetyków. Właścicielka skwapliwie zdradza ich komponenty i wartości odżywcze. Drugi to obsługa samej właścicielki (rzadkość): nienarzucająca się, dyskretna, uśmiechnięta, subtelna. Fakt ten sprawił, że w Melanżu czuliśmy się swobodnie, prywatnie. Niewątpliwym atutem naszej wizyty było pyszne ciasto daktylowe. Okazało się wilgotne, oblane świetną okołakajmakową polewą z ciemnego muscovado. Było warto. Z pewnością kontrowersyjne było upstrzenie talerzyka kleksami jakiegoś żółtawego przemysłowego sosu (po co???). I nie chodzi o sam smak sosu, to po prostu wyglądało nieapetycznie (!). Smaczne ciastko zepsute fizjologiczną dekoracją talerzyka.

W trakcie naszej wizyty dostępne były jeszcze: ciasto marchewkowe, szarlotka i sernik. Ale i tu niestety pojawia się łyżka dziegciu: nie wszystkie ciasta wyeksponowane w małej witrynce (która wszak służy komunikacji z klientami i ma inspirować do konsumpcji) zachęcały do bliższego poznania. Sernik był wyraźnie zeschnięty, niemal szklisty, pewnie nie najświeższy, o ciężkiej klocowatej strukturze, która w miarę upływu czasu ciąży coraz bardziej. Szarlotka, o przerośniętym, również zleżałym, zbitym spodzie, przykryta została bezową pierzyną. Za taką raczej nie damy się pokroić. 

Fot. Cafe Brzytfa


Fot. Cafe Brzytfa


Założyciele/właściciele Melanżu póki co dostają niestety dwóję (ocenę wedle starej skali czyli niedostateczną). Przede wszystkim za to, że nie zbudowali (bo nie pokusili się o to) tożsamości miejsca. Nie odrobili lekcji, nie zapoznali się z konkurencyjnym otoczeniem, nie przedstawili jakiejś własnej, sensownej, komplementarnej propozycji. Odrębności lokalu nie załatwią przecież wyliczenia kaloryczne w menu ani sporadycznie organizowane koncerty. To dziwi, gdyż nie-słodka oferta kulinarna lokalu wydaje się być całkiem ciekawa. Jednak nieciekawe i nietrafione wnętrze skutecznie ją zakrywa. Tu zresztą pojawia się zasadne pytanie: czym dokładnie jest Melanż? Restauracją - co sugerowałby fakt obecności słonych przekąsek/obiadów/lunchy/...  czy kawiarnią? Póki co rozstajemy się z tym miejscem, ale na pewno tu wrócimy.


Fot. Cafe Brzytfa


fot. Kawiarnia Melanż