Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnie retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnie retro. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 stycznia 2015

Sopockie zajawki: La Crema vs Cafe Kultura










Sopockie zajawki: La Crema i Cafe Kultura


Całkiem niedawno znajoma Sopocianka rzuciła na forum pytanie o jakąś sensowną kawiarnię w centrum swojego miasta. Odpadały sieciówki, miało być przytulnie i smacznie. Wylało się przy okazji trochę żalu: szkoda, że nie Józef K., bo wyjechał, szkoda, że nie Spółdzielnia Literacka i Bookarnia. Padło kilka propozycji, takich ze świata (wciąż) żywych, a szczególnie głośno wybrzmiały Zaścianek i La Crema.
Znam Zaścianek, ale teraz o nim nie napiszę, bo wypada poświęcić mu odrębną notę.

La Cremę znałem natomiast ze słyszenia: całkiem często docierały do mnie pochwały, kiedyś nawet ktoś mocno obyty z branży stanowczo twierdził, że to jedyna godna uwagi kawiarnia w Sopocie, bo „w ogóle Sopot nie ma szczęścia do kawiarni”. Ciekawa opinia. Faktycznie, może ma szczęście do klubów, ale na pewno nie jest ani zagłębiem kawiarnianym, ani kawową wyrocznią. Z jednej strony nudne sieciówki, z drugiej drobne lokaliki rozsiane na uboczu głównego traktu. Jeżeli chcemy znaleźć cokolwiek godnego uwagi, trzeba pochodzić bocznymi ulicami, ale raczej nie spodziewajmy się uniesień.


La Crema, Sopot, Monte Cassino

La Crema jest o tyle wyjątkowa, że wywalczyła sobie dobre miejsce przy Monciakowym korycie. Łatwiej do niej trafić, jest jaśniejsza, mniej zakurzona i spetryfikowana niż inne poboczne, np. Cafe Kultura czy Zaścianek.

fot. Cafe Brzytfa
To po prostu zwykła kawiarnia. Taki zremasterowany Grycan. Taka trochę La Sowa. Przyjemne wnętrze, takie przyjazne, pastelowe miękkie szarości, kremy, no i lekkie fiolety. Imponujące kremowe La Marzocco, faktycznie może sugerować fachowość i bezkompromisowość. Kawiarnia jest zrośnięta z cukiernią, stąd i wybór ciastek ogromny. Nie oszukujmy się jednak, nie dostaniemy tutaj unikatów. Standard cukierniczy, choć z wyraźnym plusem. Skusiłem się na pączka i był to najlepszy przemysłowy pączek, jakiego jadłem od bardzo dawna. Miękki, puszysty, niesamowicie tłusty, intensywny, absolutnie nie czepiam się, nawet poprosiłem o drugi. Takiego pączka zapamiętam, na niego wrócę.

fot. Cafe Brzytfa
La Crema jest miejscem przemyślanym. To kawiarnia dla kobiet, zwłaszcza takich trochę bardziej dojrzałych i wykształconych. W tym sensie jest lokalem świadomym swojej publiczności i z dobrze dobraną ofertą. To niby fundament, ale dla wielu kawiarnianych bytów punkt nieosiągalny.

La Crema nie chce zmieniać świata. Nie ma tu hipsterki ani trendsetterów. La Crema nie jest i nie będzie lamberseksualna. Nie ma glutenfrajów i vegesrege. Bo La Crema nie ma wielkich ambicji, nie zmienia żadnych reguł, nic nie inicjuje i nie nasłuchuje, co nowego wykluwa się w Berlinach czy Warszaffkach. Trwa, podaje paniom latte i herbatte, kroi ciasto, puszcza Tefauen 24. 

Taki pomysł na kawiarnię. I wszystko gra, wszystko jest na miejscu. Tylko przytaknąć.

Swoją drogą, plus, że nie podają galaretek!


 Cafe Kultura, Sopot, ul. Królowej Jadwigi

Z jasnej LaCremy przenoszę się do Cafe Kultura. To trudne miejsce. Mam wrażenie jakiejś meliny. W istocie to brudnawa suterena, od progu uderza ostry zapach kurzu. Zimno, wilgotno i całkowicie nieapetycznie.
Przestrzeń barowa jest malutka i jakoś tak nieładna. Zagracona i mam wrażenie, że nie do końca doczyszczona. Mikroskopijny ekspres, zdecydowanie bardziej do domowego użytku niż kawiarnianej praktyki.
fot. Cafe Brzytfa
Kultura jest kawiarnią w stylu retro. Jest na staro, chociaż wprawne oko dostrzeże, że to raczej fejki, które udają starocie. Wrażenie robią obrazy na ścianie: jest ich mnóstwo, głównie olejne, w złoconych obfitych ramach. Sporo starszych sztuk, niektóre bardzo udane, zdarzają się też jakieś przedrukowane nieporozumienia. Generalnie to właśnie obrazy robią klimat miejsca i naznaczają je jako stare. Czyli, w ogólnym przekonaniu, szlachetne.
fot. Cafe Brzytfa
Nie określiłbym jednak Kultury szlachetną. Bo to wnętrze złożone w rożnych paradoksów, takich zafałszowanych antyków, często poukładanych bez ładu, ale koniecznie w asyście kiczowatych draperii. I niestety kojarzących się bardziej z jakimś niderlandzkim rommelmarktem niż galerią. Domyślam się, że wnętrze jest rezultatem jakiejś owocnej kooperacji z hurtownikami opróżniającymi zachodnioeuropejskie domostwa, bo mieszkańcom się zmarło, a lokale trzeba było szybko dostosować do nowych lokatorów. Stąd i tyle obrazów.
Wnętrza budowane w oparciu o starocie (autentyczne czy podrabiane) rządzą się szczególnymi prawami. Wcale niełatwo jest właściwie zestawić różne elementy, nie wywołując przy tym efektu jazgotu czy nie podpadając pod zarzuty o egzaltację czy kiczowatość. W Kulturze to się nie udało: jest poczucie nieładu i stylistycznego niepokoju, a do tego dochodzi jeszcze lumpeksowy brud.

Miało być ładnie, ale coś jednak nie wyszło i z Cafe Kultura zrobiła się Cafe Wystawka.

fot. Cafe Brzytfa
Szczytem estetycznej awangardy jest toaleta, utopiona w instalacjach z plastykowych roślin. Zimna, brudna, toksyczna. W pierwszej chwili sądziłem, że to ponury żart, ale nie ma w tym żadnego podwójnego dna. Jest okrutna prowizorka, na szybko pudrowana jakąś tępą maskaradą. W sumie może to i racja, po kilku szotach przecież nie ma różnicy, czy odlejesz się w towarzystwie wypicowanych kafelków czy głupawego kwiatka z PCV.

fot. Cafe Brzytfa

fot. Cafe Brzytfa
fot. Cafe Brzytfa


fot. Cafe Brzytfa

















Jaka knajpa, taka oranżeria.

Pani z obsługi bardzo zachwala ciasta w karcie. Robią je sami, „są naprawdę bardzo dobre”. Biorę szarlotkę, to dobry probierz każdej knajpy. Totalna porażka. Przypomina tę z Kafe Delfin. Magaryna i mąka, margaryna i mąka, margaryna i cukier, no i wybielone jabłka ze sklepowego słoika: być może miały kiedyś smak, ale, utytłany skrobią ziemniaczaną, uprzejmie oddalił się, tak taktownie, po angielsku, nikogo nie informując. Do tego wyczuwalna mięsna nuta, bo ciasto nawdychało się obcych wyziewów, pewnie albo w lodówce albo w piekarniku. W sumie męczące i obrzydliwe.

Kultura to nie jest moja bajka. Lubię kawiarnie operujące kontekstem przeszłości, ale nie wszystkie bibeloty warte są grzechu. Niektóre bardziej śmiecą niż zdobią. Stylistyka retro wcale nie należy do łatwych, wystarczy kilka kanap, podstarzane krzesła od czapy i kupa gratów. Fundamentem jest pomysł, jak to wszystko uzgodnić w całość, ale też, jak selektywnie operować zgromadzonymi przedmiotami. W Kulturze nie było takiej wiedzy, stąd bliżej im do lumpeksu niż kulturalnej knajpki.
Trafiam gdzieniegdzie (w sieci) na zachwytne westchnienia, że jest „jak u babci”. No nie chciałbym takiej babci, bo to chyba bardziej wilk w babcinym przebraniu. Bo te babcine kawiarnie to przecież nie mają śmierdzieć kurzem czy naftaliną, ale pachnieć cynamonem, szarlotką i kawą. Są bezpieczne i smaczne.
A Kultura leży na drugim biegunie.

I jeszcze kuriozalna nazwa. Podglądam ich fejsa i widzę, że lokal żyje chyba głównie w łikendowe wieczory, zarabiając bynajmniej nie na kulturalnych pogawędkach, ile bardziej na wódczanych polewajkach.

Będę omijać Kulturę. Jest niesmacznie i złowieszczo. No chyba, że przyjdzie mi do głowy jakiś seans spirytystyczny. Nawiasem mówiąc, to mógłby być (szkoda, że mocno niszowy) pomysł na Kulturę.


czwartek, 15 stycznia 2015

Józef K., Gdańsk










Józef K., Gdańsk, ul. Piwna

Duży gracz, chętnie odwiedzany i uwielbiany.

Dwie uwagi. Po pierwsze, wszystko co napiszę o tej knajpie odnosi się wyłącznie do wcielenia gdańskiego, z Piwnej. Poprzednika z Sopotu najpierw trzymałem jakoś na dystans, potem okazało się, że nie zdążyłem. Słyszałem natomiast żale, że ten sopocki, że mniejszy, że bardziej kameralny, że miał w sobie więcej ducha, że szkoda.
Ale ja się cieszę, bo to fajny trend, że głośne miejsca wybierają Gdańsk. I coraz trudniej nie zauważyć, że to właśnie nad Motławą serce Trójmiasta zaczęło bić najbardziej dynamicznie i ożywczo.
Józef K. rozlokował się zatem na Piwnej w okolicach zeszłorocznych wakacji. Niby idealna miejscówka, tuż obok Retro, naprzeciw Balsamu, niedaleko Pikawa, za rogiem AeSPe. Jest pewna obiektywna trudność, bo trzeba się wspiąć po schodach, no i trudniej wpaść na Józefa tak wprost z ulicy. W sezonie próbowali to poprawić rozstawiając stoliki poziom niżej, ale wyglądało to surrealistycznie: białe kute mebelki znikąd, ot tak na chodniku. Nadbudowa bez bazy. Miejska instalacja pt. „wokół gastropróżni”.
Przyznam, że obserwując w sezonie pustawy Józefi ogródek (przy np. pełnym Retrowskim czy Pikawowskim), wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie żałują wpakowania się w nowe miejsce, czy nie płaczą po Sopocie. Ale wiem, że Józek nadrabia wieczorami, z solidną wiąchą nadrabia.

Ale nie to mnie interesuje.
To właśnie drugie zastrzeżenie: piszę o Józefie jako kawiarni, bo to jest blog o kawiarniach. Interesuje mnie zatem wyłącznie tryb dzienny Józefa. Zdaję sobie sprawę, że to miejsce żyje inaczej późnym wieczorem, gdy frekwencja rośnie gwałtownie, a lokal włącza wariant pabiszczo-hulaszczy. Ja jednak kurczowo trzymam się – i nie chcę wykroczyć poza – światła dziennego, kawy, ciast i aury kawodajnej. A nie alkoholowej.


Napisać o Józefie K., że robi wrażenie, to nic nie napisać. Nie znam innej trójmiejskiej placówki w tak wszechpotężny sposób zapładniającego i obezwładniającego blogerskie wyobraźnie: linki do różnych recenzji same cisną się Józkowi na fejsa. Nie przypominam sobie w Trójmieście drugiego tak mocarnego miejsca: potężnego własnym odrębnym klimatem, paraliżującego rozmachem, ale i konsekwencją, bo myliłby się ten, kto sądziłby, że w Józefie chaos czy improwizacja. Przeciwnie, Józek jest spójny, ba, po bliższej lekturze, okazuje się nawet przewidywalny. Trąci to paradoksem, ale w Józku naprawdę nie widać niedoróbek. Wnętrze pełne przedmiotów, ale nie zakurzone, bo Józef należy do tych higienicznych, co kąpieli się nie boją. Jeśli to panicz na wydaniu, to z tłustym posagiem. Nie żałowano młodemu dziedzicowi: pełno tu sztuczek, tłistów, zaskoków, efektów, szlaczków i perełek. Jest zdumienie, dowcip, nostalgia. Wspomnienie Antresolki Profesorka Nerwosolka i uśmiech na widok demiurgicznych paneli strerowania. Kwasek moderny i peerelowska kanciastość. Psychodelicznie i harmonicznie. Wszystko uzgodnione i stopione w całość.
Nie ma tu zaniechań, jeśli jakieś, to tylko zgodne z planem. Nie ma niedoróbek, a jeśli coś na taką wygląda, to zapewne planowa ta niedoróbka.

Bo no bo jest idealnie.

Wrażenie wejścia po raz pierwszy jest intensywne. Józek nie certoli się, z miejsca robi striptiz, odsłania się cały, bez zapowiedzi. Nie można nie patrzeć, bo jest natrętny i domaga się uwagi. Absorbuje i nadskakuje. Sprawdza, jak tam, jak tam. Hiperaktywny, zawsze coś pokazuje, ciągle zwraca uwagę. I wciąż to mantrowane pytanie: jak ci się podoba? Jest milutki, ale trochę męczący. Przestrzenne ADHD.

Jak dla mnie, Józek w zasadzie nie buduje atmosfery. Precyzyjniej: tworzy klimat, jasne, ale ciągle go podważa, wciąż kwestionuje i oferuje nowe sztuczki. Trudno o ład, bo jakikolwiek ustanowiony, okazuje się chwilowy i zostaje zakwestionowany w imię budowania jeszcze bardziej ponętnego czy idealnego porządku. Taki jest Józek. Lubi przedobrzyć, bo chciałby, żeby wszystko podobało się wszystkim. No to nieustannie się droczy i kusi. Tyle tych pokus, że wkrótce przestaję je odróżniać. A jak nie widać, co grzeszne, a co grzeczne, to i pokuszenie traci sens. Bo kontekstu brak.

Na uwagę zasługują w J. książki. Nie znam drugiej tak poważnie książkowej knajpy, bez wyrobów księgopodobnych i sztucznych wypełniaczy czyli towaru drugiego sortu, za który robią najczęściej wysłużone podręczniki czy stare traktaty o ogrodnictwie i obsłudze ezoterycznych maszyn. W Józku książki niczego nie udają, a już na pewno nie udają książek, którym faktycznie pisany los śmieci, bo po odbyciu zdobniczego kontraktu zakończą żywot w kontenerach z makulaturą. Tutaj knigi są dumne i niepokorne, z całą świadomością przyjęły propozycję angażu na estetyzację przestrzeni, ba, być może nawet podyktowały własne warunki. Wyłącznie przednia literatura światowa, mnóstwo filozofii z wyraźnym skrętem w stronę estetyki, historia kultury, religioznawstwo, socjologia, znakomite albumy o sztuce. Z chęcią przygarnąłbym wiele z nich. Choć z drugiej strony wcale niełatwa ta książkowa dola w Józefie, bo wiele z nich zostało bezpowrotnie uwięzionych pod sufitem.

fot. Cafe Brzytfa
Od razu powiem. Doceniam Józka. To kawiarnia wielka nie tylko rozmiarem, ale i wizją, za która idzie moc przyciągania i bycia zapamiętaną. To niezmiernie oryginalne miejsce. I mam problem, czy to faktycznie kawodajnia, bo w ogóle cały kontekst miejskiej kawo-knajpy nie pasuje mi do Józka. Bo kawie przeznaczono w J. bardzo drugorzędną rolę. Nie chodzi tylko o to, że podaja tu niewyszukane ziarno, włoskie Caffe Mauro, ani unikatowe ani wyjątkowe. Ot, rejestry Vergnano, włosko-smoliste. Przyznam, że bliższe są mi rozwiązania, które kawę stawiają odpowiednio wysoko w strukturze kawiarnianego projektu. Jasne, że nie tylko jakość kawy decyduje o sukcesie. W Józefie jednak postawili chyba wyłącznie na decorum. Dysproporcja między sferą konsumpcji a warstwą wizualną jest ogromna, bezprecedensowa, niespotykana na lokalnym rynku. Przypomnę przypadek Cafe Factotum, lokalu nieporównanie mniejszego, lecz zbalansowanego: także mocno skupionego na własnych wizualno-estetycznych atutach, ale jednocześnie równie zatroskanego o słodkie kulinarne przyjemności.

fot. Cafe Brzytfa
Smaki nie są mocną stroną Józefa. Kultura jedzenia jest tutaj szczątkowa. Nie zapamiętam tego co jadłem, nie zapragnę wrócić tu dla czegoś, co zasmakowało. Bo Józef nie dał mi takiej szansy. Nie postarał się. W sferze jedzeniowej robi subtelny unik, w końcu to wnętrze ma być atutem sztandarowym. Przyznaję, jest. Szkoda tylko, że jedynym. „Spytaj, co dziś upiekła Babcia Bunia” czytam w karcie. Otóż, za wiele nie upiekła. Zwykle do dyspozycji są dwa, trzy ciasta. Jadłem sernik i makowiec, z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie są zjawiskowe. Są zwyczajne. Fakt, smakują niby domowo, ale to jest smak z imienin cioci Bogusi. Takie ciastka chętnie zjemy za darmo na proszonej kawie u kogoś, ale nie w ambitnej kawiarni, do tego za niemałe pieniążki (12 pln za kawałek). Nie będę rozwodził się nad ciastkami, bo są absolutnie zwyczajne, po domowemu zwykłe, trochę przaśne, trochę wyprane ze smaku, trochę klocowate (sernik przyciężki, makowiec przesuszony). I powtórzę z całą mocą, to nie jest nostalgiczna, sentymentalna i niedościgniona domowość, w której wszystko smakowo jest trafione w punkt. W Józefie, w sensie ciastkowym, ta domowość jest iluzją, konceptem stworzonym pod kątem stylistyki wnętrza, to jest domowość czyjaś (nie moja), np. komunijno-imieninowa. Albo sąsiadkowa, bo takie ciasto przyniesie miła sąsiadka, bo zrobiła, bo zostało, bo z imienin, bo żeby się nie zmarnowało.

fot. Cafe Brzytfa
Pod względem oferty spożywczej lokal zostaje daleko w tyle za sąsiadami: Palarnią Kawy, Retro czy Pikawą. Józef oznajmia, że nie zamierza smakowo uwodzić i dopieszczać. I szanuję taką decyzję, bo to uczciwe postawienie sprawy, ale punktów za to nie przybędzie.

W sensie kulinarnym Józek jest zatem zupełnym podlotkiem. Zmanierowanym, nawet trochę zepsutym. Wie, że nic nie musi. Kiedyś coś mu się jeszcze chciało, ale teraz wystarczą dwa, góra trzy ciasta na krzyż. I tyle, niech się nażrą widokiem bibelotów.

fot. Cafe Brzytfa
To jest w ogóle osobna szuflada: kiedyś chciało się bardziej niż teraz. Dostrzegam, że zrezygnowano z kilku wyróżniających elementów, takich mocno komunikujących specyfikę miejsca. Na przykład znakomita karta, w formie gazety, intensywna i nadrealna, groteskowa i śmieszna. Mikroślady tej narracji przedostały się do nowego jadłospisu, ale nie jest już ani tak śmiesznie, ani dziwacznie. Albo komunikacja fejsowa: kiedyś było i częściej, i bardziej oryginalnie, z jajem i kwasem, teraz więcej chwalenia się entuzjastycznymi westchnieniami blogosfery i powielanie koncertowych zapowiedzi. Bez wątpienia zmienił się charakter publiki, być może w Sopocie trzeba było ich bardziej intelektualnie dopieścić, a w Gdańsku rozkręciło się tak, że na alko-chlanko przyjdą i bez zaproszeń.

Jest w tym Józku jeszcze jedna nuta, która pobrzmiewa słabiutko, ale z czasem słyszę ją coraz wyraźniej. To nutka samowiedzy, świadomości własnej mocy. Mocy onieśmielania. Cwana gapa, ale dandys. Józef wie, że się podoba. Ba, nie wyobraża sobie, żeby mogło być inaczej. Józek, taki kochaniutki urwis, a występuje z pozycji władzy. Wzbudza zachwyt i uległość. No i doskonale o tym wie, kontroluje i manipuluje. I każe wierzyć: nie zobaczycie już takiej kawiarni, takiej błyskotliwej, takiej pojechanej, takiej rozjechanej.

Ale nie spieszcie z pochlebstwami. Chyba dostaje ich tyle, że nie robią już wrażenia. Przyzwyczaił się, że nie może być innej reakcji pielgrzymów. Wjazd i cześć, i chwała.

Tymczasem Brzytfa nie obeszła się z Józefem ani nabożnie ani łagodnie. Rok temu, publikując mocno krytyczną recenzję Starego Kadru, obawiałem się jakiejś kontry. Ale nic nie nastąpiło. Dzisiejsza nota o Józefie wcale nie jest entuzjastyczna i też zastanawiam się, czy usłyszę zarzuty o malkontenckie czepialstwo wobec tak fantastycznej knajpy. Przyznaję, Józef mocą swojego nabajerzonego wnętrza ustawia poprzeczkę bardzo bardzo wysoko. Fakt, jest ciekawie, ale dla mnie Józef nie jest świętym cielcem, a jeśli już miałby być, to bardziej spasłym i rozleniwionym niż uświęconym. I stanowczo zbyt zadowolonym.

Georg Simmel, jeden z pionierów współczesnej refleksji nad codziennością, zestawił kiedyś ze sobą Florencję i Wenecję. I obwieścił niepodważalną wyższość Toskanki, wciąż tętniącego życiem miasta nad martwą i zredukowaną właściwie wyłącznie do warstwy dekoracyjnej Wenecji. Tam życie, tu estetyczne skorupy.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tego życia brakuje w Józefie K. Jest ładnie, ale kawiarniana krew nie tętni w tych murach.






fot. Cafe Brzytfa


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kafe Delfin, Gdańsk-Oliwa




Kafe Delfin, Gdańsk-Oliwa

Mam z Delfinem kłopot. Nie wiem, czy oceniać go w kontekście innych oliwskich kawiarni, czy zastosować twarde dotychczasowe kryteria, bez względu na żadne okoliczności łagodzące? Ostatecznie, wygrywa opcja druga, bo przecież nie ma na Brzytfie miejsca na naginanie standardów tylko dlatego, że w okolicy mizeria.

Słaba oliwska konkurencja, struchlała liczebnie i moralnie, nie jest w stanie poważnie zagrozić Delfinowi. Kawiarnio-piekarnia Stary Rynek, niby młodziutka i zapatrzona w nowoczesność, w istocie w swej formule, ofercie i standardach obsługi mocno (nieintencjonalnie) zapóźniona, przewinięta do tyłu o jakieś 20 lat. Tak powabna jak wypieki cukierni Czernis, słodki wabik tego miejsca, doskonale wpisujący się w jego nieco postpeerelowską konwencję.
Z kolei palarnia kawy Cafe Flemming, choć kawę ma dobrą, sama w sobie nie jesteś miejscem do posiedzenia, raczej sklepem, w którym kilka stolików daje możliwość jakiejś szybkiej degustacji, zwykle jednak mocno ograniczonej, bo gatunek kawy w młynku zmieniany jest rzadko - ja zwykle trafiałem na Salwador i zrobiło się nudno. Problem Flemminga leży zresztą nie tyle w ich szczupłych możliwościach lokalowych, ile w właścicielskich głowach, mocno podejrzliwych wobec współczesnych sposobów komunikacji z publicznością, a zarazem w coraz większym stopniu wypełniających się frustracją. Flemming zatem, mocą własnego wyroku, skazany został na żywot lokalu co najwyżej potencjalnego, hermetycznego i skrzętnie ukrywającego przed ciekawością fejsbukowych kawoamatorów. O Caffe Kardamon nie wypowiem się, bo to kawiarniane nieporozumienie. 
I tyle konkurencji.

Kafe Delfin to dziwne miejsce. Przykro powiedzieć, ale taki trochę ubogi krewny kawiarni. Nie skusił mnie. Ani nastrojem ani smakiem.

W trakcie każdej z wizyt witała mnie cisza, tzn. brak jakiejkolwiek muzyki. Takie przedłużające się bezmuzyczne momenty, tak jakby wpadali w jakiś „dziesiąty stopień zasilania” albo mieli dziwną umowę z Zaiksem: czasem z muzyką, czasem na głucho, za to rabat w abonamencie. To strasznie dziwne uczucie, gdy w kawiarni panuje cisza. Owszem, słychać pogawędki przy stolikach, ale brak zwornika stapiającego wszystkie poszczególne hałasy w swojski kawiarniany harmider nie tylko odbiera poczucie przytulności, ile wprowadza silny niepokój. Jakieś apokaliptyczne wrażenie poczekalni, może schronu. Krata w oknie. Czy zostałem ewakuowany? I kiedy wreszcie skończą się te bombardowania?

Niestety nie odbieram Delfina jako przytulnego. Jest suchy i kostyczny. Wnętrze szorstkie. Wysłużone najprostsze krzesła, gołe i niegościnne. Rzędy krzesełek kinowych pod ścianą, właściwie jedyny dekoracyjny meblarski akcent wnętrza, niewygodne, ciasne, opadają z głośnym hukiem. Bezkompromisowo obnażone okno dokonuje negliżu, ale to obietnica bez pokrycia: na zewnątrz smętne podwórko, ani ładne, ani ponętne. Za to wraz ze zbliżającym się wieczorem, robi się coraz bardziej ciemno i nie jest to ciepły pluszowy półmrok, który sprzyjałby rozmowom, raczej taka alienująca ciemność, która fortunnie i wspaniałomyślnie ostrzega: nadchodzę, proszę myśleć o odwrocie w bardziej przyjazne miejsce.

fot. Cafe Brzytfa
Na parapecie bezwstydnego okna próba jakiejś zdobniczej dekoracji – stare elementy kinowe, ale wcale nie budują klimatu kina, to jakby zrobić ekspozycję ze starych sokowirówek. W ogóle te wszystkie okołokinowe eksponaty, razem z pudełkami po kliszach Orwo, wydają się przypadkowe, rzucone ot tak sobie, bezmyślnie, bo przecież coś tu musi być, a innego pomysłu nie było. Nie dekorują, po prostu głucho leżą, bo im kazano. Głupio patrzą, bardziej zagracają i zbierają kurz niż współpracują w przekształcaniu przestrzeni. I zapewne wbrew intencjom właścicieli wcale nie próbują ożywiać wspomnienia o dawnym kinie Delfin. Ten mit to bardziej myślenie życzeniowe, pielęgnowane w nazwie i recenzjach internautów. Bo w Delfinie kina niewiele, poza usilnymi wtrętami, natomiast dużo Peerelu, ale to zapewne wyszło niechcący.

fot. Cafe Brzytfa
Kulinarnie jest równie sucho i szorstko. Karta jest mikroskopijna, ale tego się nie czepiam, bo i zaplecze kuchenne malutkie. Delfin nie jest agendą kultury kawowej, w sensie kawowym wciąż tkwi w swoich początkach, tyle że oczekiwania dziś znacznie bardziej wyrafinowane niż osiem lat temu. Barbarzyńskie ziarno, ultrarobuściane MK espresso, serwowane w całym pakiecie firmowym, tak aby nikt nie miał wątpliwości, że podano mu „wybór baristów”. To fatalny ruch, nie tylko ze względów jakościowych, ile wizerunkowych. Nie cierpię, gdy kawiarnie robią reklamę dostawcom kawy. Wiem, że to forma spłaty haraczu za ziarno, często także za ekspres, ale nie współczuję, bo każdy płaci rachunki podług własnych decyzji. A filiżanki czy cukry z obcymi logotypami to ostrzał własnego kolana.

fot. Cafe Brzytfa
W Delfinie jest kilka ciast, zwykle dwa do wyboru. Szarlotka to duma tego miejsca: „robimy ją na miejscu”. Można warunkowo udzielić jej promocji do następnej klasy, uznając za zjadliwą, ale nic więcej. Jest niziutka i malutka, ale skarlała już wcześniej zanim jeszcze została w ultraekonomiczny sposób pocięta na porcyjki: mdłe skrobiowo-słoiczkowe jabłuszka w duecie z posłodzoną margaryną odebrały jej jakąkolwiek energię życiową. Nie odmawiam jej starań, widzę, że chciałaby. Ale nie może. Takie ciasteczko można zjeść na imieninach u cioci Tereni, ale w kawiarni, za pieniądze, to już zupełnie niekoniecznie. I leżą sobie takie smętne mikroszarlotki, kiepskie i wybiedzone ambasadorki niepewnego miejsca, ale to się przynajmniej zgadza i plus za zdrowy rozsądek, bo mądrzy posłańcy nie obiecują więcej niż dać mogą. Paradoksalnie, słyszę westchnienia zachwytu nad tym ciastkiem, nie dowierzam, ale uspokaja mnie myśl, że to przecież pedantycznie poukładane kostki Palmy w polskich lodówkach oznaczają stan najwyższej gotowości do sezonu domowych wypieków. Polacy nie gęsi, też swój tłuszcz mają. Dobrze utwardzony.

Zamawiam jeszcze niejaką Marlenkę, podobno tutaj lubianą, ale pochodzenia zewnętrznego, z jakiejś cukierni. Znam to ciastko ze Starego Kadru, jest poprawne. To taki przekładaniec toffiowo-miodowy, z lekką nutą orzechów włoskich, luźna wariacja na temat pszczółkopodobnych wypieków, w których jednak orzech smakuje mocniej, a miód w donioślejszy sposób określa strukturę ciasta. Jest słodko, i tyle. Takie sobie Kinderpingłi.

W kącie rozsypuje się kosz z zabawkami. I ponura plama okna z kłującymi kratami i ogólny nieład w połączeniu z wszechobecnym czerwonym wzmagają wrażenie poczekalni, trochę klaustrofobicznej duszności. Wyraźnie czuję, że powinienem się podnieść i wydostać.

Wstaję, wychodzę. Oddycham.

fot. Cafe Brzytfa

Delfin należy do podgatunku kawiarni, których stan zdiagnozowałbym jako okołobeznadziejny. Bo nic im już nie pomoże. I to przede wszystkim dlatego, że sam nie odczuwa potrzeby jakiejkolwiek przemiany. Jest dobrze jak jest: przecież ludzie przychodzą, kręci się, a lepsze wrogiem dobrego.

Wrócę do punktu wyjścia: Delfin ma sporo szczęścia, bo póki co nie wyrosła mu żadna poważna konkurencja. Właściwie jedynie Piekarnia/Cafe Stary Rynek, nieco bardziej z boku, mogłaby odebrać trochę klienteli, ale ciastka od Czernisa polegną nawet w starciu ze skarlałą delfinowską szarlotką. Bezkształtna konkurencja podreptuje zatem na swoich nibynóżkach i póki co utrzymuje Delfin we względnym poczuciu bezpieczeństwa. Nikt nie naciska, nikt nie pogania, więc kinowe krzesła mogą dalej odciskać czerwone pieczątki na gościnych półdupkach, a emkaespresso robić za kawę.

Delfin może czuć się prawie jak ryba w wodzie.

Bo na bezrybiu i Delfin ryba. 


wtorek, 2 grudnia 2014

Cafe Factotum, Gdańsk










Cafe Factotum, Gdańsk, ul. Św.Ducha

To z pewnością jedna z najmocniejszych pozycji na rynku.

I wcale nie przesadzam. Bo Factotum jest intensywne i niszowe, przy tym małe i kameralne. Jak tutejsza kawa, nieowocowa i niekwaśna, mało arabiczna, za to mocą uboższej siostry przydymiona i kadzidlana, podpowiadająca stare drewno, choć dookoła stal i kafle.

Kiedyś był tam fascynujący salonik z płytami Vivart, alternatywny i niedzisiejszy, chyba długo konał. Taka wspólnota przestrzeni zobowiązuje i Factotum godnie zasiedliło szlachetnie naznaczony plac. Szczęście, że nie wykluły się tam żadne nieświeże jaja jak choćby lumpeksy czy jakieś kawiarniane matołki, np. Duża Biała (ot taki Antoni M), wszak bliziutko.

Factotum leży na uboczu. Trudno nie odnieść wrażenia, że to ubocze jest trochę wyborem świadomym. I pięknie, że tak jest, bo położenie np. przy autostradzie Długiej szybko zmieniłoby dobrze zapowiadającego się młokosa w zepsutego i spuchniętego żula w rodzaju Cafe Ferber, takiego, co to niespecjalnie straszy, ale też i zupełnie nie kusi. Choć przyznam, fajnie byłoby zobaczyć wystukujące nagłą zawrotkę białe kozaczki czy truchlejące solarne lica, bo przecież „tu jest tak ciemno”. I w ogóle „jakoś dziwnie”. „A ja bym chciała do Sztarbaksa”. Ona czy jej ajfon?

A Factotum subtelnie wypina metalowy tyłek na gawiedź. Wcale nie zaprasza niechcianych, zaimprowizowana tuż za drzwiami malutka klatka wejściowa działa jak filtr, system odsiewu: my jesteśmy estetycznie twardzi i samoświadomi. Zmykajcie do Kosty.

I to jest wielki plus. F. już na starcie robi kamingałt, odsłania się i zupełnie rezygnuje z służalczego podlizywania się nieprzekonanym. Trudno o bardziej solidnie zarysowaną tożsamość. Brzytfa lubi miejsca samoświadome, tym bardziej, że F. ma mocne papiery nawet na buńczuczne manifesty.
Ale też taka bezkompromisowa autodeklaracja rozbudza nadzieję na więcej. Factotum zawiesza sobie poprzeczkę bardzo wysoko i, co najważniejsze, trzyma się tej wysokości.

Factotum to wnętrze. Rozmach, wykonanie, spójność. Wnętrze oszałamia, bo jest inne, zaprojektowane z wizją, do bólu konsekwentne, z dobrych materiałów. Zero prowizorek. Są lokale, gdzie szaleć mógł Prowi_Zorro i wycinać swoje głupkowate Zetki czy Eski, ale są też inne, dumne i nieprzypadkowe, nawet jeśli skażone upływem czasu, to wciąż spójne i estetycznie powabne. Dobrze nakręcone mechanizmy. Przychodzę do F. od początku i nie zauważam specjalnych śladów zużycia przedmiotów, owszem, bateria w łazience może się trochę ruszać, fotelikom przecierają się czarne bejcowanki, ale to drobne szczegóły, raczej dowody na szlachetne trwanie, a przy tym zdroworozsądkowy głos na rzecz słusznej tezy, że na jakości oszczędzać nie wypada.

Jakość wykonania to jedno. Drugie natomiast to wizja, z jaką szarpie się Factotum. Jest specyficznie, dziwacznie czasem. Warto zaglądać do F. w różnych porach i sezonach, mało jest miejsc tak zmiennych w zależności od pory roku czy dnia. Factotum istnieje na różnych poziomach, wyliczę kilka określeń, ślad każdego uda się zidentyfikować bez większego problemu: literacko, artystowsko, gotycko, romantycznie, zmysłowo, dekadencko, klaustrofobicznie, toksycznie, seksualnie (nawet z nutą sadomaso).


W swoim najczystszym sensie, jestem przekonany, Factotum jest kawiarnią literacką. Bynajmniej nie mam na myśli lokali, w których bejowaci literaci onanizują się słownie na napalone kuracjuszki. Factotum dotyka literatury w ogólniejszym i bardziej nobliwym sensie, to miejsce samo w sobie nasycone jest semiotycznie. Ono nieustannie kręci się wokół znaków, właściwie zostało osnute wokół zabawy symbolami i konwencjami, do tego stopnia, że nie ma w okolicy drugiej tak symbolicznie intensywnej kawodajni. Józef K., osławiona klubokawiarnia z Piwnej, przy spójnej, a przy tym wieloznacznej zawartości Factotum, opuszcza bezradnie ręce i oddala się do swojej dziecinnej rupieciarni.

Moc Factotum to rezultat celowego zabiegu projektantów wnętrza, którzy przetworzyli klasyczne motywy w swój własny kod estetyczny, w którym dużo modernizmu, ale i gotyku, Holendrów (chćby Halsa czy Rembrandta), Velazqueza, a nawet i Bacona. Jaskrawo widać to w toalecie, którą uważam za zwieńczenie zastosowanej konwencji estetycznej: postery popularnych amerykańskich filmów zostały przetłumaczone na język klasycznego malarstwa, daje to efekt piorunujący i stanowi niezwykłe zwycięstwo specyficznego i niepokojącego stylu nad całkiem przecież trywialną treścią.


W Factotum można czytać, jak najbardziej. Ale przede wszystkim to Factotum się czyta. I to jest chyba, powiedziałbym, najbardziej fundamentalne nawiązanie do Charlesa Bukowskiego, dwudziestowiecznego amerykańskiego pisarza, który – właścicielską wolą – obwołany został patronem kawiarni. Bukowski, choć oryginalnie Niemiec, pozostał wierny realiom amerykańskim, z Los Angeles na czele. Nie zauważam jakichś specjalnych wtrętów z tradycji amerykańskiej (oprócz luźnych cytatów z holiłódzkich produkcji). Factotum-kawiarnia wydaje się przecież do bólu europejska, modernistyczna, berlińska, może Kafkowska, może Baudelaireowska. Samo „factotum” odwołujące się w swoim językowym znaczeniu do obrotnego, wszechstronnego sługi/służącego również nie wydaje się dobrze skrojonym konceptem jak na charakter projektu z ul. św. Ducha. Być może bardziej pasowałby tu „flaneur” (spacerowicz), całkiem udanie chwytający wieloznaczność tego miejsca, bo wizyta w F. to taki spacerek: po różnych wątkach i historiach.
Nazwę „factotum” skłonny jestem uzasadnić jedynie jako próbę wykorzystania samego słowa-dźwięku, ezoterycznego znaku, ale bez przypisywania mu żadnego konkretnego desygnatu. Co prawda po jego rozszyfrowaniu trochę magii ulatuje, ale to drugorzędny zarzut.

Przyznam, że nie do końca rozumiem dosyć pokrętny i usilny projekt nadania Factotum cech kawiarni filmowej. Kompletnym nieporozumieniem estetycznym wydaje się karta menu, o zgnuśniałej stylistyce nijak powiązanej z otoczeniem, z namolnie wtłaczanymi figuracjami z filmów, zdjęciami i nazwami rodem z mentalnie prowincjonalnych multipleksowych gastrobiznesów. Wnętrze Factotum zobowiązuje i powinno obligować decydentów do bardziej kreatywnej karty, zarówno pod względem estetycznym, jak i merytorycznym. No i z wyraźnym skrętem literacko-dekadenckim, dotrzymującym kroku choćby podsufitowej wyklejance z autorem Alicji w Łonderlandzie.


Ciasta w F. zasługują na uwagę. Nie ma ich wiele, raptem kilka, ale nie chodzą na skróty, z dobrych składników, na pewno windują F. do gdańskiej kawiarnianej elity. Nie ma w Gdańsku lepszego ciasta czekoladowego, to w F. jest puszyste i lekko wytrawne, niemalże o konsystencji musu. Okraszone domowym sorbetem z czarnej porzeczki (trochę przesłodzonym), ale szczęśliwie niezepsute żadnym cieczkopodobnym wytryskiem.
Sernik waniliowy, delikatny i maślany, w porównaniu z tym z mocno rozgadanej konkurencji (Retro) zupełnie onieśmielony i milczący, za to w boju sprawdza się lepiej. Ceny ciast zbliżone do tych z Retro, ale kawałki większe. 
Kawowe ziarno to włoski Bistrot, niezbyt popularny, ale uznany producent. Mieszanka ma znaczny (30%) robuściany udział, ale nie zamierzam narzekać. Przyzwyczaiłem się, że kawa w F. ma swój specyficzny wyraz i nigdy nie miałem powodu do choćby najmniejszej pretensji. Jest niezmienna, zawsze identyczna w mocy i temperaturze. Jeśli tylko zamarzyłyby mi się jakieś bardziej nobliwe arabiczne harce, to niedaleko Palarnia Kawy z najlepszym ziarnem. Nie znajdę w F. żadnych hipsterskich zaparzajek, ale wcale mi nietęskno.

Jest coś co mnie trochę uwiera. Przychodzę często, ale nigdy nie natknąłem się na właściciela, nigdy nie zauważyłem jakiejś gospodarskiej krzątaniny, takiej zwykłej troski o miejsce, o gości, o swój produkt. Nie czepiam się obsługi, bo jest miło i bezproblemowo, ale obecność, choćby epizodyczna, Pana Landlorda udziela uspakajającej odpowiedzi na cośkolwiek dręczące fundamentalne pytanie: czy leci z nami pilot? Mam zatem w F. dość częste wrażenie, że to miejsce, choć piękne i bogate, zostało osierocone, pozostawione samo sobie wśród zawistnych drapieżców. Z rozmysłem poczęte, starannie odchowane, odebrało nauki w najlepszych szkołach, a potem tak po prostu porzucone.

Factotum ma znaczny potencjał i jak zwykle przy takiej diagnozie może pojawić się pytanie, czy wykorzystuje swoje możliwości do działalności okołokawiarnianej, np. czy zdarzają się jakieś tematyczne spotkania, jakieś posiedzenia dyskutantów, jakieś desperackie próby zwrócenia uwagi świata na czyjeś stwory czy wytwory. Nie, Factotum nie udziela się pozakawiarnianie. Trwa, robi kawę, podaje ciasta i oddaje się gościom do dyspozycji. W ogóle społeczna działalność kawiarni to temat na odrębną opowieść, niestety czasami służy jako kryterium w ocenach znaczenia czy przydatności (?) kawiarni, zupełnie jakby organizowanie posiadówki dla nieletniego poeciny i jego rodziny pod chwalebnymi auspicjami wieczoru poetyckiego (a nawet patronatem lokalnego politłuka) było przyczynkiem do aureoli. Fakt, że F. nie organizuje żadnych (nie)kulturalnych wyszynków jest tylko dowodem na to, że podjęło świadomą decyzję, żeby trwać i walczyć jedynie w oparciu o własne niezmienne atuty: wnętrze, wieloznaczną aurę, dobrą kawę czy znakomite ciastka. Beż żadnych przeszkadzajek. Taki ruch zasługuje na szacunek.

Factotum jest (po)nowoczesny i intelektualny. Rzadko zdarzają się miejsca o tak znacznej koncentracji nawiązań i symboli. Ich semiotyczna siła zwykle wynika z nagromadzenia przedmiotów, które same w sobie stają się nośnikami tożsamości kawiarni. Efekt Factotum to jednak rezultat śmiałej wizji, która połączyła obrazy i zróżnicowane materiały w dobre wieloznaczne wnętrze. W Factotum sprzętów niewiele, te nieliczne, które jednak znalazły zatrudnienie (maszyny do pisania sprowadzone do roli świeczników), są jak tłuste rodzynki, podkreślające styl miejsca: tutaj rządzi idea i pomysł, a materia przygląda się i służy.

Pan Eco z pewnością polubiłby Factotum, bo to właściwe miejsce, żeby pomyśleć o semiologii życia kawiarnianego.

czwartek, 2 października 2014

Retro, Gdańsk, ul. Piwna. Przymiarki.










Retro, Gdańsk, ul. Piwna 
(przymiarki)

Piszemy „przymiarki”, bo temat jest szeroki, nie da się go wyczerpać pojedynczą recenzją. Znamy Retro dobrze, nie tak długo jak Pikawę (bo jest znacznie młodsze), pewnie odcisnęliśmy na Retrowych pluszach mniej wyraźne ślady niż na tych z konkurencji, nie zmienia to jednak faktu, że orientujemy się w materii.

Retro jest miejscem dużym. Nie rozmiarem, bo ten okazał się za mały dla rozrastającej się kilka lat temu Pikawy. Nie, bynajmniej, lokal nie jest malutki, jest w sam raz na kawiarnię, która wszak zarobić musi na czynsze z gdańskiej strefy prestiżu, ale jednocześnie chce pozostać świadoma własnej przestrzeni i mieć nad nią pełną kontrolę. Dlatego Retru (będziemy deklinować) nie zagraża widmo molocha czy kawowej stołówki, o którą przecież całkiem łatwo otrzeć się, gdy wola ekspansji przesłania troskę o jakość i duszę.

Nie, Retro w tym sensie duże nie jest. I dobrze.

Natomiast duże to ma Retro ambicje. I tutaj przyklaskujemy, bo nic tak dobrze nie robi wszelakiemu gastrobiznesowi jak ambicja, którą rozumiemy w tym przypadku jako misję zmieniania się, dopasowywania, reagowania na zmienne warunki, nie tylko atmosferyczne. Retro jest jak dobry uczeń w szkolnej ławce. Chce być prymusem, częstokroć czuje, że już nim jest. Nie mamy nic do prymusów, choć jakoś tak z doświadczenia pamiętamy, że bywają nudziarzami.
Takie trochę mamy wrażenie, że Retro już zafundowało sobie specyficzną intronizację do wąskiego – może jednoosobowego? - panteonu najlepszych trójmiejskich kawodajni. Nie o to, że widzimy w tym coś z gruntu złego. Samowiedza potrzebna jest kawiarnikom, bo zakłada, że są świadomi konkurencyjności swojego miejsca na tle innych lokali. Sądzimy zatem, że warunkiem poczucia wyjątkowości własnej kawiarni jest uprzednie podjęcie komunikacji z konkurencyjnym otoczeniem i na jej podstawie wypracowanie własnych propozycji. Oczywiście lepszych i smaczniejszych. Sęk w tym, że ta inność oferty Retro nie zawsze jest taką do końca. Bardzo chce wyglądać na taką wyglądać, ale może trochę tracić przy bliższym poznaniu.

Co widzimy w Retrowych ambicjonalnych dążeniach?
1.Chcemy mieć najlepszą kawę.
2. Chcemy mieć najlepsze ciasta.
3. No i zasadniczo: chcemy mieć najlepszą i najładniejszą kawiarnię, najlepiej „z duszą”.

I zasadniczy problem w tym, że to „chcemy” stało się dla Retro tożsame ze stanem faktycznym. Zastanawiamy się, czy wypada pisać, że jest się „kawiarnią z duszą”, jak czyni to Retro, czy też lepiej wstrzymać się z takimi autodeklaracjami i pozwolić samym gościom wyciągać tak poważne wnioski.
Dostrzegamy starania Retro: aby było jak najbardziej naturalnie, ekologicznie, trochę lokalnie, zgodnie z najbardziej ucywilizowanymi reżimami dietetycznymi: bez białego cukru, bez glutenu czy wegańsko. I doceniamy, bo Retro faktycznie odstaje tutaj na plus od większości konkurencji.
Po pierwsze – kawowo, bo konsekwentnie promuje ziarno z warszawskiej Java Coffee Company, często wspomagając się produktami prestiżowych europejskich palarni. Znajdziemy też w Retro różne hipsterskie wynalazki: dripy i chemexy, jakby komuś znudziła się ich nowiutka Faema.
Po drugie, ciasta w Retro są unikatowe. Nawet jeśli nie zawsze ze względu na wyjątkowy smak, to z pewnością znajdziecie je tylko i wyłącznie w Retro. Bo pieką je sami, konkretnie pani właścicielka. To oczywiście automatycznie nie musi oznaczać ich niezwykłej jakości. Owszem, znajdują się wypieki rewelacyjne, ale też i zupełnie zwyczajne. Na przykład Retrowa szarlotka jest ciastkiem banalnym, a na oko częstokroć wręcz odpychającym: wyobraźcie sobie dwie warstwy grubego bułowatego ciasta przełożone brunatnym nadzieniem. Aż dziw, że taki twór permanentnie gości w Retrowej witrynce, nawet pobieżna lektura kulinarnych blogów wystarczyłaby, aby jabłeczny niewypał zastąpić smaczną szarlotką, która tę z sąsiedniej Pikawy wysadziłaby wysoko w powietrze. Ale niech jedno nieudane ciastko nie przesłoni nam całego obrazu. Ciasta w Retro są generalnie dobre i uczciwe, nawet jeśli trzeba wysupłać kilkanaście złociszy za kawałek. Ogromny plus za elastyczność oferty: ciasta zmieniają się sezonowo, także desery, dodatki czy napoje.
Po trzecie, w Retro widać troskę. Lubimy biznesy zatroskane: o jakość, o produkt, o wyróżnianie się. Niby normalne, ale w gdańskim kawodajnym światku wcale nieczęste. Retro odstaje na duży plus. Sęk w tym, że można zrobić tutaj jeszcze więcej, na przykład nie podpierać się przemysłowymi syropami w napojach (herbatach), które deklaratywnie mają być bardzo eko i slow. Dlaczego malinowa herbata w Retro nie ma malin, ma za to syrop Rioba (albo Paola), w którym malin jak na lekarstwo? Przecież nic prostszego jak tylko zagotować maliny i mieć bardzo swojski prawdziwy syrop. No właśnie, czasami w przypadku Retra miewamy problem z nadmiarem słów: Retro wygłasza ich sporo, sęk w tym, że nie zawsze kryje się za nimi prawdziwy desygnat. Ale to zawsze można nadrobić, zwłaszcza gdy – mamy nadzieję – na horyzoncie widać dobre chęci.

Bywa jednak i tak, że troska w połączeniu z rozbuchaną ambicją okazuje się obciążeniem.
Bo rozumiemy ambicję także jako nieustającą wolę poprawy, trochę takiej rzeczowej dyskusji z własną ofertą, w tym także jako refleksyjną postawę wobec własnej ambicji (sic!). Bo ambicja czasami bywa ślepa: odurza koniecznością zarabiania piątek/szóstek do dzienniczka i zapomina, że ktoś wokół patrzy i coś sobie myśli. I wcale niekoniecznie superlatywnie. Dostrzegamy przerost tej ambicji choćby w atmosferze lokalu. Jest ładnie, bardzo profesjonalnie, usłużne dziewczęta miłe, życzliwe, jakoś tak bardziej przejęte i zorientowane w miejscowych smakołykach. Próżno tego szukać w Pikawie. Wyczuwalne jest jednak jakieś napięcie, czujemy zbyt dużo teatru i chłodnej konwencji. Zupełnie jakby niepostrzeżenie rozpylali w powietrzu pavulon. Chciałoby się trochę odpompować tego zadęcia i powyciągać kołki z różnych części ciała. Powtórzmy: jest miło, ale aż prosi się o więcej luzu, jakąś bezpretensjonalność, nawet jakąś wpadkę, która zdarłaby trochę pudru. Nawet gdyby założyć, że targetem lokalu są panie w okolicach czterdziestki, to i tak nabożno-skupiona atmosfera jest wizerunkowym strzałem w stopę. Co oczywiste, pojawienie się właścicieli nie zdejmuje tego napięcia, przeciwnie, ono jest i tańczy dla nas. Czyżby jakiś subtelny owner-terror? Nie rozumiemy.


Przekuwamy zarzut w postulat: niech Retro nabierze trochę dystansu do siebie, niech zdarza mu się puszczać oko do gości i do siebie samego. Kawiarnia nie ma być salonem gorseciarskim, nawet jeśli operuje retro-wystrojem. Z kijem w gardle żadna kawa nie posmakuje, nawet ta od Tima Wendelboe.

wtorek, 16 września 2014

Pikawa, Gdańsk, ul. Piwna










Pikawa


Emblematyczne miejsce na mapie Gdańska. Pikawa określiła pewien standard kawiarnianych usług w Trójmieście. Stała się punktem odniesienia, nawet jeśli teraz już trochę przykurzona i niespecjalnie porywająca, to z pewnością była kamieniem milowym dla gdańskiej kawosfery i dla starówkowej gastronomii. Bo to właśnie Pikawa kilkanaście lat temu dmuchnęła wind of change dla nie-Długiej części gdańskiej starówki. Tak tak, faktyczna zmiana charakteru martwej ongiś Piwnej to nie efekt odgórnej strategii rewitalizacyjnej, ile raczej pomysł i zaangażowanie m.in. właścicieli Pikawy. Nowa Piwna wykluła się przy herbatce misiowej, a nie na urzędniczym biurku.

To właśnie Pikawa zaszczepiła w Trójmieście intrygujący i smaczny koncept herbat doprawianych na miejscu i podawanych w przezroczystych kubko-szklankach. To właśnie Pikawa poważnie zatroszczyła się o jakość serwowanych ciast, radując gości wyrobami z małej rodzinnej cukierni z Oliwy. To Pikawa zaproponowała własną wersję retro-kawiarni, ze starszawymi gratami i rękodzielniczymi dekoracjami. To Pikawa, odważnie i wizjonersko, jako pierwsza zorientowała się na poważny i niedoceniany wówczas segment rynku: kobiety, w różnym wieku. To właśnie wtedy w Pikawie nikotyniści usłyszeli po raz pierwszy stanowczo wypowiedziane „nie”.

Lista zasług Pikawy jest znacząca i warto o nich pamiętać. Jednak chlubna historia to nie aureola i nie może wpłynąć na dzisiejszą ocenę tego miejsca, która nie jest już tak korzystna jak kiedyś.

Pikawa stała się początkiem swoistego gastronomicznego klanu. Indygo (dziś już nie istnieje), Tekstylia, Bistro 24dania to najbliżsi krewni Pikawy, która sama przeżyła wielką metamorfozę, dwukrotnie przesuwając się o kilka kamienic właściwie w obrębie tej samej ulicy, znacząco przy tym zwiększając swoje rozmiary, a także - jak twierdzą niektórzy – gubiąc po drodze sporo początkowego uroku. Co ciekawe, opuszczone przez Pikawę siedlisko przejęło Retro, które podjęło dość wyrazistą polemikę z dorobkiem Pikawy, przejmując jednocześnie część Pikawowskich pomysłów. Traktujemy zatem Retro także jako dalekiego (być może skłóconego), ale jednak krewniaka Pikawy. Warto też pamiętać o anielskim krewnym w Gdyni: Caffe Anioł (anielski niestety tylko z nazwy) należał niegdyś do właścicieli Pikawy i jest taką gdyńską namiastką Pikawy, takim zubożałym krewnym. Wkrótce rodzina znacząco się powiększy, jak wiadomo, w rejonie Dworca Głównego w Gdańsku poczęte zostały już kolejne Pikawowsko-Tekstylne klony, którym rozwiązanie pisane na przyszłoroczną wiosnę.

Nie chcemy napisać o Pikawie takiej standardowej notki, ot na zasadzie: jestem blogerką z Wwy, przyjechałam do Trójmiasta i zaraz napiszę recenzję, potem dołączę kilka zdjątek i udostępnię. Nie załączymy dzisiaj żadnych zdjęć, nie są potrzebne, bo Pikawę znamy od samych jej początków, możemy się więc pokusić o recenzję przekrojową, nie ograniczoną do jakichś kilku pojedynczych wizyt. Nie musimy fotografować herbat, kawy czy ciast, bo znamy je na wylot.

Pikawa jest takim kawiarnianym McDonaldem. Oczywiście nie mamy na myśli skojarzeń z estetyką McDonalda, ale z samą filozofią działania fastfudowej sieci. Pikawa jest bowiem szybka, zautomatyzowana i przewidywalna. I zasadniczo asezonowa w swojej ofercie. Obsługa w Pikawie jest błyskawiczna i do bólu ujednolicona (i nie chodzi tylko o fartuszki niespecjalnie chlubnej marki Alfredo). Próżno szukać to uśmiechów czy zagajeń. Jest chłodno i profesjonalnie. Zawsze – nawet jako stali klienci – mieliśmy wrażenie kontaktu z automatami, jakbyśmy tankowali na automatycznej stacji benzynowej. Od kawiarni oczekiwalibyśmy jednak pewnej ludzkiej nieprzewidywalności: czy to uśmiechu czy nawet jakiejś drobnej wpadki. Ale w Pikawie – na poziomie jakości obsługi – to się nie zdarza, dziewczyny są perfekcyjnie wytrenowane i tak samo profesjonalnie oziębłe.

Kulinarna oferta Pikawy jest przeraźliwie powtarzalna i przewidywalna, zaimpregnowana na rytm pór roku, zastygła w swoich zalaminowanych kartach. Bardzo nikła inwencja, właściwie to wciąż odgrzewane te same kotlety co lata temu. Wystarczy, by wprawić w zachwyt jednorazowego klienta, stałym gościom jednak czasami zalatuje nieświeżym mięsem.
Z górą rok temu pojawiły się nowe karty z kilkoma nowymi propozycjami, właściwie był to bardziej sposób graficznej zmiany karty niż jej faktycznej zawartości. Kulinarne propozycje trwają niewzruszenie, nie znajdziecie żadnych sezonowych odstępstw, w sezonie śliwkowym nie oczekujcie śliwek, nie liczcie na truskawki w czerwcu czy lipcu. Takie kuriozum: zamawiamy kiedyś deser owocowy i w samym środku sezonu owocowego (początek lipca) otrzymujemy kupkę bitej śmietany z kilkoma plastrami banana i cząstkami nieobranego (!!!) czerwonego grejpfruta. Doskonałe połączenie, zwłaszcza w zestawie z rachunkiem na 9 pln.

Ale żeby tylko nie narzekać: w Pikawie na pewną uwagę zasługują ciasta. Niestety, nie robią ich sami. Punkty za jakość wypieków idą na konto dostawcy, rodzinnej cukierni z Oliwy. Szkoda, że ich wyroby dostępne są też w innych punktach w Trójmieście, bynajmniej nie tylko tych z Pikawowskiego klanu. Wystarczy kilka kroków i tę samą paschę znajdziemy w kawiarni W Starym Kadrze, droższą co prawda, ale identyczną.
W sumie nie sprzyja to budowaniu klimatu odrębności i wyjątkowości, a po głębszym zastanowieniu wygląda raczej na pójście na łatwiznę. Opinią legendarnego ciastka cieszy się Pikawowska szarlotka, podawana zawsze na zbyt małym talerzyku, obficie nafutrowana bitą śmietaną z cynamonową przepróchą. Oczywiście z mikrofali. Ciastko wyróżnia się na tle konkurencyjnych jabłeczników, ale to nie tyle wynik jego wysokiej jakości, ile bardziej słabość konkurencji: ani Retro, ani Stary Kadr czy Mała Czarna w kwestii szarlotki zostają w polu. Powtórzmy, to nie znaczy, że Pikawowski jabłecznik jest jakoś specjalnie smaczny, jest jadalny owszem, ale nic więcej. Ciasto nie widziało masła, dobrze zna za to tłuszcze roślinne, jest mączno-bułeczne, dobrze chociaż że jego warstwy nie są za grube. Nadmiar bitej śmietany ma te słabości zamaskować, natrętnie przekonując, że mamy do czynienia z uczciwym maślanym kruchym ciastem.

Pikawa nigdy nie była kawową wyrocznią. I wciąż nie ma takich ambicji. Serwowane ziarno to najpodlejszy gatunek Alfredo, mocno robuściane, prymitywne w charakterze. Pan Alfred panoszy się na filiżankach, cukrach i kelnerskich zapaskach. Szkoda, bo standardy wielkomiejskich kawiarni mocno się zmieniły: w kwestii kawowych ziaren powinno być jak najbardziej „slow” (niepowtarzalne mieszanki, lokalne palarnie). Ale pisaliśmy już przecież, że Pikawa lubi woli standardy znacznie bardziej „fast”.


Pikawa, ongiś miejsce które określało standardy, dzisiaj raczej już tylko odcina kupony. Rozumiemy, że biznes rozrósł się niepomiernie, że Tekstylia, że nowe inwestycje. Widzimy jednak, że rozrost ma swoje poważne konsekwencje, zauważamy jałowość oferty i luki w jakości. Pamiętajmy, że jakość ma relatywny charakter – jej wyznaczniki sprzed lat dziesięciu nie pokrywają się z tymi dzisiejszymi. Pikawa nie jest tego świadoma, przeciwnie - uwierzyła, że jest samograjem. 
Szkoda.