Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnie kulturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnie kulturalne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Klubokawiarnie i kultura. Po raporcie IKM.







Po raporcie IKM „Klubokawiarnie z kulturą. Przypadek Gdańska”

Raport IKM to fajny początek. I dobry prognostyk, bo coś drgnęło: wreszcie na szerszą skalę dostrzeżono kulturotwórczy potencjał miejskiej gastronomii. Bo kawiarnie to nie tylko przyziemne podżeranie czy wielkomiejski kawolans klasy próżniaczej.
Niewątpliwie ukłon w stronę polskiej gastrosocjologii.

Ale i odrobina goryczy: raport IKM to zaledwie otarcie się o problem, który w realizacji (ale i także w fazie konceptualizacji) okazał się – paradoksalnie – zarówno zbyt rozdęty, jak i słabo doprecyzowany. Słabo nakreślony, bo ograniczony do „klubokawiarń” czyli – jak założono -lokali oferujących uczestnictwo w kulturalnych imprezach. Jednocześnie rozdęty, bo w konsekwencji próbujący pozbierać zagubione składniki kawiarnianej atmosfery. Autorki badań uległy dość stereotypowemu utożsamieniu kultury kawiarnianej z kulturą iwentów. Potraktowały organizowanie wydarzeń jako definicyjny wyróżnik klubokawiarni, a w konsekwencji także filtr separujący, co sprawiło, że na horyzoncie badawczym pozostały punkty kawowo słabe, niewyróżniające się w jakikolwiek inny sposób niż dodatkową ofertą wydarzeń. Odpadły natomiast inne lokale, zwykle o większym potencjale kulturowym.
Wydaje się, że autorki mają tego świadomość, bo - zaskoczone trochę przebiegiem badań - próbują przemycać inne ważne kwestie, pominięte (czy raczej niedocenione) w fazie koncepcyjnej badania, za to przywołane w wypowiedziach badanych osób (np. strona 38 Raportu).

Tak czy inaczej, to dobry początek.

A byłoby jeszcze bardziej obiecująco, gdyby uznać słuszność trywialnego skądinąd przekonania, że kultura jest wszędzie. W kawiarniach kultury pełno i to w najróżniejszych postaciach.
Ten banalny pogląd może być fajnym punktem wyjścia dla nakreślenia zróżnicowanych motywów manifestowania się kultury w kawiarnianych przestrzeniach. Używam liczby mnogiej celowo: dlatego, że kawiarnianość rozgrywa się na różnych scenach, wedle różnych scenariuszy, mocą rozmaitych aktorów i rekwizytów.
Zamiast zatem zastanawiać się nad wydarzeniami kulturalnymi w kawiarniach i na ich podstawie niesłusznie oddzielać te kulturalne od tych pospolitych i nieciekawych, warto zastanowić się nad wielopłaszczyznowością kultury w lokalach kawiarnianych. Mapa miejsc z tak pojmowanym potencjałem kulturalnym nie będzie nigdy pusta, za to pełna kolorów, bo kawiarniana kultura ma wiele imion. Nie są to tylko wernisaże, wieczorki autorskie, wykłady czy promocje książek.
Zarysuję kilka możliwych poziomów kulturowego nasycenia kawiarni. Nie ma potrzeby, aby  szczegółowo przedstawiać każdy z wymiarów. Są to raczej luźne propozycje, zarówno do dyskusji, jak i do weryfikacji badawczej. Nie są to opcje rozłączne, mogą na siebie nachodzić. Nie są też oczywiście zbiorem wyczerpanym.

1.      kultura smaku - na pierwszym miejscu, bo przecież w kawiarniach chodzi o picie i jedzenie; kawiarnie są miejscem konsumpcji, nierzadko wyjątkowej, jakościowej, świadomej, przeżywanej i inspirującej (np. rekonstruowanej w warunkach domowych); w różnym stopniu ten poziom zaznacza się na gdańskim rynku, dostrzegalny np. w Retro, Factotum, Fukafe, Palarni Kawy;
2.      kultura kawowa – kawiarnie bywają agendami wiedzy o kawie i sposobach obchodzenia się z nią; w W-wie nikogo to nie dziwi, Gdańsk dopiero na etapie niemowlęcym; Palarnia Kawy, Retro czy Fukafe to gdańska awangarda;
3.      kultura relacji i towarzyskości - kawiarniana oczywistość, kategoria bardzo szeroka: spontaniczna, oddolna, kontakty i zażyłości - kawiarnia jako arena dla budowania i odtwarzania społecznych więzi, ale i nawiązująca do specyficznego rozumienia klubokawiarni jako znaku wspólnoty miejsca;
4.      kultura estetyczna - kolejna oczywistość: estetyka lokalu, ale także i mniej oczywista estetyka społeczna, zbliżona do towarzyskości; atrakcyjność bycia z ludźmi i wśród ludzi;
5.      kultura komunikacji - swoistość relacji z otoczeniem, często jako efekt własnego mocnego wizerunku, ale też i wypracowania dystynktywnych sposobów przekazu np. na fejsie;
6.      wyrazista tożsamość - zbudowanie filozofii kawiarni wokół określonych zasad czy przekonań to także nośnik kultury, np. wegańskość Fukafe;
7.      twórczość kulturalna - jednostkowa (i nie tylko) aktywność, całkiem często zdarzająca się w kawiarniach, które bywają przecież miejscami/stanowiskami fleksipracy;
8.      kultura wydarzeń – dla autorek raportu wyróżnik podstawowy i jedyny, w rzeczywistości zaś tylko jeden z aspektów kultury w kawiarni; czyli imprezy, które mogą dziać się w lokalu; zwykle to kultura drugiego układu, choć może też wykorzystywać elementy trzeciego (np. pokazy filmowe) czy pierwszego, mniej sformalizowanego, np. w przypadku warsztatów.

Gdyby każdemu z wymiarów przyporządkować oddzielny kolor, otrzymalibyśmy różnobarwną, tęczową mapę gdańskich lokali kawowych na rozmaite sposoby realizujących własne kulturalne zasoby. I pięknie byłoby widać, jakie aspekty kawiarnianej kultury mobilizowane są przez określone miejsca. I oczywiście, jak bardzo wielopostaciowa kultura wymyka się zerojedynkowym, zawężającym definicjom, pozostając – nawet, a może i przede wszystkim – w przypadku kawiarni rzeczywistością płynną i żywą.

Tak szeroko zakrojone badanie miałoby sens.

Taka mapa miałaby sens.


środa, 27 maja 2015

Kawa i kultura.










Kawa i kultura. Kilka uwag.

Czy kawiarnie, kluby i puby są znaczącymi punktami na kulturalnej mapie miasta? 
Klubokawiarnie są miejscami spotkań, relaksu, rozrywki, jedzenia i picia coraz częściej pozwalają na obcowanie z kulturą i sztuką. Angażują mieszkańców do aktywności, współdziałania, rozwoju. Ciągle powstające lokale nierzadko stają się przestrzenią oddolnego organizowania się ludzi, kreowania różnorodnych zjawisk kultury, rozrywki i sztuki
(źródło: Instytut Kultury Miejskiej).

O tych pytaniach podyskutują jutro w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Myślę sobie dzisiaj o tej dyskusji. I choć nie mam żadnego podglądu do danych z raportu, ośmielę się zasygnalizować kilka uwag. Kilkakrotnie wyrażałem już tu na Brzytfie pewien sceptycyzm. Nie wiem, czy pytanie o kulturalne zaangażowanie jest pytaniem właściwym. Bo wydaje mi się, że zawarty jest w nim implicite ładunek wartościująco-hierarchizujący. Taki pretekst do gradacji miejsc mniej i bardziej wartościowych, tych szlachetnych (zaangażowanych, organizujących, animujących) i tych pospolitych (nieprzejętych tzw. kulturą i sztuką, leniwych, ospałych, nieuświadomionych czy nieoświeconych).

W nieco innym brzmieniu ten dylemat rozciąga się w przestrzeni między imperatywem a przyzwoleniem: czy kawiarnia musi być małym ośrodkiem kultury? Czy tylko może? Natychmiast odpowiem. Kawiarnia może, ale absolutnie nie musi. I tak samo stanowczo stwierdzę, że kulturalna aktywność w najmniejszym stopniu nie może świadczyć o jakości lokalu.

Jak nigdy dotąd w tak znacznym zakresie, odwołam się do własnych doświadczeń. Bo żadne rozważania nie zastąpią nabytej kawiarnianej praktyki.
Nie zliczę życzliwych podpowiedzi, kiedy sami trzy lata temu otworzyliśmy kawiarnię. Czy planujecie jakieś wydarzenia kulturalne? Czy będą wieczorki literackie? A dlaczego nie ma pianina? Kiedy będzie jakiś wernisaż? Tutaj bardzo pasowałyby jakieś koncerty jazzowe. Albo. Jestem muzykiem i chciałbym zagrać w waszej kawiarni.

Dopowiem: nie były to bynajmniej luźne sugestie, raczej dość wyraźnie wyrażane oczekiwania, a każda próba dyskusji spotykała się z niechęcią, co najmniej niezrozumieniem, jak można odwracać się od nobliwej kulturalnej substancji. Bo istnieje ogromnie rozpowszechniony pogląd, że kawiarnia to wszak schlebianie niskim gustom. Fakt, to nie kebab, ale też przecież o jedzeniu i piciu. A taka spożywcza konsumpcja, nawet jeśli w ładnych dekoracjach, to chwały nie przysparza, przecież przyziemna i pospolita. Koniecznie trzeba to jakoś duchowo dosłodzić, podintelektualizować, uszlachetnić, bo bez tych wieczorków poetyckich, koncercików czy czytania dzieciom bajek to zwyczajnie wstyd. Jest w tym echo tych wszystkich postkartezjańskich przekonań, dla których cielesność – i wszystko co się z nią wiąże – niskie i małowartościowe. A jedzenie czy picie to tylko biologiczne konieczności, duchowo i intelektualnie nikczemne. Zmienia się to podejście, przyznajmy, bo wielkomiejska kultura współczesna obraca jedzenie w kulinaria, ale stare poglądy żyją wciąż, a nawet mają się zupełnie dobrze. Rozdzierające bóle, w jakich wykluwa się w akademickiej Polsce socjologia jedzenia świadczy o tym najlepiej.

I dostrzegam drobny przebłysk tej niechęci w IKaeMowskim problemie badawczym..

Ale wrócę jeszcze do własnych doświadczeń. Przyznam, że po części na początku sami ulegliśmy takiemu automatycznemu terrorowi kultury i założyliśmy w biznesplanie jakiś okołokulturalny margines. Kawiarnia wystartowała jednak dość dynamicznie i szybko okazało się, że stoimy przed wyborem: blokowanie miejsca na wydarzenia albo pozostawienie kawiarnianej przestrzeni gościom na wyłączność, bez żadnych sterowanych imprez. Zajęci drobiazgowym budowaniem oferowanych produktów nie chcieliśmy zwyczajnie rozmieniać się na drobne i podejmować wysiłków, które raczej stawały w poprzek naszym oczekiwaniom co do stabilności i przewidywalności miejsca. Bo miejsce miało być dla ludzi.

To nie żadne uzasadnienie własnych zaniechań. Po prostu uznaliśmy, że nie wypada nam na siłę wtłaczać naszym gościom treści, na które być może wcale ochoty nie mają. Prawda także, że troskliwie zbudowane wnętrze nie chciało zbytnich ingerencji we własną tkankę, a takie zdarzyłyby się niechybnie, gdyby tylko podjąć jakąkolwiek aktywność kulturalną. Tego woleliśmy uniknąć, bo nie zbudowaliśmy przestrzeni partyzanckiej, tymczasowej, skłonnej do szybkich przemian wobec elastycznie zmiennych funkcji. U nas, przeciwnie, wnętrze miało być spokojne i stabilne, miało raczej uspokajać i wyciszać, a nie wystawiać na kapryśne bodźce.

Fundamentem całego problemu jest dylemat, na czym oprzeć atrakcyjność własnego kawobiznesu. Czy na imprezach, wydarzeniach, słowem: dzianiu się, czy na stabilnym trwaniu, którego esencją jest zbudowanie atrakcyjnej atmosfery, wspartej jakościowymi  produktami kulinarnymi, stanowiącej rodzaj estetycznej przestrzeni, którą ostatecznie zdefiniują sami goście – przychodząc, odwiedzając, będąc, jedząc, pijąc, wracając i przywiązując się do pewnej nienaruszalnej stabilności miejsca, które jest i nie zamknie się. Ani nie utrudni znacząco kolejnych wizyt. To trochę tak samo jak np. z chrzcinami czy innymi tzw. imprezami okolicznościowymi. Niby fajnie, że są, zawsze trafia się kasa. Tyle że, po pierwsze, nieregularnie, a po drugie, zawsze kosztem wyłączenia lokalu dla innych. A to już nie zawsze popłaca. Bo kawiarnia jest instytucją, która nie może pozwolić sobie na utratę płynności własnego bycia. Jest instytucją zaufania, które wyraża się w przekonaniu, że działa i w określonych godzinach zaprasza gości. Jak żaden inny z gastrobytów kawiarnia opiera się na tej zasadzie zaufania, wpisując się w żywot miasta i społeczności. Fundamentem jej funkcjonowania (i sukcesu) jest wykształcenie społecznych nawyków odwiedzania kawiarni, spotykania się i spędzania w niej czasu. Jeśli przyjąć, że jednym z wyznaczników dzisiejszego bycia w sferze miasta jest uczestnictwo w kulturze kawiarnianej, to jest to zasługa trwania kawiarni. Nie do końca jestem przekonany, że odwiedziny w knajpie ze względu na dodatkowy czynnik w postaci jakiegoś kulturalnego wydarzenia przemawiają na rzecz jej popularyzowania. Raczej odciąga to uwagę od niej samej, która własną względną autonomię zastępuje służalczością. Okazuje się dostarczycielem rozrywki, jakiejś dodatkowej, zewnętrznej atrakcji, ponadstandardowej i niecodziennej. A rzecz w tym, by kawiarnie wykonywały swoją codzienną robotę: parzyły kawę, podawały słodycze, troszczyły się o dobry klimat dla odwiedzin. I aby robiły to dobrze, najlepiej jak potrafią.

I jest jeszcze jeden istotny element tej układanki. Wypada zapytać o intencje organizatorów takich wydarzeń, zwykle właścicieli lokali. Niepodważalną kwestią jest zwykle ich promocyjny charakter. Nie są inicjowane z czystej, autotelicznej woli organizatorów, ale stanowią formę promocji miejsca, akt skrzyknięcia publiczności, która skuszona dodatkową atrakcją pojawi się i przy okazji zasili kawiarniany budżet. Nie chcę deprecjonować tej aktywności tylko dlatego, że może być motywowana komercyjnie, ale zadaję pytanie: czy gdyby lokal zarabiał na siebie w normalnym trybie, nadal skłonny byłby podejmować kulturalne inicjatywy? Mam dość częste wrażenie, że bywają one w istocie tzw. imprezami okolicznościowymi, tyle że podanymi w innej formie. Zorganizowanie komuś wernisażu na życzenie to jak udostępnienie lokalu na przyjęcie imieninowe. W każdym przypadku ktoś zapłaci, a właściciel wystawi fakturę. Niestety imieniny nie będą na tyle nośne, żeby nimi pochwalić się na fejsie, ale już wystawa przysporzy lajków. W końcu to prawdziwa kultura. Wyższa.

Myślę, że kultura w kawiarni to przede wszystkim tryb pierwszego układu: działań spontanicznych, oddolnych, niesformalizowanych, ot np. dyskusji czy posiedzenia nad planszówkami. Kultura tworzy się i odtwarza także w ramach zdarzeń, które choć przeżywane jednostkowo, to i tak zawsze pozostają z gruntu społeczne: samotnicze posiedzenia nad laptopem to też sytuacje tworzenia kultury. Kawiarnia nie musi stawać się agendą kulturalną w rozumieniu drugiego układu, o zwykle precyzyjnie wyodrębnionych rolach nadawców/odbiorców i zarysowanej procedurze transmisji treści. Nawet jeśli taką się stanie, to nie powinno to automatycznie wyzwalać uwielbienia i poklasku, vide akapit powyżej.

Nie utożsamiajmy kultury w ogóle z drugim układem kultury, bo jest on jedynie specyficzną postacią zdarzenia kulturowego. Robimy krzywdę nie tylko kawiarniom, które w tym wariancie nie uczestniczą, ale i sobie, bo zamykamy oczy na wielopostaciowość zjawisk kulturalnych. Kultura w kawiarni ma charakter żywy i spontaniczny i wskazują na nią niekoniecznie tylko wernisaże, wieczorki, koncerty czy wykłady, ale przede wszystkim relacje, więzi, emocje, smaki, estetyka czy towarzyskość. Czyli kawiarniana codzienność, mało spektakularna, ale właśnie zwyczajna, zupełnie nielitarna, za to żywa, przeżywana dzięki ludziom i między ludźmi. O tym warto pamiętać, to warto podkreślać przy jakiejkolwiek refleksji na temat związków kawy z kulturą.


I tego życzę wszystkim samoświadomym kawiarnikom i kawiarnicom. 

poniedziałek, 16 marca 2015

Dwie Zmiany, Sopot, Monciak










Dwie Zmiany, Sopot, Monciak


Koniecznie, natychmiast po wizycie w Otwartej, wypada przyjrzeć się innemu miejscu, w którym kawa mocno nasączona kulturą, a knajpa bierze na siebie rolę trochę galerii, trochę społeczno-towarzyskiej agory, trochę oddolnego ośrodka kulturalnej animacji. Dwie Zmiany w Sopocie.
To jest absolutny mus, żeby oba miejsca porównać. Pójdźcie i patrzcie, wyciągajcie wnioski. Bardzo pouczająca rozrywka, ale i nauczka, jak to szumne manifesty odejmują zamiast dodawać, bo mówienie o czymś wcale tego nie tworzy. Przeciwnie, raczej zagłusza, a bywa niestety także, i to jest przypadek Otwartej, że wystawia na śmieszność.

Jakiś czas temu, przypatrując się sopockim kawiarniom, stwierdziłem, że fortuna w Sopocie kawą się nie toczy. Nieciekawie, bezpłciowo i plastikowo. Dużo miejsc, ale takich dla lansiarzy z Kościerzyny (nie o to, że mam coś przeciwko GKS, ot, taka kategoria umowna), którzy przechadzają się w łikendy na Monciaku, a potem szczytują tym na swoich fejsach i instach. Wejść, wypić latte, pokąpać się w sopockiej glorii, ubogacić się i wracać. Ciekawsze punkty pod naporem komercyjnej gastroszmiry zmuszone były wybierać żywot marginesowy, na uboczu, choć i tu zdarzały się dziwolągi, którym na tym bocznym torze trochę się stęchło (np. Cafe Kultura, ale też i w jakimś stopniu skostniały Zaścianek czy standeciały Młody Bajron).

Ale coś pękło.
Pojawiły się Dwie Zmiany. I to przy samym Monciaku.

Dwie Zmiany niczego nie deklarują. Na ścianie nie musi wisieć żadna neonowa misja z wielkim słowami, bo taką misję robi sama ściana. Surowa, dostojna, niemalże megalityczna, ceglana, niezwykle zdobnicza, choć minimalistyczna. Czasami upstrzona jakimiś wystawianymi obrazkami, ale zwykle niezakłócona, dekorowana jedynie pojedynczymi lampkami w peerelowskich szklanych kloszach. Ale to nie są Szklane Klosze, to po prostu zwykłe peerelowskie abażurki, nostalgiczne i ładne, taki efektowny retro-wyłom z wszechobecnej mody wieszania gołych żarówek. Nie, w DZ nie ma cienia depresji pani Sylwii P.

Bo miejsce jest jasne i energetyczne. Ta energia jest zaraźliwa, ona udziela się od razu po wejściu do drewnianej klatki schodowej. I nie mija.

Obserwowanie przez Brzytfę lokali zawsze wiąże się z próbą uchwycenia sensu miejsca, takim trochę fenomenologicznym poszukiwaniem jego istoty, esencji, której uchwycenie pozwala na skonstruowanie opowieści. Naturalnie, różne mogą być lejtmotywy analizowanych kawiarń: od brzydoty, niechlujstwa, ubóstwa intelektualnego właścicieli po troskę o kawę, smaki czy niepowtarzalny wystrój.

W Dwóch Zmianach chodzi o wolność.

To jest dojmujące uczucie, niezaprzeczalne i nieusuwalne. Autentyczne i niezapośredniczone. Nie wystarczy powiedzieć, że to miejsce bez zadęcia, na luzie, bezpretensjonalne. To coś więcej, to wrażenie czystej wolności, choć to przecież tylko lokal, gastronomiczny nawet, wycinek przestrzeni przez kogoś już zdefiniowany, wydzielony na czyichś określonych warunkach.

Tym bardziej ta wolność może jawić się paradoksalnie.
A jednak wcale nie. Dwie Zmiany zupełnie nie manipulują. Nie oferują kuszącego towaru, który kontraktowo nabywam, pławię się, płacę, wychodzę. Bo nawet jakoś niespecjalnie czuję się klientem, nikt nie ciska we mnie karty od razu po wejściu (w ogóle nie ma tu kart), nikt nie startuje z pytaniami o zamówienia czy domówienia. Mogę zamówić, ale mogę też posiedzieć zupełnie niekomercyjnie, popatrzeć, poprzyglądać się. Ale to nie tak, że Dwie są anarchiczne, że jest chaos, samowolka czy coś tam. Przeciwnie, istnieją tutaj reguły. To efekt trochę utopijnej mgławicowej umowy społecznej, wynikającej z troski o wzajemny komfort i jak najlepsze towarzyskie współistnienie. I zasady, na których to miejsce jest ufundowane, choć nigdzie nie wyłuszczone, są, trwają, mają się w najlepsze, a gościom udzielają się automatycznie. Dwie Zmiany mają w sobie zatem coś wspólnotowego. To nie jest lokal, w którym oddzielamy się od innych. Mam raczej organicystyczne wrażenie jakiejś wspólnej całości.
To są rzeczy, o których nie śniło się knajpom. Ale jednak zdarzają się.

Ale przyznajmy, Dwie Zmiany nie są miejscem łatwym. To bynajmniej nie zarzut, raczej poważny komplement. Stylistyka jest wyrazista, intensywna, nowoczesna, z wielkim ukłonem dla niedalekiej przeszłości, lekko nostalgiczna. Dowcipna, ze swadą przeskakująca konwencje, mieszająca style, cytująca i recyklingująca. To nie jest wnętrze spod projektanckiej igły, z zamawianych materiałów, pachnące fabryką, wyprane zanim jeszcze zdążyło się zabrudzić.

Mam wielki szacunek dla miejsc, które sięgają po stare przedmioty, oprawiając je w nowe konteksty, wyposażając je w świeże znaczenia, subtelnie i niesubtelnie nadając im nowe materialne biografie. Lubię stare stoliki, lubię krzesła w stylu każdydziadzinnejtorby. W DZ te powynajdowane elementy zostały złożone w spójną całość, która cieszy i bawi, ale może, co naturalne, też odpychać. To bardzo ciekawe doświadczenie: siedzieć w DZ np. w niedzielę i obserwować tych/te, którzy/które zapędzą się do środka i pospiesznie wyjdą. Taki obrazek: dwie panie, w okolicach siedemdziesiątki, z tzw. permanentnym nakryciem głowy: to ma być kawiarnia? Z takimi stołami? Jak stołówa, daj spokój.
Silnie zarysowana tożsamość, nie trzeba żadnych gejtkiperów, pogratulować.

Są miejsca, w których można uczepić się zdechłego ciastka. Albo smolistej niewyszukanej kawy, którą robuścianą muskulaturą tuszuje braki w obyciu i arabicznej elegancji. Przyznam, że bywają lokale, które swoim klimatem byłyby w stanie zamaskować luki w kulinarnej propozycji. Ale to nie przypadek Dwóch Zmian. Kawa jest dobra, to mieszanka Oliwska z Palarni Flemming z Oliwy, dobre ziarno, z niedaleka. Przy tym, co odznaczam z ulgą, kawowa oferta jest uproszczona (co nie znaczy, że zwulgaryzowana!), kawa zaś nie staje się złotym cielcem, a jedynie narzędziem, dobrej jakości spoiwem klubokawiarnianych kontaktów społecznych. I nie ma tu italofilskiej emfazy, z jej makjatami, doppjami, affogatami czy konpannami. Jest prosto i czysto. I nie ma też – i oby tak zostało – obsesji na punkcie tzw. alternatyw, tej specyficznej hipsterskiej fobii, w myśl której espresso obrócono w gluten, a nad kawą zaczęto odprawiać chemeksowe egzorcyzmy. Słuszne są też kejki. W końcu to mastbejki (Must Bake).

Czuję, że nie muszę już pisać o tym, że w Zmianach zadziało się i dzieje kulturalnie: są wystawy (kawiarnia połączona jest z obszerną częścią galeryjną), warsztaty, koncerty. Bo jeżeli Dwie Zmiany są o wolności, w co wierzę, to jest i mnóstwo przestrzeni dla twórczości. I nie trzeba o tym trąbić, puszczać w telewizorach, wypisywać na neonach. To się dzieje samo, spontanicznie i oddolnie, bez gipsu, pozłoty, koturnów. I nie trzeba do tego lemoniady jarmużowej.

W latach dziewięćdziesiątych w Brytanii narodziła się miejska inicjatywa Reclaim the Streets, w dowcipny i pomysłowy sposób sprzeciwiająca się zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez korporacje handlowe. Po dwudziestu latach, Dwie Zmiany wydają się takim kawałkiem odzyskanej przestrzeni, wyspą wyrwaną ze skomercjalizowanego Monciakowego gardła. To jest wielki paradoks, że coś takiego zdarzyło się na chyba najbardziej utowarowionej ulicy w Polsce, w dodatku w ultradrogim Sopocie.

Ale jest i działa. Cieszmy się.


OtwARTa, Wrzeszcz, Garnizon












OtwARTa, Wrzeszcz, Os. Garnizon

Mam wielką rezerwą do tzw. artcafes, czytaj: kawiarni artystycznych, które obwołują się takimi już na samym początku, już przy wejściu nie pozostawiają wątpliwości: wchodzicie do przestrzeni artyzmu, naznaczonej kulturą wysoką i uświęconej sztuką. Lepszej i mądrzejszej.
Warto wstrzymać się z takimi autodeklaracjami i popracować, aby ewentualny artystowski charakter wyłonił się sam, wolą, myślą i uczynkiem nie tylko właścicieli czy menedżerów, ale przede wszystkim użytkowników miejsca.

Otwarta, działająca w Garnizonie od końca ubiegłego roku, nie jest miejscem z gruntu złym.
Można w niej wypić smaczną kawę, zjeść całkiem smacznie i za przyzwoite pieniądze. Oczywiście muszą być dania obiadowo-lanczowe, przykrojone pod gusta vegelemingów, koniecznie wolne od największego zbrodniarza dekady - pana G. 
Szybko kilka konkretów: kawa z Palarni Kawy w Gdańsku, nie czepiam się, polecam. Zupa dnia, zupełnie zjadliwa, taki zielony Gerberek dla pacholęcia, zmielony i lekko niemrawy. Przetestowałem tiramisu, które wydało się interesujące ze względu na formę okrągłego ciasta, z którego odkrawano równe trójkątne kawałki. I faktycznie, nie obroniło się. Niezwyczajna forma ciasta, ale i niestety nikła maślaność, kryzysowo maskarponowe. Za to w permanentnej erekcji, wznieconej i zakonserwowanej spożywczymi utrwalaczami. Po braveranie nawet tiramisu stanie. Ale nie wszystko złoto, co stoi, bo to ciastko jest zwyczajnie mdłe, przesuszone, biszkopt nie wypił dostatecznie dużo kawy, całość niedosłodzona i niezbalansowana, kompletny brak kontrapunktu. Posypka ze zmielonej kawy próbuje walczyć z bezpłciowym miąższem, ale szybko się poddaje. Znam tiramisu jako ciastko wprost barokowe, epatujące osmozomem żółtek i maślanością maskarpone, bogate, hojne, przycięte goryczą espresso i kakao. Tymczasem tiramisu w O. jest nudne, przenudne, za to koniecznie z listkiem mięty i pudrowymi wydziwiankami.

I nawet pal sześć to nieszczęsne tiramisu. Gdyby tylko takie działko można było wytoczyć, że ciastko nieudane, to właściwie nie byłoby dalej czego się czepiać. Ot, po prostu kolejna knajpa w okolicy, zwrócona do tego samego targetu i operująca mniej więcej tymi samymi środkami. Swoją drogą, dziw bierze, dlaczego wszystkie powstające w sąsiedztwie gastrotwory tak ochoczo biorą się za jak najszerszą formułę: kawiarni, bistro, restauracji, lanczowni, burgerowni i śniadaniarni. Wszystko w jednym, taki wyścig ślepców: skoro inni mają to w ofercie, to my też musimy, nie możemy być gorsi, nie możemy pozwolić, żeby oni zarobili więcej. Chyba próżno czekać, aż ktoś wyłamie się z tej Brojglowskiej parady, wcześniej raczej komuś zaskrzeczy w lędźwiach i zgnije na poboczu. Bo wyścig trwa w najlepsze: Marmolada ambitnie ogłosiła, że wieczorami zacznie przebierać się za restaurację, ze specjalnym menu, ba, nawet zmienionym wystrojem. Taka maskarada ma jeszcze sporo manewru: zawsze można wieczorami stać się (po części) sklepem nocnym albo zamontować rurę, bo roztańczony męski naród lubi popatrzeć i porechotać, a pewnie i chętnie przy tym coś wypije.

Uspokójmy jednak fanów O. Mimo wszystko lokal zatroszczył się o swoją odrębność i bardzo stara się wyróżnić spośród konkurencji. Zbudował opowieść wokół własnej oferty. Skonstruował tożsamość, która zapewnić ma rozpoznawalność i niepowtarzalność, co najmniej w rejonie garnizonowym.
O obwołała się galerią (choć jestem pewien, że w właścicielskiej głowie chodzi bardziej o Galerię).
To miejsce, w którym dostaniemy to, co czyni nasze życie piękniejszym, buńczucznie zapowiada właściciel Otwartej. Bo nie jest zwykła Otwarta, to jest OtwARTa.

Przepraszam, ale nie podejmę tego efekciarskiego zabiegu i knajpa pozostanie dla mnie tylko  Otwartą, względnie O.
Już drugi człon nazwy nie pozostawia wątpliwości. Galeria smaku. Bo O. nie ma być zwykłą knajpą, ale sknajpiałą świątynią sztuki, gdzie wszystkie moce sensoryczno-intelektualne, chwilowo nie zajęte przeżuwaniem, zestrojone mają być na kontakt z kulturą.

O. twierdzi, że jest świątynią sztuki i przybytkiem kultury wysokiej, takiej na koturnach. I przedstawia kilka argumentów, które mają o tym niezbicie zaświadczyć.

Na środku, zaraz po wejściu, prawie wpadamy na rzeźbę. Po prostu musi tam stać, dostatecznie duża, żeby już na starcie nie było wątpliwości: odetchnijcie głęboko, zostaliście właśnie uszlachetnieni, zderzyliście się z dziełem sztuki.
Irytujący ekran telewizora. Atakuje nonstop, wciąż w kółku lecą te same zajawki. Jakieś wysnobowane galerie dla noworuskich, koniecznie z parkingami na bentleje,. To nie jest żywa sztuka, to sztuka blichtru i lukru, z gipsu i pozłoty, za to z cziłałą zafarbowaną na modny kolor. Oczywiście, żeby rozwiać malkontenckie sarkania, z muzą Ludwiga von B. w tle. Tego akurat nie słyszę, bo przekaz telewizyjny atakuje wprawdzie natrętnie, ale jedynie wizualnie, tak aby zostawić miejsce dla Brajana Adamsa z Open FM. W końcu to Otwarta, więc i radio musi być open.

Na fajnej skądinąd meblościance znalazły lokum butelki wina. Pardon, to wyselekcjonowane wina, tak czytam na fejsie, gdzie poświęcono im nawet cały album ze zdjęciami. Uspokajam, to najzwyklejsze nowoświatowe butelki, raptem co najwyżej pijalne. I nic więcej. Tymczasem w O. stanowią kolejny instrument wiedzowładzy: mamy wino, podajemy i obnosimy się z nim, bo się znamy. Symboliczny i elitarny potencjał trunku zostaje tu wykorzystany jako rekwizyt uzasadniający słuszność własnych dąsów i aspiracji.

W O. nie brakuje aktów zupełnie niesubtelnej propagandy. Na półkach muszą być książki, rzecz jasna. Książki to przecież krynica mądrości, a poza tym wyglądają ładnie, tak zdobniczo. Lokal z książkami jest mniej awanturujący się. Tyle że w O. knigi to bardziej wypełniacze dla gawiedzi, takie pseudointelektualne błyskotki. Patrzeć i nie zadawać pytań. 
Obrazy za to koniecznie muszą stać na sztalugach, jakby świeżo co wyjęte z pracowni. Bo przecież O. to galeria, a nie osiedlowa knajpa.

I dotykam tutaj jakiegoś, w moim przekonaniu trafnego, pomysłu na O. Niechby była taką dobrą knajpą, na poziomie, bez zadęcia. Bez kabotyńskiego wzdęcia, które zwykle kończy się ciężkim zatwardzeniem. Niech, potrzymajmy się tej proktometafory, Otwarta zafunduje sobie symboliczne płukanie okrężnicy i oczyści ze złogów, galeryjnych pretensji, ciężkich i twardych jak kamienie kałowe.
Niech odrodzi się jako Osiedlova i stworzy namiastkę swojskości w garnizonowej sypialni. Niech stanie się prawdziwym głosem i agorą lokalnej społeczności. Miejscem z prostą i fundamentalną misją: nawiązania relacji z otoczeniem, zaprzyjaźnienia się z mieszkańcami, zaproszenia ich do uczestnictwa w Osiedlovej: posiedzenia na kawie, obejrzenia meczyku, wpadnięcia na lanczyk czy warsztaty. Osiedlova byłaby luźna i nieformalna i nikt z obsługi nie wprawiałby gości w zakłopotanie. Warto mieć na uwadze prosty fakt: prawdziwa żywa kultura, zdarta z koturnów, rodzi się właśnie między ludźmi, tak po prostu. I bynajmniej nie potrzebuje do tego artystowskiego sztafażu, wielkich słów i jeszcze większych pretensji.

Póki co jednak O. z dumą kąpie się w artystowskiej chwale. Tylko że cała ta przebieranka jest mało wyrafinowana. Zszyta naprędce, mocno niechlujnie, szwy rozłażą się i kłują w oczy. O księgozbiorze już wspomniałem. Muzyka: mocno niedopasowana, wręcz karykaturalna. Puszczaliby pewnie Złote Przeboje, gdyby tylko mieli licencję, a tak muszą zadowolić się przypadkowymi zestawieniami radiowych hitów sprzed dekad, ale przynajmniej nikt za to nie wystawi faktury. Zero współczesności, tyleż samo awangardy.
I ta misja wypisana na podświetlanej tablicy, tak żeby nikt nie miał wątpliwości, w jak dostojnym i gustownym miejscu się znalazł. Właściwie nawet nie misja, ile zlepek słów kluczowych: wizja, gust, sztuka, ART, galeria, kultura. To wszystko szlachetne ingrediencje, z których w akcie demiurgicznego olśnienia ulepiono istotę wyższą.
OtwARTą.

Trzask, prask i nagle maski spadają. Rzut oka na półki z książkami i wszystko staje się jasne, wiadomo dla kogo ta cała maskarada. Kolorowe magazyny: Prestiż i Mens’Health. Takie pisemka, tacy czytelnicy, tacy goście. Dzisiaj siłka, jutro sesja kulturalna w Otwartej. Z dużą dawką artu.

Rzadko skarżę się na obsługę, ale O. nie zostawia wyboru. Kelner irytujący, aż bolą zęby. Taka nadgorliwa troska Nie byłem w stanie zliczyć, jak często zadał idiotyczne pytanie czy smakowało?. Takie pytanie nie powinno w ogóle paść, ok, wybaczę, gdy zapytają raz, ale żeby sześć w ciągu 40 minut? I jeszcze jedno, przy okazji płacenia: czy podobało się u nas?. I dobitka leżącego: czy wrócą państwo do nas?. Nie, nie wrócą, choćby dlatego, żeby unikać takiej konfundującej nadgorliwości. W sumie to nie mam pretensji do samego kelnera, raczej do kogoś, kto ustala takie rozbrajająco anankastyczne standardy obsługi.

Otwarta byłaby zupełnie sympatycznym miejscem, gdyby zdjęła maskę nuworysza, pretensjonalnego art-amatora, który naprędce stara się nadrobić pokoleniowe braki w kapitale kulturowym. Wie już (co za szczęście!), że sztuka, że ważna, że warto, że wypada, ale trochę jeszcze rama myli się z obrazem. Znane to sytuacje: szybki awans ekonomiczny i równie pospieszno-usilne starania, aby za bogactwem wykształcił się też smak. Tyle że gust (dobry) nie potrzebuje ani natrętnej mantry, jaki to dobry i słuszny, ani śmiertelnej powagi. I na nic zda się tu determinacja czy desperacja. Dużo więcej zdziałają dystans i życiodajna ironia.

Wielka jest misja i wizja Otwartej. W postmilitarnej strefie, wśród zdepersonalizowanej zabudowy oraz zatomizowanych i połamanych relacji społecznych ostały się jeszcze nieliczne wyspy człowieczeństwa i tzw. kultury wyższej. Jest Otwarta. Przetrwaliśmy i przetrwamy, bo to przecież sztuka, której Otwarta najczystszej wody krynicą, jest miarą naszego człowieczeństwa. Radujmy się.

I na finał, już zupełnie bez sarkazmu, choć przychodzi to z wielkim trudem, oddajmy głos jednemu z fanów:

Kawiarnia Otwarta to niesamowita podróż w głębię czarnej i zniewalającej rozkoszy. To wyjątkowe miejsce w Gdańskim Garnizonie cechuje się dobrym smakiem nie tylko do wyjątkowego lekkiego i ekologicznego jedzenia, ale również do dzieł sztuki, którymi gość, niczym widz ma przyjemność się otaczania. Te obcowanie ze sztuką i zmysłową kawą tworzą otoczenie, w którym chce się po prostu być. Tak chociaż na tę jedną chwilę... 
(źródło: fejs Otwartej, pisownia oczywiście oryginalna).


Cóż, jaka publiczność, taka galeria.