wtorek, 13 stycznia 2015

Kawiarnia Konfitura, Wrzeszcz











Kawiarnia Konfitura (dawny Melanż), Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Partyzantów

Dzisiaj pierwsza Reinkarnacja.

Zaglądam do Wrzeszcza, w końcu grudnia na Partyzantów, na miejscu dawnego Melanżu objawiła się Konfitura.

O Melanżu: http://cafebrzytfa.blogspot.com/search/label/Kawiarnia%20Melan%C5%BC pisałem ponad rok temu. 

To była kawiarnia zupełnie bez ducha, z niezłym ciastkiem, ale kompletnie jałowa, bez atmosfery i pomysłu na siebie. To nie zaskoczenie, że wyzionął ducha, oddając pole innym, teoretycznie mądrzejszym, bo przecież bogatszym o doświadczenie nieudanego poprzednika. Sęk w tym, że nowi właściciele okazali się kompletnie nieprzygotowani do lekcji.

Konfitura ma ładną nazwę. Taką, która budzi nadzieję: na przytulność, ciepło, swojskość, no i że będzie smacznie, tak po domowemu czy babcinemu. Najprawdopodobniej to niedaleka i popularna Marmolada (Marmolada, Chleb i Kawa) posłużyła jako inspiracja dla semiotycznych poszukiwań nowego imienia. I niestety to tyle, jeśli chodzi o nawiązania do Marmolady.

Jeszcze gorzej, że to także koniec jakichkolwiek skojarzeń z konfiturą.

Bo Konfitura zupełnie konfiturowa nie jest. A przecież oczywistym (i słusznym) wydawałoby się osnucie całej tożsamości nowego miejsca wokół konfitur właśnie. W Konfiturze powinny lać się hektolitry dżemów, powideł i marmolad. Powinny być wszechobecne: w słoikach i na półkach, w herbatach i kawach (tak!), podawane do ciast i deserów, do częstowania i sprzedawania. To takie oczywiste logiczne następstwo między nazwą i jej desygnatem. Knajpa z konfiturą w szyldzie powinna nią dosłownie ociekać.
Tymczasem w karcie nie znajduję praktycznie żadnej poważnej konfiturowej pozycji. Gdzieś w głębi pojawia się herbata z miodem i konfiturami, ale tak skrzętnie ukryta, żeby tylko przypadkiem nikt nie znalazł.

Konfitura to jednak nie tylko słodkie powidła w słoiku. To też obligacja do pewnej specyficznej stylizacji wnętrza i odpowiedniej atmosfery, tak aby było swojsko, domowo, ciepło i serdecznie. I kolejna dwója, bo wystrój Konfitury zmienił się nieznacznie, właściwie to taki Melanż po lekkim lifcie, niby dodano trochę elementów dekoracyjnych, ale wszystko w asekurancki i nieprzemyślany sposób. Owszem, zauważam próby dobudowania jakiejś historii do postmelanżowej nudy: powtarzający się motyw brzozy (fototapeta, gałęzie w szkalnych dzbanach, ciekawe, że akurat leci Bjork), motywy ptasie (jakieś niezrozumiałe kuliste nibyklatki zwisające z sufitu), ale to wszystko nie przekonuje. No bo jaki jest związek konfitur z brzozami albo ptakami? Oprócz tego, że można dżemik posłodzić ksylitolem czyli cukrem z brzozy?

fot. Cafe Brzytfa
Nie udała się ta metamorfoza. Nadal jest biurowo i ascetycznie, kanciaście i nieprzytulnie. Ale nie jest to żaden nowoczesny minimal, po prostu estetyka hotelowej stołówki. Jest przeraźliwie pusto. I nie chodzi tylko o słabiutką frekwencję, ale o dotkliwy brak przedmiotów, które jakoś określałyby charakter wnętrza, ogrzewały je, nawet wtedy, gdy ludzi brak. Zdaję sobie sprawę, że układ przestrzenny Konfitury nie jest najbardziej fortunny, bo to jedna duża kwadratowa sala, dlatego fundamentalnym zabiegiem byłoby dekoracyjne przekształcenie nieprzytulnej stołówki w ciepłą, energetyczną i intymną przestrzeń kawiarnianą. To się nie zdarzyło.
fot. Cafe Brzytfa
Porażający jest właściwie zupełny brak dekoracji świątecznej. Jest tylko sznurek trupich ledowych światełek na jednej brzozie i kilka superascetycznych wieńców, o zdolności zdobniczej bliskiej zeru. A przecież tyle miejsca do wykorzystania!

I ukoronowanie tej całej wnętrzarskiej tandety: kominek, który chciałby być kominkiem, choć nigdy nie będzie. Jest tylko lampką z wnętrznościami przypominającymi brzuch podirytowanego Smauga. Oczywiście wyposażony został w cały zestaw szczap drewna, w każdej chwili można dołożyć do ognia. I rozłożyć się na poduszkach, bo to przecież takie uroczo kominkowe.

fot. Cafe Brzytfa

fot. Cafe Brzytfa
W Konfiturze cały front jest przeszklony. Duże okna, przez które widać przechodzących ludzi. Nikt nie wchodzi, nikt nawet nie zagląda przez szybę. Bo nie ma na co i po co. Bo Konfitura jest zupełnie niekonfiturowa. I nawet jeśli na zewnątrz zimno, to w środku też chłodno. Może jeszcze chłodniej.

fot. Cafe Brzytfa
Coś też zjadłem i wypiłem. I tutaj poważny regres. W Melanżu przynajmniej ciastko było sensowne. Konfitura okazuje się mało jadalna. W witrynce nie ma wielkiego wyboru, zauważam paschę z oliwskiej Fedory, mało to oryginalne. I szarlotka, choć to słowo mocno na wyrost wobec cukierniczego dziwadła, podobno z jakiejś małej sopockiej cukierni. To był jeden z najgorszych jabłeczników, jakie kiedykolwiek jadłem (bardziej podły był tylko ten z Małej Czarnej, paraliżował wizualnie). Klocowaty, mdły, złożony z ultra cienkich warstewek jabłecznego musu zabitego różano-truskawkową perfumą, utopionych w szklistym margarynowym cieście. Produkt naganny, umiarkowanej zjadliwości przydaje mu wsadzenie do mikrofali, to taki – modne słowo- tłist, aby gorącym znieczulić podniebienie, ogłupić je i sprawić, że przełknie prawie cokolwiek. Ciastko jest tylko słodkie, przesłodkie, wyróżnia je apteczna chemiczna nuta i nic więcej. No, ale na kwadratowym talerzyku, wiadomo.
To autentycznie bezsensowne kalorie. Zero przyjemności, maksimum kalorii. Wzorzec z Sevres kawiarnianej beznadziei.

fot. Cafe Brzytfa
Pytam o kawę. Niespodzianka, miły pan pokazuje opakowanie po kawie Starogdańskiej z Palarni Flemming z Oliwy. Szkoda, że nigdzie nie widać śladu współpracy z Flemmingiem, a to przecież dobre ziarno i prawie po sąsiedzku wypalane. Byłoby się czym pochwalić.
W filiżance niestety nie smakuje już tak dobrze, ba, powiedziałbym nawet, że zaskakująco wyrazisty okazuje się komponent robuściany. Pijałem Starogdańską wielokrotnie i kojarzę ją z fajnych przydymionych nut cynamonowych. Tutaj zdecydowanie przeważa mniej szlachetna ziemista karmelowość, zupełnie jakby do firmowego worka dosypano Czibo Femili.
W karcie znajduję wzmiankę o pochodzeniu ziarna („100 % Arabica z lokalnej palarni”), ale nie wiadomo, o jaką konkretnie palarnię chodzi, a poza tym mieszanka Starogdańska wcale nie jest czysto arabiczna. Są zatem nieścisłości. Są i poważne niekonsekwencje, które rzucają cień na sens i autentyczność przemiany Melanżu w Konfiturę: „kawy Melanż”. Zupełne niepotrzebne jest pozostawienie pozycji kojarzących się z poprzednim, nieudanym przecież wcieleniem kawiarni. Od takich historii należy się stanowczo odcinać, a nie bezmyślnie powielać.

Konfitura chce uśmiechać się promiennie i niewinnie. Ale to nieodrodna córa Melanżu, nieudana maskarada, która sugerować ma jakiś inny stan faktyczny niż ten napiętnowany tutaj już z górą rok temu. Tu nie ma żadnej rewolucji, żadnej woli zerwania z przeszłością.
To taki dywan, pospiesznie narzucony na wszystkie stare słabości i smutki, może nie będzie widać. Niestety trupiątka wciąż wyłażą z szafy.

A zakończę paradoksalnie, tzn. całkiem optymistycznym akcentem.

Konfitura, jeszcze na dobre nie ukazała się w całej krasie, a już notuje na swym koncie listę pełną grzechów i zaniechań. Nowej tożsamości nie zbudują pozorowane zmiany i ustawiane zdjęcia na Fejsie, które mają pokazać, jakim to ładnym i romantycznym lokalikiem stała się ta Konfitura.
Ale zawsze jest i nadzieja: można i wypada się zrestartować. To dopiero początek, można uznać, że właściwa zmiana jeszcze się nie dokonała. I doprowadzić do bardziej radykalnej przebudowy. W tej części Wrzeszcza kawiarnia poprowadzona z wizją, pomysłem, na przekór estetycznym standardom sieciówek miałaby dużą szansę powodzenia.



czwartek, 8 stycznia 2015

Brzytfa 2015










Brzytfa 2015


Jako że Noworocznie, to zafundujemy sobie małą wiwisekcję, z której wykluje się kilka pomysłów na przyszłość.

Brzytfa goli już od roku z górą. Przewinęło się tutaj kilka kawodajni, które oberwały szczególnie, czasem aż żal, ale takie życie. Oczywiście nie bez powodu, bo tym, czego Brzytfa szczególnie nie znosi i co bezwzględnie wytyka, to brak pomysłu, karygodny brak wyobraźni i koncepcji, taka głupia bezmyślność, że jakoś będzie. Brzytfa to nie lizusowskie Namonciaku.pl, ale surowy krytyk, który gani. I gani. Sprawiedliwie odnotujmy, że potrafi też pochwalić i widać to było w recenzjach minionego roku.

Ale Brzytfa ma być też refleksyjna. To znaczy, że jej powinnością będzie krytyczne spoglądanie na własne – już wygłoszone i opublikowane – opinie i konfrontowanie ich ze stanem rzeczywistym. A dostrzegamy, że Brzytfa, choć niszowa, to wzbudza coraz większe branżowe zainteresowanie, a krytyczne uwagi stają się początkiem dobrych zmian w ogolonych lokalach. Zapowiadamy zatem nową kategorię recenzji, która opatrzona zostanie tytułem „Korekty” i odnosić się będzie do już zrecenzowanych miejsc, w których zadziało się cokolwiek nowego, pozytywnego i godnego uwagi, co wołałoby o złagodzenie wcześniejszej surowej noty. Oczywiście to może działać w drugą stronę: wpadki tym ocenionym wysoko też mogą się zdarzyć. Uprzejmie nie omieszkamy o tym powiadomić.

Tym samym uruchamiamy system sprawdzający status analizowanej rzeczywistości i słuszność swoich sądów. Nawet jeśli brzmi to cośkolwiek schizofrenicznie czy anankastycznie.

Bo Brzytfa to nie hejt, ale najczystsza kawiarniana krytyka. Samoświadoma i dopuszczająca możliwość zmiany zdania.

Z satysfakcją powołujemy do życia także niezmiernie interesujący cykl „Reinkarnacje”. Kilka z tych mocno ogolonych kawiarni zdążyło już wyzionąć ducha (Galeria, Melanż). Jesteśmy przekonani, że kilka następnych stoi już w kolejce do zejścia. I powiemy brutalnie: po nich nie zapłaczemy. Nie będziemy też triumfować, że przecież mówiliśmy, pisaliśmy, wytykaliśmy. Zamierzamy natomiast szczególnie bacznie przyjrzeć się następcom nieudanych gastrobiznesów, bo skoro natura próżni nie lubi, a w narodzie ogromny zapał do kucharzenia, to w miejsce przegranych pojawiają się nowe, niby niewinne i nieskażone grzechem przodków gastrowcielenia. Przypatrzymy się tym niewiniątkom szczególnie chętnie, bo nowi właściciele mają do odrobienia absolutnie fundamentalne zadanie wstępne: wyciągnąć wnioski z poprzednika, dlaczego nie wyszło, co było nie tak, rozważyć dylemat: rewolucja ili reformy, odciąć się czy bezmyślnie ciągnąć dalej. Nie wyobrażamy sobie, żeby bez tego elementarza lokal miałby jakąkolwiek szansę na drugie życie.

Niby oczywiste, ale wcale nie dla wszystkich.

A najlepiej Brzytfę ostrzy bezmyślność.


Dobrego Roku! Aby wyobraźnia Was nie opuszczała!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kafe Delfin, Gdańsk-Oliwa




Kafe Delfin, Gdańsk-Oliwa

Mam z Delfinem kłopot. Nie wiem, czy oceniać go w kontekście innych oliwskich kawiarni, czy zastosować twarde dotychczasowe kryteria, bez względu na żadne okoliczności łagodzące? Ostatecznie, wygrywa opcja druga, bo przecież nie ma na Brzytfie miejsca na naginanie standardów tylko dlatego, że w okolicy mizeria.

Słaba oliwska konkurencja, struchlała liczebnie i moralnie, nie jest w stanie poważnie zagrozić Delfinowi. Kawiarnio-piekarnia Stary Rynek, niby młodziutka i zapatrzona w nowoczesność, w istocie w swej formule, ofercie i standardach obsługi mocno (nieintencjonalnie) zapóźniona, przewinięta do tyłu o jakieś 20 lat. Tak powabna jak wypieki cukierni Czernis, słodki wabik tego miejsca, doskonale wpisujący się w jego nieco postpeerelowską konwencję.
Z kolei palarnia kawy Cafe Flemming, choć kawę ma dobrą, sama w sobie nie jesteś miejscem do posiedzenia, raczej sklepem, w którym kilka stolików daje możliwość jakiejś szybkiej degustacji, zwykle jednak mocno ograniczonej, bo gatunek kawy w młynku zmieniany jest rzadko - ja zwykle trafiałem na Salwador i zrobiło się nudno. Problem Flemminga leży zresztą nie tyle w ich szczupłych możliwościach lokalowych, ile w właścicielskich głowach, mocno podejrzliwych wobec współczesnych sposobów komunikacji z publicznością, a zarazem w coraz większym stopniu wypełniających się frustracją. Flemming zatem, mocą własnego wyroku, skazany został na żywot lokalu co najwyżej potencjalnego, hermetycznego i skrzętnie ukrywającego przed ciekawością fejsbukowych kawoamatorów. O Caffe Kardamon nie wypowiem się, bo to kawiarniane nieporozumienie. 
I tyle konkurencji.

Kafe Delfin to dziwne miejsce. Przykro powiedzieć, ale taki trochę ubogi krewny kawiarni. Nie skusił mnie. Ani nastrojem ani smakiem.

W trakcie każdej z wizyt witała mnie cisza, tzn. brak jakiejkolwiek muzyki. Takie przedłużające się bezmuzyczne momenty, tak jakby wpadali w jakiś „dziesiąty stopień zasilania” albo mieli dziwną umowę z Zaiksem: czasem z muzyką, czasem na głucho, za to rabat w abonamencie. To strasznie dziwne uczucie, gdy w kawiarni panuje cisza. Owszem, słychać pogawędki przy stolikach, ale brak zwornika stapiającego wszystkie poszczególne hałasy w swojski kawiarniany harmider nie tylko odbiera poczucie przytulności, ile wprowadza silny niepokój. Jakieś apokaliptyczne wrażenie poczekalni, może schronu. Krata w oknie. Czy zostałem ewakuowany? I kiedy wreszcie skończą się te bombardowania?

Niestety nie odbieram Delfina jako przytulnego. Jest suchy i kostyczny. Wnętrze szorstkie. Wysłużone najprostsze krzesła, gołe i niegościnne. Rzędy krzesełek kinowych pod ścianą, właściwie jedyny dekoracyjny meblarski akcent wnętrza, niewygodne, ciasne, opadają z głośnym hukiem. Bezkompromisowo obnażone okno dokonuje negliżu, ale to obietnica bez pokrycia: na zewnątrz smętne podwórko, ani ładne, ani ponętne. Za to wraz ze zbliżającym się wieczorem, robi się coraz bardziej ciemno i nie jest to ciepły pluszowy półmrok, który sprzyjałby rozmowom, raczej taka alienująca ciemność, która fortunnie i wspaniałomyślnie ostrzega: nadchodzę, proszę myśleć o odwrocie w bardziej przyjazne miejsce.

fot. Cafe Brzytfa
Na parapecie bezwstydnego okna próba jakiejś zdobniczej dekoracji – stare elementy kinowe, ale wcale nie budują klimatu kina, to jakby zrobić ekspozycję ze starych sokowirówek. W ogóle te wszystkie okołokinowe eksponaty, razem z pudełkami po kliszach Orwo, wydają się przypadkowe, rzucone ot tak sobie, bezmyślnie, bo przecież coś tu musi być, a innego pomysłu nie było. Nie dekorują, po prostu głucho leżą, bo im kazano. Głupio patrzą, bardziej zagracają i zbierają kurz niż współpracują w przekształcaniu przestrzeni. I zapewne wbrew intencjom właścicieli wcale nie próbują ożywiać wspomnienia o dawnym kinie Delfin. Ten mit to bardziej myślenie życzeniowe, pielęgnowane w nazwie i recenzjach internautów. Bo w Delfinie kina niewiele, poza usilnymi wtrętami, natomiast dużo Peerelu, ale to zapewne wyszło niechcący.

fot. Cafe Brzytfa
Kulinarnie jest równie sucho i szorstko. Karta jest mikroskopijna, ale tego się nie czepiam, bo i zaplecze kuchenne malutkie. Delfin nie jest agendą kultury kawowej, w sensie kawowym wciąż tkwi w swoich początkach, tyle że oczekiwania dziś znacznie bardziej wyrafinowane niż osiem lat temu. Barbarzyńskie ziarno, ultrarobuściane MK espresso, serwowane w całym pakiecie firmowym, tak aby nikt nie miał wątpliwości, że podano mu „wybór baristów”. To fatalny ruch, nie tylko ze względów jakościowych, ile wizerunkowych. Nie cierpię, gdy kawiarnie robią reklamę dostawcom kawy. Wiem, że to forma spłaty haraczu za ziarno, często także za ekspres, ale nie współczuję, bo każdy płaci rachunki podług własnych decyzji. A filiżanki czy cukry z obcymi logotypami to ostrzał własnego kolana.

fot. Cafe Brzytfa
W Delfinie jest kilka ciast, zwykle dwa do wyboru. Szarlotka to duma tego miejsca: „robimy ją na miejscu”. Można warunkowo udzielić jej promocji do następnej klasy, uznając za zjadliwą, ale nic więcej. Jest niziutka i malutka, ale skarlała już wcześniej zanim jeszcze została w ultraekonomiczny sposób pocięta na porcyjki: mdłe skrobiowo-słoiczkowe jabłuszka w duecie z posłodzoną margaryną odebrały jej jakąkolwiek energię życiową. Nie odmawiam jej starań, widzę, że chciałaby. Ale nie może. Takie ciasteczko można zjeść na imieninach u cioci Tereni, ale w kawiarni, za pieniądze, to już zupełnie niekoniecznie. I leżą sobie takie smętne mikroszarlotki, kiepskie i wybiedzone ambasadorki niepewnego miejsca, ale to się przynajmniej zgadza i plus za zdrowy rozsądek, bo mądrzy posłańcy nie obiecują więcej niż dać mogą. Paradoksalnie, słyszę westchnienia zachwytu nad tym ciastkiem, nie dowierzam, ale uspokaja mnie myśl, że to przecież pedantycznie poukładane kostki Palmy w polskich lodówkach oznaczają stan najwyższej gotowości do sezonu domowych wypieków. Polacy nie gęsi, też swój tłuszcz mają. Dobrze utwardzony.

Zamawiam jeszcze niejaką Marlenkę, podobno tutaj lubianą, ale pochodzenia zewnętrznego, z jakiejś cukierni. Znam to ciastko ze Starego Kadru, jest poprawne. To taki przekładaniec toffiowo-miodowy, z lekką nutą orzechów włoskich, luźna wariacja na temat pszczółkopodobnych wypieków, w których jednak orzech smakuje mocniej, a miód w donioślejszy sposób określa strukturę ciasta. Jest słodko, i tyle. Takie sobie Kinderpingłi.

W kącie rozsypuje się kosz z zabawkami. I ponura plama okna z kłującymi kratami i ogólny nieład w połączeniu z wszechobecnym czerwonym wzmagają wrażenie poczekalni, trochę klaustrofobicznej duszności. Wyraźnie czuję, że powinienem się podnieść i wydostać.

Wstaję, wychodzę. Oddycham.

fot. Cafe Brzytfa

Delfin należy do podgatunku kawiarni, których stan zdiagnozowałbym jako okołobeznadziejny. Bo nic im już nie pomoże. I to przede wszystkim dlatego, że sam nie odczuwa potrzeby jakiejkolwiek przemiany. Jest dobrze jak jest: przecież ludzie przychodzą, kręci się, a lepsze wrogiem dobrego.

Wrócę do punktu wyjścia: Delfin ma sporo szczęścia, bo póki co nie wyrosła mu żadna poważna konkurencja. Właściwie jedynie Piekarnia/Cafe Stary Rynek, nieco bardziej z boku, mogłaby odebrać trochę klienteli, ale ciastka od Czernisa polegną nawet w starciu ze skarlałą delfinowską szarlotką. Bezkształtna konkurencja podreptuje zatem na swoich nibynóżkach i póki co utrzymuje Delfin we względnym poczuciu bezpieczeństwa. Nikt nie naciska, nikt nie pogania, więc kinowe krzesła mogą dalej odciskać czerwone pieczątki na gościnych półdupkach, a emkaespresso robić za kawę.

Delfin może czuć się prawie jak ryba w wodzie.

Bo na bezrybiu i Delfin ryba. 


wtorek, 2 grudnia 2014

Cafe Factotum, Gdańsk










Cafe Factotum, Gdańsk, ul. Św.Ducha

To z pewnością jedna z najmocniejszych pozycji na rynku.

I wcale nie przesadzam. Bo Factotum jest intensywne i niszowe, przy tym małe i kameralne. Jak tutejsza kawa, nieowocowa i niekwaśna, mało arabiczna, za to mocą uboższej siostry przydymiona i kadzidlana, podpowiadająca stare drewno, choć dookoła stal i kafle.

Kiedyś był tam fascynujący salonik z płytami Vivart, alternatywny i niedzisiejszy, chyba długo konał. Taka wspólnota przestrzeni zobowiązuje i Factotum godnie zasiedliło szlachetnie naznaczony plac. Szczęście, że nie wykluły się tam żadne nieświeże jaja jak choćby lumpeksy czy jakieś kawiarniane matołki, np. Duża Biała (ot taki Antoni M), wszak bliziutko.

Factotum leży na uboczu. Trudno nie odnieść wrażenia, że to ubocze jest trochę wyborem świadomym. I pięknie, że tak jest, bo położenie np. przy autostradzie Długiej szybko zmieniłoby dobrze zapowiadającego się młokosa w zepsutego i spuchniętego żula w rodzaju Cafe Ferber, takiego, co to niespecjalnie straszy, ale też i zupełnie nie kusi. Choć przyznam, fajnie byłoby zobaczyć wystukujące nagłą zawrotkę białe kozaczki czy truchlejące solarne lica, bo przecież „tu jest tak ciemno”. I w ogóle „jakoś dziwnie”. „A ja bym chciała do Sztarbaksa”. Ona czy jej ajfon?

A Factotum subtelnie wypina metalowy tyłek na gawiedź. Wcale nie zaprasza niechcianych, zaimprowizowana tuż za drzwiami malutka klatka wejściowa działa jak filtr, system odsiewu: my jesteśmy estetycznie twardzi i samoświadomi. Zmykajcie do Kosty.

I to jest wielki plus. F. już na starcie robi kamingałt, odsłania się i zupełnie rezygnuje z służalczego podlizywania się nieprzekonanym. Trudno o bardziej solidnie zarysowaną tożsamość. Brzytfa lubi miejsca samoświadome, tym bardziej, że F. ma mocne papiery nawet na buńczuczne manifesty.
Ale też taka bezkompromisowa autodeklaracja rozbudza nadzieję na więcej. Factotum zawiesza sobie poprzeczkę bardzo wysoko i, co najważniejsze, trzyma się tej wysokości.

Factotum to wnętrze. Rozmach, wykonanie, spójność. Wnętrze oszałamia, bo jest inne, zaprojektowane z wizją, do bólu konsekwentne, z dobrych materiałów. Zero prowizorek. Są lokale, gdzie szaleć mógł Prowi_Zorro i wycinać swoje głupkowate Zetki czy Eski, ale są też inne, dumne i nieprzypadkowe, nawet jeśli skażone upływem czasu, to wciąż spójne i estetycznie powabne. Dobrze nakręcone mechanizmy. Przychodzę do F. od początku i nie zauważam specjalnych śladów zużycia przedmiotów, owszem, bateria w łazience może się trochę ruszać, fotelikom przecierają się czarne bejcowanki, ale to drobne szczegóły, raczej dowody na szlachetne trwanie, a przy tym zdroworozsądkowy głos na rzecz słusznej tezy, że na jakości oszczędzać nie wypada.

Jakość wykonania to jedno. Drugie natomiast to wizja, z jaką szarpie się Factotum. Jest specyficznie, dziwacznie czasem. Warto zaglądać do F. w różnych porach i sezonach, mało jest miejsc tak zmiennych w zależności od pory roku czy dnia. Factotum istnieje na różnych poziomach, wyliczę kilka określeń, ślad każdego uda się zidentyfikować bez większego problemu: literacko, artystowsko, gotycko, romantycznie, zmysłowo, dekadencko, klaustrofobicznie, toksycznie, seksualnie (nawet z nutą sadomaso).


W swoim najczystszym sensie, jestem przekonany, Factotum jest kawiarnią literacką. Bynajmniej nie mam na myśli lokali, w których bejowaci literaci onanizują się słownie na napalone kuracjuszki. Factotum dotyka literatury w ogólniejszym i bardziej nobliwym sensie, to miejsce samo w sobie nasycone jest semiotycznie. Ono nieustannie kręci się wokół znaków, właściwie zostało osnute wokół zabawy symbolami i konwencjami, do tego stopnia, że nie ma w okolicy drugiej tak symbolicznie intensywnej kawodajni. Józef K., osławiona klubokawiarnia z Piwnej, przy spójnej, a przy tym wieloznacznej zawartości Factotum, opuszcza bezradnie ręce i oddala się do swojej dziecinnej rupieciarni.

Moc Factotum to rezultat celowego zabiegu projektantów wnętrza, którzy przetworzyli klasyczne motywy w swój własny kod estetyczny, w którym dużo modernizmu, ale i gotyku, Holendrów (chćby Halsa czy Rembrandta), Velazqueza, a nawet i Bacona. Jaskrawo widać to w toalecie, którą uważam za zwieńczenie zastosowanej konwencji estetycznej: postery popularnych amerykańskich filmów zostały przetłumaczone na język klasycznego malarstwa, daje to efekt piorunujący i stanowi niezwykłe zwycięstwo specyficznego i niepokojącego stylu nad całkiem przecież trywialną treścią.


W Factotum można czytać, jak najbardziej. Ale przede wszystkim to Factotum się czyta. I to jest chyba, powiedziałbym, najbardziej fundamentalne nawiązanie do Charlesa Bukowskiego, dwudziestowiecznego amerykańskiego pisarza, który – właścicielską wolą – obwołany został patronem kawiarni. Bukowski, choć oryginalnie Niemiec, pozostał wierny realiom amerykańskim, z Los Angeles na czele. Nie zauważam jakichś specjalnych wtrętów z tradycji amerykańskiej (oprócz luźnych cytatów z holiłódzkich produkcji). Factotum-kawiarnia wydaje się przecież do bólu europejska, modernistyczna, berlińska, może Kafkowska, może Baudelaireowska. Samo „factotum” odwołujące się w swoim językowym znaczeniu do obrotnego, wszechstronnego sługi/służącego również nie wydaje się dobrze skrojonym konceptem jak na charakter projektu z ul. św. Ducha. Być może bardziej pasowałby tu „flaneur” (spacerowicz), całkiem udanie chwytający wieloznaczność tego miejsca, bo wizyta w F. to taki spacerek: po różnych wątkach i historiach.
Nazwę „factotum” skłonny jestem uzasadnić jedynie jako próbę wykorzystania samego słowa-dźwięku, ezoterycznego znaku, ale bez przypisywania mu żadnego konkretnego desygnatu. Co prawda po jego rozszyfrowaniu trochę magii ulatuje, ale to drugorzędny zarzut.

Przyznam, że nie do końca rozumiem dosyć pokrętny i usilny projekt nadania Factotum cech kawiarni filmowej. Kompletnym nieporozumieniem estetycznym wydaje się karta menu, o zgnuśniałej stylistyce nijak powiązanej z otoczeniem, z namolnie wtłaczanymi figuracjami z filmów, zdjęciami i nazwami rodem z mentalnie prowincjonalnych multipleksowych gastrobiznesów. Wnętrze Factotum zobowiązuje i powinno obligować decydentów do bardziej kreatywnej karty, zarówno pod względem estetycznym, jak i merytorycznym. No i z wyraźnym skrętem literacko-dekadenckim, dotrzymującym kroku choćby podsufitowej wyklejance z autorem Alicji w Łonderlandzie.


Ciasta w F. zasługują na uwagę. Nie ma ich wiele, raptem kilka, ale nie chodzą na skróty, z dobrych składników, na pewno windują F. do gdańskiej kawiarnianej elity. Nie ma w Gdańsku lepszego ciasta czekoladowego, to w F. jest puszyste i lekko wytrawne, niemalże o konsystencji musu. Okraszone domowym sorbetem z czarnej porzeczki (trochę przesłodzonym), ale szczęśliwie niezepsute żadnym cieczkopodobnym wytryskiem.
Sernik waniliowy, delikatny i maślany, w porównaniu z tym z mocno rozgadanej konkurencji (Retro) zupełnie onieśmielony i milczący, za to w boju sprawdza się lepiej. Ceny ciast zbliżone do tych z Retro, ale kawałki większe. 
Kawowe ziarno to włoski Bistrot, niezbyt popularny, ale uznany producent. Mieszanka ma znaczny (30%) robuściany udział, ale nie zamierzam narzekać. Przyzwyczaiłem się, że kawa w F. ma swój specyficzny wyraz i nigdy nie miałem powodu do choćby najmniejszej pretensji. Jest niezmienna, zawsze identyczna w mocy i temperaturze. Jeśli tylko zamarzyłyby mi się jakieś bardziej nobliwe arabiczne harce, to niedaleko Palarnia Kawy z najlepszym ziarnem. Nie znajdę w F. żadnych hipsterskich zaparzajek, ale wcale mi nietęskno.

Jest coś co mnie trochę uwiera. Przychodzę często, ale nigdy nie natknąłem się na właściciela, nigdy nie zauważyłem jakiejś gospodarskiej krzątaniny, takiej zwykłej troski o miejsce, o gości, o swój produkt. Nie czepiam się obsługi, bo jest miło i bezproblemowo, ale obecność, choćby epizodyczna, Pana Landlorda udziela uspakajającej odpowiedzi na cośkolwiek dręczące fundamentalne pytanie: czy leci z nami pilot? Mam zatem w F. dość częste wrażenie, że to miejsce, choć piękne i bogate, zostało osierocone, pozostawione samo sobie wśród zawistnych drapieżców. Z rozmysłem poczęte, starannie odchowane, odebrało nauki w najlepszych szkołach, a potem tak po prostu porzucone.

Factotum ma znaczny potencjał i jak zwykle przy takiej diagnozie może pojawić się pytanie, czy wykorzystuje swoje możliwości do działalności okołokawiarnianej, np. czy zdarzają się jakieś tematyczne spotkania, jakieś posiedzenia dyskutantów, jakieś desperackie próby zwrócenia uwagi świata na czyjeś stwory czy wytwory. Nie, Factotum nie udziela się pozakawiarnianie. Trwa, robi kawę, podaje ciasta i oddaje się gościom do dyspozycji. W ogóle społeczna działalność kawiarni to temat na odrębną opowieść, niestety czasami służy jako kryterium w ocenach znaczenia czy przydatności (?) kawiarni, zupełnie jakby organizowanie posiadówki dla nieletniego poeciny i jego rodziny pod chwalebnymi auspicjami wieczoru poetyckiego (a nawet patronatem lokalnego politłuka) było przyczynkiem do aureoli. Fakt, że F. nie organizuje żadnych (nie)kulturalnych wyszynków jest tylko dowodem na to, że podjęło świadomą decyzję, żeby trwać i walczyć jedynie w oparciu o własne niezmienne atuty: wnętrze, wieloznaczną aurę, dobrą kawę czy znakomite ciastka. Beż żadnych przeszkadzajek. Taki ruch zasługuje na szacunek.

Factotum jest (po)nowoczesny i intelektualny. Rzadko zdarzają się miejsca o tak znacznej koncentracji nawiązań i symboli. Ich semiotyczna siła zwykle wynika z nagromadzenia przedmiotów, które same w sobie stają się nośnikami tożsamości kawiarni. Efekt Factotum to jednak rezultat śmiałej wizji, która połączyła obrazy i zróżnicowane materiały w dobre wieloznaczne wnętrze. W Factotum sprzętów niewiele, te nieliczne, które jednak znalazły zatrudnienie (maszyny do pisania sprowadzone do roli świeczników), są jak tłuste rodzynki, podkreślające styl miejsca: tutaj rządzi idea i pomysł, a materia przygląda się i służy.

Pan Eco z pewnością polubiłby Factotum, bo to właściwe miejsce, żeby pomyśleć o semiologii życia kawiarnianego.

środa, 19 listopada 2014

Fusy i Miętusy, Gdańsk











Fusy i Miętusy, Gdańsk, ul. Grobla/Pachołów

Dzisiaj miejsce szczególne. Nowiutkie. Najświeższe. I najgorsze z wszystkich, jakie do tej pory odwiedziła Brzytfa. Po Małej Czarnej czy Caffe Galerii (już pogrzebanej) trudno było wyobrazić sobie mniej udane miejsca w samym centrum znaczącego miasta. I wcale nie jest to dla Brzytfy powód do radości. Tutaj zwyczajnie opadają ręce. Bo Fusy i Miętusy to same minusy.

Zupełna świeżynka, miejsce otwarte zaledwie tydzień temu. Lokalizacja nieoczywista, u zbiegu Grobli z Pachołów, niby centrum starego Gdańska, ale na uboczu głównych kawiarnianych szlaków. Uboczność to kwestia mocno relatywna, czyż nie wydawało się kiedyś, że Stary Kadr rozlokował się właśnie poza najściślejszym centrum? Zatem na wejściu plusik za myślenie perspektywiczne i zamysł rozszerzania przestrzeni kawiarnianych. Przyznam jeszcze jedną pochwałę za fantastyczną starą ramę okienną (wisi na ścianie), która jednak nijak nie pasje do całego kontekstu. I tyle, rubryka dodatnia raptownie się kończy.


fot. Cafe Brzytfa
Lokal jest nieładny, to kiszkowata wydłużona struktura przypominająca przedpokój, wypełniona fotelikami z brązowego skaju i okrągłymi stolikami. Siedzonka wyglądają jak poodbijane na ksero, jest ich pełno, niewygodne, klocowate i pierdzą przy siadaniu.
Warstwa dekoracyjna w Fusach właściwie nie istnieje, za ozdoby, oprócz wywołanej już do tablicy ramy okiennej, robi bar (z niezrozumiałych estetycznie względów obity płytą wiórową) i stara lodówka spod korpoznaku Pepsi. Gołe ściany i wrażenie przedłużającego się remontu, który nigdy się nie skończy. W sensie ludzkim jest pusto i trupio. Przy stoliku mrukliwy właściciel (?) z laptopem obmyśla plan zawojowania świata.

Mam kilka skojarzeń. Po pierwsze widzę poczekalnię w prowincjonalnym hotelu, np. w Horyńcu i ten sam rodzaj nerwowego napięcia: może wreszcie ktoś przyjdzie? Glamur ze skaju i emdeefu, brakuje tylko olejnych płócien sławiących wdzięki lokalnej zwierzyny łownej. Drugi obrazek to pokłosie telewizyjnych gastrorewolucji z panią Magdą w tle. Oto zapomniana knajpa, pusta i głucha, ale z dzielnym menedżerem, który wciąż nie traci wiary: stuka w klawiaturę, buduje mądre tabelki i dziwi się światu: kak eta, kak eta?
No niciewo, odpowiadam i ruszam dalej pogrzebać w Fusach.

Jest to niezrozumiałe miejsce. Estetycznie wątpliwe, zaaranżowane kompletnie bez pomysłu. Nieprzytulne i niesmaczne. Nie warto rozwodzić się nad kawą (wątpliwe Vergnano). bezpłciowy wypiek z BioPiekarni Ziarno z Wrzeszcza, chyba wegańska szarotka, też nie zasługuje na obszerniejszą wzmiankę. Zadumam się jedynie nad paskudnym czekopodobnym smarkiem, w którym ciasto zostało utytłane. Nazywa się to „sosem czekoladowym” i pochodzi z białych plastikowych butli, pełno ich w Selgrosie. Specjalnie dla gastronomii, no bo to przecież szczególnie kawiarnicy powinni strzykać na swoje produkty mdłą i słodką czekosraczkę, wtedy tak światowo, z błyskiem i sznytem. Żeby gówno glanc miało, powiedziałby kapral Kania Kaniowski.

fot. Cafe Brzytfa

I ostatnia uwaga, bo więcej nie warto. Fusy i Miętusy - zaskakująca i obiecująca nazwa. Spodziewałem się jakiejś gry, zabawy z gościem, przymrużenia oka w wystroju czy ofercie. Tymczasem nawet kawy z fusami brak. Miętusy istnieją tylko teoretycznie, choć jakiś słoik prężył się na barze. Ale nikt nimi nie częstował.  Bo w Fusach nie dość, że nieładnie, to jeszcze śmiertelnie poważnie. Nie trzeba umieć wróżyć z fusów, by zobaczyć, że te Fusy długo nie pociągną. Swoja drogą to całkiem ciekawy przypadek: agonia tuż po przyjściu na świat.

Wizyta w Fusach i Miętusach uświadamia elementarną niemoc: czegokolwiek nie napiszemy, marne pomysły będą nadal materializować się w postaci nieudanych i fatalnych kawiarń czy pabów, takich bytów epizodycznych, którym właściwie nie warto zaprzątać sobie głowy, bo wkrótce na ich miejscu wyklują się kolejne, pewnie równie nieudane, rezultaty żarliwie powtarzanej mantry: „zawsze chciałam/chciałem mieć kawiarnię”. Takie wielkie marzenie: mieć kawodajnię albo chociaż jakieś malutkie bistrojadło. A wszystko podszyte przerośniętą i głupią nadzieją, że musi się udać, bo przecież „ty tak świetnie pieczesz”, a w ogóle „to nie ma w tym mieście gdzie pójść”. Pół biedy, jeśli te wszystkie niewypały dziurawią jedynie kieszenie pomysłodawców, niestety obawiam się, że bywają zasilane z podatniczej krwawicy, bo: programy, dotacje, aktywizacje, itp. 

I śmieszno, i straszno.



wtorek, 11 listopada 2014

Dialektyka Rogala Świętomarcińskiego











Dialektyka Rogala Świętomarcińskiego

Dzisiaj wpis tyle zabawowy, ile okolicznościowy. Dwie wyrywkowo uchwycone postaci Rogalika Świętomarcińskiego. Jasna i ciemna. Jeden nafutrowany certyfikatami i świadectwem słusznego pochodzenia rasowego. Drugi, odszczepieniec i nieśmiałek. Teza i antyteza.

Rogale Świętomarcińskie z Lidla (to te z ważnymi papierami i jeszcze ważniejszymi pieczątkami). Podobno jadalne, niektórzy twierdzą, że nawet smaczne. Spróbowałem. Tekturowe ciasto, które nawet nie udaje, że tworzy jakiś kontekst dla nadzienia, bo wszystko przenika wszechpotężny aromat. Wielki pean na cześć fabryk i zakładów chemicznych przetwarzających i upychających aldehydy, acetony, benzoesy do maleńkich fiolek, pieszczotliwie nazywając je olejkiem migdałowym. Ten olejek to jedna z najbardziej podłych i perfidnych mistyfikacji w branży cukierniczej. Trudno wyobrazić sobie bardziej bezczelną uzurpację, niż tę, której na migdałach dokonał pan aromat: utożsamił nieoczywistą i orzechową migdałowość z jadowitą i agresywną chemią (nie)organiczną. 
Ale są też nostalgiczne pozytywy tego rogalika. Np. wyraźnie rozpoznaję nuty pasty do podłogi: wczesne lata osiemdziesiąte, wracałem ze szkoły do mocno napastowanego mieszkania, pasta w butelce, taka biała.
Albo paskudne tzw.kartofelki, z podobnego czasu, peerelowski ersatz marcepanu, mąka z cukrem i olejkiem, sympatyczne kuleczki obtaczane w kakao. Nawet w siermiężnym peerelu nie dawały się przełknąć.
Jeśli lubicie takie (nie)sentymentalne powroty i pastę do podłóg w ustach, częstujcie się.

Ale też Brzytfa sprawiedliwa i chwalić potrafi. Na antypodach stylu z dyskontu znajdują się rogale z maleńkiej starogardzkiej cukierenki AleCiacho, kiedyś stacjonarnej, dzisiaj trochę partyzanckiej, od zlecenia do zlecenia (casus gdańskiego fukafe). Nie z Wielkopolski, z Kociewia, bez certyfikatów, które nic nie znaczą, naturalnie gluteńsko i niewegańsko, za to domowo i prawdziwie. Zero olejków, smaki łagodne i naturalne. Masło, orzechy, biały mak, migdały, wszystko stopione w harmonijną całość. I dużo w tym zwykłej fajnej radości, sporo nostalgicznych przypominajek: babcine rogaliki: gdzieś dawno, gdzieś tam kiedyś, może wcale. I ten szczególny uśmiech do wewnątrz, gdy pojawia się dawne wspomnienie pączka, który kiedyś był jeszcze pączkiem. Archeologia przyjemności.

Ten rogalik da się też czytać zupełnie inaczej, także jako – nie do wiary – całkiem wielowątkowe i złożone ciastko. Bo całkiem wiele w nim i wszystko na miejscu. I nadzienie: nieoczywiste, słodkie, ale nie przesłodzone, niespecjalnie apodyktyczne, bo pozwalające ujawniać się pozostałym warstwom. Bardzo dobre ciasto, nie dało się zdominować nadzieniu, przeciwnie, utrzymuje je w ryzach, jest niesłodkie, delikatne, kontrapunktyczne i dla wypełnienia, i przede wszystkim dla lukru. Bo lukier nie jest tutaj pomadową dokładką, cukrowym opłatkiem miętowym, mechanicznie powielaną pieczątką, bo tak wypada, bo niby ładniej. Jest zwieńczeniem układanki. Przełamuje skąpą słodycz ciasta, wyostrza orzechowość nadzienia. Szkicuje ostry, ale przyjazny kontur, łapie ciastko za kark i  nie pozwala mu zdryfować w jakieś wytrawniejsze zabużańskie kanony słodyczy. Koniec końców to słodkie ciastko, tak jest i tutaj, ale bez zmęczenia, bez zbędnych dyskusji i ozdobników. Dochodzą i różnice w teksturach: łamiący się lukier, kruchawe ciasto, miękkie wypełnienie, chrupiąca posypka z migdałów. Prosty rogal, zrobiony z sercem, naładowany smakiem i znaczeniem. 
Lubię.

sobota, 8 listopada 2014

Pies i Róża, Gdańsk













Pies i Róża, Gdańsk, ul. Świętojańska/Szeroka

Pies nie jest już nowinką, istnieje przeszło rok, w pewnym momencie, jakoś zimą, wydawało się nawet, że został porzucony i zakończył działalność. Pamiętam pierwszą wizytę we wrześniu ubiegłego roku, rozglądałem się, notowałem, ale jakoś nie zdołałem ulepić żadnej spójnej noty. W tym samym czasie szybkie odwiedziny w Małej Czarnej czy Melanżu przełożyły się na równie prędkie rezultaty. To samo w sobie musi już świadczyć o charakterze Psa, niestety na przykład o tym, że tego charakteru specjalnie nie widać.

Pies jest bowiem miejscem nieokreślonym. Mam wrażenie, że został naszkicowany dosyć zamazanym konturem, tak aby można było dostrzec różne kształty. Z założenia miał być miejscem artystowskim, ale takim zwyczajnym, nienadąsanym i bezpretensjonalnym.  Nie da się uciec od porównań z Kurhausem, bo oba miejsca mają sporo wspólnego. O ile jednak Kurhaus może rozpierać duma z własnej odrębności, o tyle Pies, choć starszy wiekiem, ustępuje kuzynowi z Wrzeszcza właściwie pod każdym względem, oczywiście z wyłączeniem oferty kulinarnej, bo tę ma Pies zdecydowanie bogatszą. Pies zresztą bliższy jest stylistyce bistro, widać, że przez prawie rok od ostatniej wizyty zdryfował w stronę małej jadłodajni, oddalając się jednocześnie od typowej kawiarni. Dziś mam wrażenie malutkiej stołówki, trochę alternatywnej, zawsze niestety także pustawej.

Wypijam podwójne espresso przedłużone wodą. Jest słabiutko, chociaż ulotka na stoliku uprzejmie informuje, że „parzymy świetną kawę”. Dolewka wody zupełnie odebrała kawie charakter. Kawa wyparowała, pozostał jakiś napój dla hipochondryków i kofeinofobów. Po zamieszaniu łyżeczką krema ulotniła się bezpowrotnie, bez słowa pożegnania, odsłaniając za to wnętrze rodem z chemeksu.

fot. Cafe Brzytfa

Witrynka cukiernicza nie krzyczy do mnie, pozostaje raczej asekurancko wycofana, tak z pół kroku do tyłu, chyba nie chce, żebym się z nią zaprzyjaźnił. Ciasta cukiernicze na oko, niektóre lśniące, wyprostowane i w gotowości, podejrzewam, że trochę utwardzone. Pochodzą z „zaprzyjaźnionej cukierenki”. Znamy takie przyjazne ciastkarnie: przyjaźń was wyzwoli, ale nie z tłuszczu cukierniczego. Torcik czekoladowy pręży się brązowo-lateksowo, czekoladowa erekcja kłuje w oczy, nie skuszę się. Z ciekawości proszę o ostatni kawałek ciasta dyniowego, wegańskiego, ale nie z wajdelockiego Avocado. Ostatnie kawałki to zawsze loteria, ale przede wszystkim poważne źródło wiedzy o tym, w jaki sposób zarządza się w kawiarni resztkami, no i jakością oczywiście. Ciastko robi piorunujące wrażenie: zostało zaserwowane wprost z lodówki na talerzyk, pospiesznie wyścielony serwetką. Celulozowy całun zwisający z boku talerza to mało estetyczny rapsod ku pamięci ciastka dopełniającego właśnie żywota. Smutne, że kawałek nie trafił do jakiegokolwiek czyśćca, który podciągnąłby jego trupią ciepłotę choćby o kilka stopni, szkoda, że nikt nie wrzucił go na patelnię czy choćby górną półkę ekspresu. Przeciwnie, taki właśnie mocno przeziębiony trafił na talerzyk. Przeraźliwie zimny i glutowaty. Na oko, co najmniej pięć dni, zupełnie możliwe, że około tygodnia przeleżakował w witrynie i chłodził się niemiłosiernie. Co za znieczulica tak traktować niewinne ciasteczko, które pokornie czekało pewnie od końca października na (nie)uczciwego znalazcę.

fot. Cafe Brzytfa
Czyli: ciastko nieświeże, przesuszone (i na blasze, i w lodówce), rozsypujące się na okruchy przy próbie krojenia. Samo w sobie kilka dni wcześniej też nie należałoby do udanych. Jest to zresztą generalny problem ciast dyniowych, rozumiem, że wielką jest potrzeba angażowania dyni w wypieki (taka forma dyniowej terapii zajęciowej), ale nie spotkałem jeszcze porywającego czy urywającego cokolwiek produktu z tym warzywem (z wyjątkiem potraktowania dyni jako bakalii). Zwykle to chęć wpisania się w jesienną sezonowość czy helołinową modę decydują o dodawaniu pomarańczowej mamałygi, którą trzeba potem intensywnie batożyć cynamonem i stawiać na nogi orzechami, byleby przywrócić ciastu jakiś charakter, zresztą bardzo przewidywalny. A w ogóle, jeśli i dyniowo i wegańsko, to oznacza to mąkę do kwadratu, taki hip(st)erglut.

Mknę z powrotem do punktu wyjścia: mocno czerstwego ciastka. Podanie – nie jestem tu zwolennikiem twardej Wolandowskiej dychotomii -  ciastka mniej świeżego nie musi samo w sobie być czymś złym. Bynajmniej nie należę do ludzi, którzy w kawiarniach zadają irytująco-filtrujące pytanie o istotę wszechrzeczy: które ciasta są dzisiejsze? Powiem więcej, wielu ciastom czas doskonale służy, pierniki powinny poleżeć kilka tygodni, ba, nawet sernik smakuje najlepiej po kilku dniach.
Ciastko dyniowe tego szczęścia nie ma. Sęk w tym, że ono z pewnością nie było dobre także po upieczeniu. Co jednak uderzające, to fakt, że pani w Psie to ciastko ochoczo sprzedała, zapewne z poczuciem ulgi, że udało się całe wreszcie upłynnić. Nie zastosowała żadnej strategii maskowania nieświeżości, żadnego triku, który wszak nie tyle ma oszukiwać, ile uprzyjemnić konieczność przełykania zdechłej buły. Każdy doskonale wie, że zwykłe podgrzanie cofa zegar biologiczny produktu o jakieś kilka dni, a zapach ciasta może być doskonałym wabikiem dla gości, takim fajnym gastrodyzjakiem.

Wnętrzarsko to jest tu mocno eklektycznie. Niby nowocześnie, niby ikeowsko, ale też z retro-tęsknotą: pojedyncze stare szafki, stary zegar ścienny. Ekspozycja dzbanków, niestarych, takich, które tylko udają jakąś historię. Roślinki w doniczkach podpowiadają: ma być domowo, naturalnie, jest kaktusik, jak w klasie szkolnej. Jest trzykrotka, oplata się na witrynce z hipsterskim Dżonemlemonem. Wreszcie jest półeczka, właściwie cały półkownik, z rządkiem książek, taki swojski, taki peerelowski, nostalgicznie prowizoryczny. Widać tutaj takie ciągoty: miało być nowocześnie, ale do głosu doszła jakaś tęsknota i wyszło jak wyszło. I ten samorobny półkowniczek z doniczkami (szkoda, że paprotka nieobecna) jest dla mnie kwintesencją Psa: robi się tu nostalgicznie i botanicznie, ale chyba nie końca w kierunku zgodnym z zamierzeniami właścicieli. Bo ten sentyment ma dość konkretny adres, to lata osiemdziesiąte, czasy meblościanek i ultra praktycznych półeczek. I kwiatków na tych półeczkach, bo estetyka też ważna, nawet jeśli kontekst siermiężny. Tak to pozbierały się różne bajeczki w tym Psie, plotą sobie i plotą, taki stylistyczny wielogłos, po mojemu to z nutą pierwszorzędnej peerelowskiej zaradności na pierwszym planie.

Podkreślę: to nie jest Kurhaus, po germańsku okrutny w swej estetycznej konsekwencji, spójny i mikroskopijny, nawet jeśli kulinarnie kostyczny. W Psie nie ma psychodelii, jest przaśnie, minimalistycznie (ale nie z wyboru, raczej z budżetowej konieczności), trochę bylejako, prowizorycznie. Taka Prowi_Zorca 5. Czekam na łóżko piętrowe, wpasuje się, a ile to miejsca na doniczki!


W Psie brakuje mi opowieści, jakiejś nadrzędnej wizji, która to wszystko złapałaby za kark i usadziła na miejscu. I nawet klocowate ciasta nie przeszkadzałyby jakoś specjalnie. Nie ma tego pomysłu i w kuchni, i we wnętrzu. Wystarczyłoby podejrzeć trochę wrzeszczańską Marmoladę, która znalazła dla siebie spójny pomysł i kulinarny (można mieć zastrzeżenia co do jakości produktów, ale nie do samego pomysłu, który jest spójny i buduje odrębność), i stylistyczny, też stawiając na funkcjonalną nowoczesność, ale przefiltrowaną rustykalnie, bardziej udomowioną. Kompletnie nie widać tu pieczywa, a przecież aż prosiłoby się zacząć od niepowtarzalnego rzemieślniczego wyrobu piekarniczego. Tymczasem chleb potraktowany został po macoszemu, rok temu, gdy zamówiliśmy kanapki, bardzo miły skądinąd kucharz biegł po chleb (zwykły, oliwski krojony, w worku) do pobliskiego sklepu spożywczego. Dzisiaj podaje się fałszywy razowy, pokolorowany karmelem, dziw, że ktoś jeszcze daje się na te brązujące sztuczki nabierać. A przecież każda poważna bistrodajnia zwłaszcza ze skrętem w stronę śniadań czy kanapek powinna wybór pieczywa potraktować jako absolutny rudyment, wręcz Eliadowski akt ustanowienia własnego świętego porządku. Bo chleb to żywieniowe sacrum i nieładnie przemycać go ukradkiem, w reklamówce, jak brudne kartofle. W złym guście są też lody Calipso, kolejne westchnięcie za utraconym dzieciństwem, które z tamtymi z lat osiemdziesiątych wspólną mają tylko nazwę, w dzisiejszej postaci to kokosowa karykatura, zamrożona roślinna kpina, lody niechcąco wegańskie. Troska o jakość, ale też i świadomość produktów, pomimo dość dobitnych deklaracji, to nie są mocne strony Psa.

Koncept miejsca jako galerii też pobrzmiewa mocno wątpliwie, skoro lokal staje się w coraz większym stopniu stołówką niż klubokawiarnią. Pies jest zlepkiem, patchworkiem, naprędce skleconą instalacją, której żywot przerósł oczekiwania publiczności. Jest całkiem sympatyczny, ale letni, ani grzeje ani ziębi.
I jeszcze jedna kwestia, którą nieczęsto poruszam, chyba że zakłuje w oczy. W Psie, o dziwo, ceny nie należą do niskich. Nabożnie mantrowany dziś stosunek jakości do ceny nie wypada korzystnie: americano w cenie 7 zł (dolewka wody do espresso kosztuje aż 2 złote!), ciasta od 9 do kilkunastu złociszy to ceny z Retro, nie wspominając o Pikawie, która wypada najtaniej. A przy tym Pies jakościowo bardzo mocno zapóźniony. Stąd i mało konkurencyjny. Stawiam w ciemno, że studenci ASP – do których Pies przymila się szczególnie - chętniej przybiegną do Palarni Kawy na Tkackiej. I to wcale nie dlatego, że bliżej i wygodniej, ale smaczniej i taniej.


Gwoli informacji: choć ciastko było cośkolwiek zmumifikowane, nie dopadła mnie żadna klątwa.