czwartek, 16 października 2014

Kurhaus, Wrzeszcz, ul.Aldony/Wajdeloty










Kurhaus, Wrzeszcz, ul.Aldony/Wajdeloty

Dzisiaj miejsce całkiem szczególne, któremu – od razu uprzedzę – należy przyklasnąć.

Kawiarnia w gdańskim centrum, wydeptywanym przez przyjezdną gawiedź zza morza czy powiatu to nie jest posunięcie obarczone jakimś szczególnym poczuciem misji, czy też specjalnie ryzykowne. Innym kalibrem jest jednak podpięcie się pod rewir ani turystyczny, ani gastronomiczny. Dolny Wrzeszcz i pięknie rewitalizowana ulica Wajdeloty. I Kurhaus, który ulokował się u zbiegu Wajdeloty i Aldony.

Przyznam wyjątkowo, że o ocenie miejsca dziś musi zdecydować jakaś mocno subiektywnie odczuwana symbolika całego otoczenia. Za każdym razem w Dolnym Wrzeszczu, szczególnie w rejonie wajdelockim mam silne wrażenie oniryczności miejsca, jakiejś jego surrealności, trochę niepokojącej, trochę przyśnionej. I to pomimo ludzi na ulicy, widzę opustoszałe senne miasto, ot takie wrażenie przechadzki o trzeciej nad ranem, trochę teatralne skorupy, trochę da Chirico. W ciąg tego doświadczenia wpisał mi się Kurhaus. I co ciekawe, wcale nie odbieram tego jako przypadek.

Kurhaus nie jest bowiem miejscem letnio-neutralnym, choć minimalistyczny, to gęsty od znaczeń, porusza się po dość psychodelicznych rewirach. Być może to wyłącznie moje odczytanie tej estetyki, możliwe, że dla innych to po prostu solidna funkcjonalna stylistyka z lat sześćdziesiąto-siedemdziesiątych. Ani oniryczna, ani toksyczna.

Lokal jest do bólu konsekwentny w wystroju. Są stare mebelki, ale stare inaczej niż w retro kawiarniach. Niektóre krzesełka czy stoły znam bardzo dobrze z czasów swojego dzieciństwa, przy czym nie jest to wspomnienie, do którego chciałoby się przytulić jak do pluszowego misia. Konsekwentna linia wnętrza jest tyleż spójna, ile kostyczna i sucha, we mnie osobiście wzmaga poczucie wyobcowania, a gołe ściany przywodzą na myśl niechciane odwiedziny w niewykończonym ciotecznym em ileś tam dawno temu. Nie jest ciepło, a chciałoby się ogrzać jesienią we wnętrzu, które nawet niech udaje, ale niech ogrzewa. We wnętrzach w rodzaju Kurhausu wyczuwam napięcie, niech będzie że międzypokoleniowe, z gruntu estetyczne, ale skoro za estetyką pokornie podąża też jakaś wizja świata, to i ontologiczne również: my nie udajemy, my nie lubimy na staro, my lubimy nowocześnie, my prawdziwi, niezapatrzeni w jakieś emeryckie kaprysy, etc.

Niepokój podkreśla muzyka, słychać wybrana z rozmysłem, mocno alternatywna, ze zbliżonym do stylistyki wnętrza retro-analogo-nerwem (nie zrekonstruuję autorów, niech to będą jakieś klony Stereolab czy Skalpela). Zapewniam, to nie mój wymysł, wejdźcie do Kurhausowej łazienki, a w pierwszej chwili poczujecie się jak przybysze z matplanety.

Wnętrze, choć zupełnie nie z mojej bajki, zasługuje na uwagę. Gorzej, że ten minimalizm rozpanoszył się też w kuchni. O tyle, o ile minimalizm estetyczny może stanowić punkt do dyskusji, to skrajna oszczędność oferty kulinarnej jest strzałem w stopę, nie widziałem tabliczki z info, że lokal dla dietetyków. Patrząc złośliwie, należałoby zakwalifikowac Kurhaus jako logiczny kolejny punkt na skali wielkomiejsko-hipsterskich fobii jedzeniowych. Ani vege, ani glutenfree, po prostu: foodfree. Pełen komfort, nic nie kusi, i żadnych wyrzutów, żołądka czy sumienia. Prawdziwy comfort food. Anorektyczny raj.

I to jest największe działo, jakie wytoczę Kurhausowi. Nie ma w nim żadnej spożywczej pokusy, jest po prostu miejscem wolnym od jedzenia, a to nie przystoi żadnej kawodajni. Owszem, jest kawa (z Coffee Proficiency), naturalnie są hipsterskie zalewajki: dripki i chemki. Nie może oczywiście zabraknąć glamurowatych alter-drinków: friców, wastoków, mijomatów, itd. Polityka sprowadzania gotowców ma krótkie nogi: nie tylko, że nie buduje odrębności miejsca w stopniu takim, jak czyniłoby to oferowanie napojów produkcji i inwencji własnej, ale też na dłuższą metę okazuje się mało racjonalna ekonomicznie.

Gdy pojawiłem się po raz pierwszy, z rzeczy spożywczych (nie napojów) dostępna była jedynie wegańska tarta okołoczekoladowa, zamawiana z sąsiedzkiego Avocado. Pani właścicielka w ujmujący sposób zaproponowała wyjście po pączki do pobliskiej cukierni, bo „i tak miała po nie dzisiaj pójść”. Rozumiem potrzebę dobrej komunikacji z otoczeniem, ale podawanie ciast z wegańskiego bistro baru albo przemysłowej cukierni A. Paradowskiego (obok) określiłbym jako piramidalną bzdurę. Po co dublować pomysły, niektóre zupełnie nieudane, inne co najmniej specyficzne? Aż prosiłoby się o zadbanie o własne niepowtarzalne wypieki, bynajmniej niewegańskie, przeciwnie, z dużą ilością masła, i na przekór cukierni Paradowskiego, domowe i smaczne. Pączek od Paradowskiego był cukierniczym potworkiem, fryturowym klasykiem, wręcz absurdalnie kokosowym w posmaku. Mocno wyrośniętym, nie tylko cieleśnie, ale i cenowo, bo z 2,2 pln w cukierni awansował na 5 pln w kawiarni. Przed wizytą w Kurhausie zalecałbym zaopatrzenie się w pączka w cukierni, będziecie o 2,8 pln na plusie.

Oczywiście, w grę wchodzi jeszcze taka możliwość, że Kurhaus wcale nie ma jakichś wielkich kawiarnianych ambicji, że chce być taką środowiskową świetlicą dla lokalnych artystów i hipsterów. Takim nowoplemiennym punktem zbornym, w którym spotkamy się i wypijemy. Jest to możliwe, zważywszy na bardzo mocno zakreślone granice tego miejsca i wyrazistą stylistykę, która bynajmniej nie jest inkluzywna, nie zaprasza, raczej wyklucza, bo nie wyobrażam sobie pań ok. sześćdziesiątki, które regularnie posiadują w Kurhausie. A jeśli by tak miało być, to życzę, bo w gruncie rzeczy i pomimo wszelkich sarkań jakoś to miejsce lubię, żeby Kurhaus  nie stał się w dosłownym sensie kurhanem.

P.S. Kurhaus to z niemiecka dom zdrojowy albo sanatorium, dla kawiarni nie jest to oczywiste imię, stąd i skojarzenie z tym sanatorium spod Klepsydry. I faktycznie, przyznam, że Kurhaus sugeruje i buduje podobny świat, duszny i niepokojący, w którym rekwizyty zmieniają się wprawdzie z przedwojennych na powojenne, ale litera tekstu pozostaje zbliżona. W pierwszym fejsbukowym wrażeniu nazwa wydała się twarda i kanciasta, jakoś nieprzystająca do kawiarni, która niby powinna być bardziej kobieca i pluszowa. Okazuje się jednak, że działa, dobrze działa.

czwartek, 2 października 2014

Retro, Gdańsk, ul. Piwna. Przymiarki.










Retro, Gdańsk, ul. Piwna 
(przymiarki)

Piszemy „przymiarki”, bo temat jest szeroki, nie da się go wyczerpać pojedynczą recenzją. Znamy Retro dobrze, nie tak długo jak Pikawę (bo jest znacznie młodsze), pewnie odcisnęliśmy na Retrowych pluszach mniej wyraźne ślady niż na tych z konkurencji, nie zmienia to jednak faktu, że orientujemy się w materii.

Retro jest miejscem dużym. Nie rozmiarem, bo ten okazał się za mały dla rozrastającej się kilka lat temu Pikawy. Nie, bynajmniej, lokal nie jest malutki, jest w sam raz na kawiarnię, która wszak zarobić musi na czynsze z gdańskiej strefy prestiżu, ale jednocześnie chce pozostać świadoma własnej przestrzeni i mieć nad nią pełną kontrolę. Dlatego Retru (będziemy deklinować) nie zagraża widmo molocha czy kawowej stołówki, o którą przecież całkiem łatwo otrzeć się, gdy wola ekspansji przesłania troskę o jakość i duszę.

Nie, Retro w tym sensie duże nie jest. I dobrze.

Natomiast duże to ma Retro ambicje. I tutaj przyklaskujemy, bo nic tak dobrze nie robi wszelakiemu gastrobiznesowi jak ambicja, którą rozumiemy w tym przypadku jako misję zmieniania się, dopasowywania, reagowania na zmienne warunki, nie tylko atmosferyczne. Retro jest jak dobry uczeń w szkolnej ławce. Chce być prymusem, częstokroć czuje, że już nim jest. Nie mamy nic do prymusów, choć jakoś tak z doświadczenia pamiętamy, że bywają nudziarzami.
Takie trochę mamy wrażenie, że Retro już zafundowało sobie specyficzną intronizację do wąskiego – może jednoosobowego? - panteonu najlepszych trójmiejskich kawodajni. Nie o to, że widzimy w tym coś z gruntu złego. Samowiedza potrzebna jest kawiarnikom, bo zakłada, że są świadomi konkurencyjności swojego miejsca na tle innych lokali. Sądzimy zatem, że warunkiem poczucia wyjątkowości własnej kawiarni jest uprzednie podjęcie komunikacji z konkurencyjnym otoczeniem i na jej podstawie wypracowanie własnych propozycji. Oczywiście lepszych i smaczniejszych. Sęk w tym, że ta inność oferty Retro nie zawsze jest taką do końca. Bardzo chce wyglądać na taką wyglądać, ale może trochę tracić przy bliższym poznaniu.

Co widzimy w Retrowych ambicjonalnych dążeniach?
1.Chcemy mieć najlepszą kawę.
2. Chcemy mieć najlepsze ciasta.
3. No i zasadniczo: chcemy mieć najlepszą i najładniejszą kawiarnię, najlepiej „z duszą”.

I zasadniczy problem w tym, że to „chcemy” stało się dla Retro tożsame ze stanem faktycznym. Zastanawiamy się, czy wypada pisać, że jest się „kawiarnią z duszą”, jak czyni to Retro, czy też lepiej wstrzymać się z takimi autodeklaracjami i pozwolić samym gościom wyciągać tak poważne wnioski.
Dostrzegamy starania Retro: aby było jak najbardziej naturalnie, ekologicznie, trochę lokalnie, zgodnie z najbardziej ucywilizowanymi reżimami dietetycznymi: bez białego cukru, bez glutenu czy wegańsko. I doceniamy, bo Retro faktycznie odstaje tutaj na plus od większości konkurencji.
Po pierwsze – kawowo, bo konsekwentnie promuje ziarno z warszawskiej Java Coffee Company, często wspomagając się produktami prestiżowych europejskich palarni. Znajdziemy też w Retro różne hipsterskie wynalazki: dripy i chemexy, jakby komuś znudziła się ich nowiutka Faema.
Po drugie, ciasta w Retro są unikatowe. Nawet jeśli nie zawsze ze względu na wyjątkowy smak, to z pewnością znajdziecie je tylko i wyłącznie w Retro. Bo pieką je sami, konkretnie pani właścicielka. To oczywiście automatycznie nie musi oznaczać ich niezwykłej jakości. Owszem, znajdują się wypieki rewelacyjne, ale też i zupełnie zwyczajne. Na przykład Retrowa szarlotka jest ciastkiem banalnym, a na oko częstokroć wręcz odpychającym: wyobraźcie sobie dwie warstwy grubego bułowatego ciasta przełożone brunatnym nadzieniem. Aż dziw, że taki twór permanentnie gości w Retrowej witrynce, nawet pobieżna lektura kulinarnych blogów wystarczyłaby, aby jabłeczny niewypał zastąpić smaczną szarlotką, która tę z sąsiedniej Pikawy wysadziłaby wysoko w powietrze. Ale niech jedno nieudane ciastko nie przesłoni nam całego obrazu. Ciasta w Retro są generalnie dobre i uczciwe, nawet jeśli trzeba wysupłać kilkanaście złociszy za kawałek. Ogromny plus za elastyczność oferty: ciasta zmieniają się sezonowo, także desery, dodatki czy napoje.
Po trzecie, w Retro widać troskę. Lubimy biznesy zatroskane: o jakość, o produkt, o wyróżnianie się. Niby normalne, ale w gdańskim kawodajnym światku wcale nieczęste. Retro odstaje na duży plus. Sęk w tym, że można zrobić tutaj jeszcze więcej, na przykład nie podpierać się przemysłowymi syropami w napojach (herbatach), które deklaratywnie mają być bardzo eko i slow. Dlaczego malinowa herbata w Retro nie ma malin, ma za to syrop Rioba (albo Paola), w którym malin jak na lekarstwo? Przecież nic prostszego jak tylko zagotować maliny i mieć bardzo swojski prawdziwy syrop. No właśnie, czasami w przypadku Retra miewamy problem z nadmiarem słów: Retro wygłasza ich sporo, sęk w tym, że nie zawsze kryje się za nimi prawdziwy desygnat. Ale to zawsze można nadrobić, zwłaszcza gdy – mamy nadzieję – na horyzoncie widać dobre chęci.

Bywa jednak i tak, że troska w połączeniu z rozbuchaną ambicją okazuje się obciążeniem.
Bo rozumiemy ambicję także jako nieustającą wolę poprawy, trochę takiej rzeczowej dyskusji z własną ofertą, w tym także jako refleksyjną postawę wobec własnej ambicji (sic!). Bo ambicja czasami bywa ślepa: odurza koniecznością zarabiania piątek/szóstek do dzienniczka i zapomina, że ktoś wokół patrzy i coś sobie myśli. I wcale niekoniecznie superlatywnie. Dostrzegamy przerost tej ambicji choćby w atmosferze lokalu. Jest ładnie, bardzo profesjonalnie, usłużne dziewczęta miłe, życzliwe, jakoś tak bardziej przejęte i zorientowane w miejscowych smakołykach. Próżno tego szukać w Pikawie. Wyczuwalne jest jednak jakieś napięcie, czujemy zbyt dużo teatru i chłodnej konwencji. Zupełnie jakby niepostrzeżenie rozpylali w powietrzu pavulon. Chciałoby się trochę odpompować tego zadęcia i powyciągać kołki z różnych części ciała. Powtórzmy: jest miło, ale aż prosi się o więcej luzu, jakąś bezpretensjonalność, nawet jakąś wpadkę, która zdarłaby trochę pudru. Nawet gdyby założyć, że targetem lokalu są panie w okolicach czterdziestki, to i tak nabożno-skupiona atmosfera jest wizerunkowym strzałem w stopę. Co oczywiste, pojawienie się właścicieli nie zdejmuje tego napięcia, przeciwnie, ono jest i tańczy dla nas. Czyżby jakiś subtelny owner-terror? Nie rozumiemy.


Przekuwamy zarzut w postulat: niech Retro nabierze trochę dystansu do siebie, niech zdarza mu się puszczać oko do gości i do siebie samego. Kawiarnia nie ma być salonem gorseciarskim, nawet jeśli operuje retro-wystrojem. Z kijem w gardle żadna kawa nie posmakuje, nawet ta od Tima Wendelboe.

wtorek, 16 września 2014

Pikawa, Gdańsk, ul. Piwna










Pikawa


Emblematyczne miejsce na mapie Gdańska. Pikawa określiła pewien standard kawiarnianych usług w Trójmieście. Stała się punktem odniesienia, nawet jeśli teraz już trochę przykurzona i niespecjalnie porywająca, to z pewnością była kamieniem milowym dla gdańskiej kawosfery i dla starówkowej gastronomii. Bo to właśnie Pikawa kilkanaście lat temu dmuchnęła wind of change dla nie-Długiej części gdańskiej starówki. Tak tak, faktyczna zmiana charakteru martwej ongiś Piwnej to nie efekt odgórnej strategii rewitalizacyjnej, ile raczej pomysł i zaangażowanie m.in. właścicieli Pikawy. Nowa Piwna wykluła się przy herbatce misiowej, a nie na urzędniczym biurku.

To właśnie Pikawa zaszczepiła w Trójmieście intrygujący i smaczny koncept herbat doprawianych na miejscu i podawanych w przezroczystych kubko-szklankach. To właśnie Pikawa poważnie zatroszczyła się o jakość serwowanych ciast, radując gości wyrobami z małej rodzinnej cukierni z Oliwy. To Pikawa zaproponowała własną wersję retro-kawiarni, ze starszawymi gratami i rękodzielniczymi dekoracjami. To Pikawa, odważnie i wizjonersko, jako pierwsza zorientowała się na poważny i niedoceniany wówczas segment rynku: kobiety, w różnym wieku. To właśnie wtedy w Pikawie nikotyniści usłyszeli po raz pierwszy stanowczo wypowiedziane „nie”.

Lista zasług Pikawy jest znacząca i warto o nich pamiętać. Jednak chlubna historia to nie aureola i nie może wpłynąć na dzisiejszą ocenę tego miejsca, która nie jest już tak korzystna jak kiedyś.

Pikawa stała się początkiem swoistego gastronomicznego klanu. Indygo (dziś już nie istnieje), Tekstylia, Bistro 24dania to najbliżsi krewni Pikawy, która sama przeżyła wielką metamorfozę, dwukrotnie przesuwając się o kilka kamienic właściwie w obrębie tej samej ulicy, znacząco przy tym zwiększając swoje rozmiary, a także - jak twierdzą niektórzy – gubiąc po drodze sporo początkowego uroku. Co ciekawe, opuszczone przez Pikawę siedlisko przejęło Retro, które podjęło dość wyrazistą polemikę z dorobkiem Pikawy, przejmując jednocześnie część Pikawowskich pomysłów. Traktujemy zatem Retro także jako dalekiego (być może skłóconego), ale jednak krewniaka Pikawy. Warto też pamiętać o anielskim krewnym w Gdyni: Caffe Anioł (anielski niestety tylko z nazwy) należał niegdyś do właścicieli Pikawy i jest taką gdyńską namiastką Pikawy, takim zubożałym krewnym. Wkrótce rodzina znacząco się powiększy, jak wiadomo, w rejonie Dworca Głównego w Gdańsku poczęte zostały już kolejne Pikawowsko-Tekstylne klony, którym rozwiązanie pisane na przyszłoroczną wiosnę.

Nie chcemy napisać o Pikawie takiej standardowej notki, ot na zasadzie: jestem blogerką z Wwy, przyjechałam do Trójmiasta i zaraz napiszę recenzję, potem dołączę kilka zdjątek i udostępnię. Nie załączymy dzisiaj żadnych zdjęć, nie są potrzebne, bo Pikawę znamy od samych jej początków, możemy się więc pokusić o recenzję przekrojową, nie ograniczoną do jakichś kilku pojedynczych wizyt. Nie musimy fotografować herbat, kawy czy ciast, bo znamy je na wylot.

Pikawa jest takim kawiarnianym McDonaldem. Oczywiście nie mamy na myśli skojarzeń z estetyką McDonalda, ale z samą filozofią działania fastfudowej sieci. Pikawa jest bowiem szybka, zautomatyzowana i przewidywalna. I zasadniczo asezonowa w swojej ofercie. Obsługa w Pikawie jest błyskawiczna i do bólu ujednolicona (i nie chodzi tylko o fartuszki niespecjalnie chlubnej marki Alfredo). Próżno szukać to uśmiechów czy zagajeń. Jest chłodno i profesjonalnie. Zawsze – nawet jako stali klienci – mieliśmy wrażenie kontaktu z automatami, jakbyśmy tankowali na automatycznej stacji benzynowej. Od kawiarni oczekiwalibyśmy jednak pewnej ludzkiej nieprzewidywalności: czy to uśmiechu czy nawet jakiejś drobnej wpadki. Ale w Pikawie – na poziomie jakości obsługi – to się nie zdarza, dziewczyny są perfekcyjnie wytrenowane i tak samo profesjonalnie oziębłe.

Kulinarna oferta Pikawy jest przeraźliwie powtarzalna i przewidywalna, zaimpregnowana na rytm pór roku, zastygła w swoich zalaminowanych kartach. Bardzo nikła inwencja, właściwie to wciąż odgrzewane te same kotlety co lata temu. Wystarczy, by wprawić w zachwyt jednorazowego klienta, stałym gościom jednak czasami zalatuje nieświeżym mięsem.
Z górą rok temu pojawiły się nowe karty z kilkoma nowymi propozycjami, właściwie był to bardziej sposób graficznej zmiany karty niż jej faktycznej zawartości. Kulinarne propozycje trwają niewzruszenie, nie znajdziecie żadnych sezonowych odstępstw, w sezonie śliwkowym nie oczekujcie śliwek, nie liczcie na truskawki w czerwcu czy lipcu. Takie kuriozum: zamawiamy kiedyś deser owocowy i w samym środku sezonu owocowego (początek lipca) otrzymujemy kupkę bitej śmietany z kilkoma plastrami banana i cząstkami nieobranego (!!!) czerwonego grejpfruta. Doskonałe połączenie, zwłaszcza w zestawie z rachunkiem na 9 pln.

Ale żeby tylko nie narzekać: w Pikawie na pewną uwagę zasługują ciasta. Niestety, nie robią ich sami. Punkty za jakość wypieków idą na konto dostawcy, rodzinnej cukierni z Oliwy. Szkoda, że ich wyroby dostępne są też w innych punktach w Trójmieście, bynajmniej nie tylko tych z Pikawowskiego klanu. Wystarczy kilka kroków i tę samą paschę znajdziemy w kawiarni W Starym Kadrze, droższą co prawda, ale identyczną.
W sumie nie sprzyja to budowaniu klimatu odrębności i wyjątkowości, a po głębszym zastanowieniu wygląda raczej na pójście na łatwiznę. Opinią legendarnego ciastka cieszy się Pikawowska szarlotka, podawana zawsze na zbyt małym talerzyku, obficie nafutrowana bitą śmietaną z cynamonową przepróchą. Oczywiście z mikrofali. Ciastko wyróżnia się na tle konkurencyjnych jabłeczników, ale to nie tyle wynik jego wysokiej jakości, ile bardziej słabość konkurencji: ani Retro, ani Stary Kadr czy Mała Czarna w kwestii szarlotki zostają w polu. Powtórzmy, to nie znaczy, że Pikawowski jabłecznik jest jakoś specjalnie smaczny, jest jadalny owszem, ale nic więcej. Ciasto nie widziało masła, dobrze zna za to tłuszcze roślinne, jest mączno-bułeczne, dobrze chociaż że jego warstwy nie są za grube. Nadmiar bitej śmietany ma te słabości zamaskować, natrętnie przekonując, że mamy do czynienia z uczciwym maślanym kruchym ciastem.

Pikawa nigdy nie była kawową wyrocznią. I wciąż nie ma takich ambicji. Serwowane ziarno to najpodlejszy gatunek Alfredo, mocno robuściane, prymitywne w charakterze. Pan Alfred panoszy się na filiżankach, cukrach i kelnerskich zapaskach. Szkoda, bo standardy wielkomiejskich kawiarni mocno się zmieniły: w kwestii kawowych ziaren powinno być jak najbardziej „slow” (niepowtarzalne mieszanki, lokalne palarnie). Ale pisaliśmy już przecież, że Pikawa lubi woli standardy znacznie bardziej „fast”.


Pikawa, ongiś miejsce które określało standardy, dzisiaj raczej już tylko odcina kupony. Rozumiemy, że biznes rozrósł się niepomiernie, że Tekstylia, że nowe inwestycje. Widzimy jednak, że rozrost ma swoje poważne konsekwencje, zauważamy jałowość oferty i luki w jakości. Pamiętajmy, że jakość ma relatywny charakter – jej wyznaczniki sprzed lat dziesięciu nie pokrywają się z tymi dzisiejszymi. Pikawa nie jest tego świadoma, przeciwnie - uwierzyła, że jest samograjem. 
Szkoda.

Brzytfa wraca :)









Wracamy :)

Wracamy po całkiem całkiem długiej przerwie! Przepraszamy za milczenie, trochę zastygliśmy w obserwacjach gdańskiej kawosfery, trochę musieliśmy zająć się własnym ogródkiem: sami też prowadzimy kawiarnię ;) 


Wracamy jednak do gry, chcemy dalej przypatrywać się miejscom, tym nowym i nie nowym, wytykać słabości i proponować zmiany. Po latach obserwacji, brzytfowskich i prebrzytfowskich, wyraźnie wcidać, że kawiarnicy wciąż mają sporo lekcji do odrobienia. 

wtorek, 11 marca 2014

Cafe Bakalia, Gdańsk, ul. Szeroka










Cafe Bakalia, Gdańsk, ul. Szeroka

W nowo zagospodarowanym kawałku ulicy Szerokiej rozlokowała się Cafe Bakalia. Choć w kwietniu stuknie jej roczek, nie jest miejscem ani głośnym ani rozpoznawalnym. Z pewnością odpowiada za to charakter tej części ulicy – natężenie ruchu pieszych mocno słabnie za skrzyżowaniem z Groblą. Zarówno nowe lokale mieszkaniowe na odcinku aż do kościoła św. Jana, jak i kilka interesujących lokali gastronomicznych to jednak ciekawa próba ożywienia dolnej partii Szerokiej. Przyklaskujemy.

Cafe Bakalia ma swój udział w tej przemianie. Z pozoru kawiarnia w żaden sposób nadzwyczajna. Musimy przyznać, że w tym przypadku dziwaczna to nazwa, pasująca bardziej do lokalu dla kuracjuszek i bywalczyń sanatoriów. I choć to nie deptak w Ciechocinku, a modernizujące się centrum Gdańska, określimy Bakalię jako miejsce sympatyczne. Bezpretensjonalne i nienadęte. Co ciekawe, przez cały czas naszej wizyty przychodzą i wychodzą goście, zazwyczaj stali klienci. Jakiś ruch jest.


fot. Facebook Bakalia


Siedzimy przy oknie, dzień jest słoneczny, drzwi otwarte na przestrzał. Dostajemy namiastkę siedzenia w kawiarnianym ogródku. Obsługuje bardzo miła pani: wesoła, krzątająca się, sprawna w ruchach, życzliwa i zorientowana w Bakaliowej ofercie. Duży plus, bo absolutnie nie sprawia – częstego w innych lokalach - wrażenia studentki zatrudnionej na śmieciówce, która swój dystans do gości i pracy maskuje dużą liczbą nieszczerych uśmiechów.

fot. Cafe Brzytfa
Zamawiamy lekko przedłużone podwójne espresso i tartę gruszkową na ciepło. Ciastko okazuje się być ciekawe, zasadniczo powinno być określone jako migdałowo-gruszkowe, może zbytnio migdałowe, może trochę za mało maślane. Ale zachowało twarz przyzwoitej tarty, lekko wilgotnej i dosmakowanej. Kawałek jest spory. Niby dekoracyjny dodatek pokruszonych orzechów, laskowych zupełnie niepotrzebny, wręcz szkodliwy, bo orzechy zjełczałe aż bolą zęby. Kawa bardzo poprawna: w rejestrach włoskich, ciemno wypalona, w większości (80%) z ziaren peruwiańskiej arabiki. Niby nic szczególnego, ale poziom niedościgniony dla niedalekiej konkurencji spod znaku Vergnano czy Alfredo. Za spory kawałek ciasta i cztery podwójne espresso płacimy 44 złote. Całkiem nieźle, jak na strefę prestiżu.



fot. Cafe Brzytfa
Wnętrze jest spokojne, raczej nowoczesne.  Byłoby zupełnie nijakie, gdyby nie genialna ściana. A właściwie Ściana. Stara, ceglana, oryginalnie w podpiwniczeniu, została zrekonstruowana i przeniesiona do nowego wnętrza. Jest w tym jakiś fajny rodzaj gry z gościem: w świeżo zbudowanym lokalu - stara gotycka ściana, która biegnie przez całą kawiarnię, w toalecie zabezpieczona przed zabrudzeniem szklaną szybą. I za to Bakalia dostaje dodatkowy plus. Przyznamy, że nie przypominamy sobie żadnego innego miejsca w Gdańsku, które w podobnym stopniu byłoby zdefiniowane przez tak (nie)banalny element wnętrza (może trochę Lookier ze swymi gdańskimi freskami), jednocześnie tak wyraźnie nawiązujący do historii i klimatu miasta.
fot. Cafe Brzytfa
fot. Cafe Brzytfa
Tym bardziej zatem dziwi nas nazwa, którą wybrali właściciele. Bakalia?

Cafe Ściana i już!





P.S. Wrażenie, jakie sprawia ściana obnaża pewne niekonsekwencje w wystroju, który mógłby zostać w całości zbudowany wokół gdańskich nawiązań (i bynajmniej nie mamy tu na myśli lokalu p.doc. Lewandowskiego). Co prawda na ścianie, w części kuchennej wisi sympatyczny plakat, przedstawiający współczesną mieszkankę Gdańska na skuterze, ale na ścianach znajdują się także drewnopodobne przeszkadzajki w postaci wieszako-kierunkowskazo-komunikatów bardziej chińskich niż włosko-prowansalskich.
fot. Cafe Brzytfa

piątek, 7 marca 2014

Lookier, Gdańsk, ul. Długa










Lookier – błyskawiczne impresje

Na Długiej, tuż naprzeciwko Ratusza Głównego Miasta całkiem niespodziewanie ujawnił się Lookier. Wpadliśmy zupełnie przypadkiem, lokal został otwarty zaledwie trzy dni wcześniej. I choć jakoś specjalnie nie mieliśmy czasu, by rozgościć się na dłużej, to nieczęsto zdarza się okazja, aby obedrzeć podlotka z niewinności, a być może także z naiwnej wiary, że zawojuje świat, że będzie gwarno, że pysznie a czynsze nie tak wcale straszne.


fot. Cafe Brzytfa


W Lookrze widać jakiś zamysł: ma być światowo, nowocześnie, z zębem. Wszędzie świeżutko i błyszcząco. Konsekwentny dizajn wnętrza, stonowane szaro-białe elementy, z akcentami żółcieni. Na ścianach gdańskie nawiązania przypominające w jakim mieście jesteśmy. Toaleta dziewicza, niemalże wciąż nieoświecona w kwestiach ludzkiej fizjologii. Kosmiczne baterie, drogie materiały. Tyle że samo wnętrze to nie wszystko, coś jeszcze chciałoby się zjeść, coś wypić.
fot. facebook/LookierCafe

Lookier, według tego, co sam o sobie stanowi, to „nowoczesna (żeby nikt nie miał wątpliwości) restauracja europejska (…) serwująca śniadania i lunche”. Ale w Lookrze jakoś śniadania jeść się nie chce. Menu śniadaniowe (TU)  dość ubogie, opanowane przez jajka. Śniadaniowe zestawy skopiowane z Tekstyliów. 

W karcie tyleż ambicji ile dróg na skróty. Właściciel uporczywie lansuje Lookier jako małą restaurację, nawet nie tyle śniadaniarnię, ile właśnie małą restaurację. Oczywiście jest jakiś śniadaniowy wabik, ale to wszystko rozgrywa się w sferze pusto-słów typu „śniadanie rajców”, względnie konstrukcji słownych, które być może miałyby jakiś gastronomiczny sens, gdyby zmienić im szyk, np. „jajecznica z dwóch jaj na wiejskim maśle”. Cóż po wiejskim maśle, skoro jajka-trójki? Gdzieś dzwoni, słyszymy, ale w uszach niestety korki.
Twórca karty bardzo starał się zapewne, aby było modnie i ekologicznie, a wyszło trochę śmiesznie. Rażą też wysilone konstrukcje w rodzaju „na postumencie z jarzyn”- nieszczere i pretensjonalne obietnice kulinarnej rafinady.

A i kawa dziwnie smakuje. Z dumą podają Illy, ale przyznamy szczerze, że nie jest to nasza bajka. Wolimy włoska smołę, która nie udaje, że ma jakąś misję. Otrzymujemy kawę przeparzoną i mocno rozwodnioną. Pani z obsługi, skądinąd bardzo miła i pomocna, w kwestii kawy zielona jak niewypalone ziarna. Minus dla właściciela, który nie zadbał o właściwe przeszkolenie personelu.

Nie rozumiemy nazwy, a właściwie to nie tyle nazwy, ile jej desygnatu. Miało być trochę na wesoło i polsko-angielsko, a przy tym z puszczonym oczkiem do współczesnej obsesji wyglądania i pokazywania się. Trafnie, gdyby Lookier był nowoczesną słodką kawiarnią. Tyle że w Lookrze słodyczy jak na lekarstwo: jest „puchar lodów waniliowych podawanych z gorącymi wiśniami aromatyzowanymi imbirem i cynamonem”, nieśmiertelna szarlotka czy sernik, tu koniecznie polany lookrem, i pretensjonalny creme brulee – niestety tylko w ilości 100 g, za to w płaskim spodku jak dla kota.

Lookier jest za to knajpą zmedializowaną. Właściciel zadbał, aby klient mógł zrelaksować się pod plazmą z całodobowym tefauenem albo przy hitach z radiowej plejlisty. Choć  oczywiście puszcza oko do bardziej uświatowionej publiczności, to (!!) w z głośników sączą się złote przeboje. Oldskulowe jak złote zęby.

Lookier usadowił się tuż pod bokiem Pellowskiego, anachronicznej piekarnio-cukierni. Nie przedstawił jednak żadnych specjalnych argumentów na swoją korzyść.

Pospieszmy się więc z wizytą w Lookrze. Póki jeszcze istnieje.

piątek, 17 stycznia 2014

Kawiarnia Filmowa "W Starym Kadrze", Gdańsk












Kawiarnia Filmowa "W Starym Kadrze", Gdańsk, ul. Grobla


To może być ryzykowny wpis.
Stary Kadr to kawiarnia, która ma spore grono wiernych fanów, zwykle dobre noty na trójmiejskich forach, w różnych lokalnych plebiscytach zdobywa trofea i ma zawrotną liczbę lajków na FB.

A jednak Stary Kadr dobrą kawiarnią nie jest.

fot. Cafe Brzytfa
Przyznam, że nie rozumiem wnętrza kawiarni. Tym bardziej zadziwiający wydaje się zauważalny sentyment dla estetyki tej kawiarni. Nie dostrzegam ani romantyzmu ani przytulności. Nie licząc drugiego pomieszczenia (stylistycznie przypadkowego), w którym odbywają się projekcje filmów, Kadr jest mikroskopijny. I do tego dosłownie zawalony przyciężkimi przedmiotami i takimi motywami. Mam nieodparte wrażenie nieużywanego pokoju, w którym lądują niechciane rzeczy: niepotrzebne krzesła, zużyte dywany, rzeczy niepasujące gdzie indziej, poupychane naprędce i bez sensu, byle tylko usunąć je z widoku. W Kadrze panuje klimat graciarni. Jeżeli Kadr zapełnia się ludźmi, robi się ciasno, ale tak dosłownie ciasno: goście niemalże ocierają się o siebie, jest mało intymnie, wszyscy słyszą wszystko o wszystkich.
fot. Cafe Brzytfa
Przestrzeń barowa jest groteskowa. To nie zarzut, że za barem mało miejsca, bo czasami tak bywa, że kawiarnik miewa ciasno, widzieliśmy różne mikrobary do bólu wypełnione sprzętami i kawowo-herbacianymi ingrediencjami, np. ten w sopockim Zaścianku ma dużo wdzięku, ale w Kadrze kłuje w oczy bezmyślna aranżacja tej malutkiej barowej powierzchni - z centralnie położoną obowiązkową mikrofalą, ze stosami książek, z nieapetyczną witrynką chłodniczą i rzędami przemysłowych butli do aromatyzacji mlecznych kaw i herbat.

W Starym Kadrze razi prowizorka. To smutne, ale wydaje się, jakby wnętrze zaaranżowano pospiesznie, trochę byle jak, na zasadzie, że jakoś to się ułoży, że w przyszłości pomyślimy, a jak będzie więcej kasy, to się naprawi. I tak niestety prowizorka trwa, lepsze czasy nie nadchodzą, a doraźne rozwiązania robią się jeszcze bardziej nieładne. Prowizoryczne są niby-bibeloty. Przypadkowe książki, położone tylko dlatego, żeby wyglądać, nowe fotografie, które mają robić za pamiątkowe. Jakieś gipsowe popiersie Mickiewicza, jakieś bursztynowe drzewko szczęścia, jakieś łom bursztynowy na nalewkę dla turystów. Puste rzeczy, ani stare, ani ładne, same w sobie także nie wydają się szczęśliwe, że trafiły do tego miejsca, żeby je reanimować i coś udawać.
W Kadrze ma być staro w tym dobrym znaczeniu. Ma być retro, po krakowsku czy po babciowemu, jak zwał tak zwał. Tyle, że to wszystko szyte grubymi nićmi. Krzesła w Kadrze tylko udają stare, dywany są plastikowe (a zarazem dawno nie odkurzane), a wzorzysta tapeta zamiast uspokajać, razi w oczy. Nie rozumiemy fenomenu przeszklonych gablot, podświetlanych halogenami, no chyba że mają być miejscem na kawiarniane trofea. Wizualnie irytują sztuczne emdeefowe drzwi do toalety (zresztą nieczynnej!!!) i do drugiego pomieszczenia.
Pamiętamy toaletę z poprzednich wizyt. Malutka, niedorobiona i zawsze niedoczyszczona. Ale nie był to taki nieporządek wynikający z kawiarnianego ruchu, taki byłby oczywiście zrozumiały, to był stan trwałego niedomycia i nieodkurzenia, efekt zaniedbań i zaniechań.

W sensie smakowym Kadr jest jałowy. To miejsce przyjazne wszystkim na dietach, nie kusi i nie uwodzi kaloriami. Nie możemy rozwodzić się nad kawą z Kadru. To tylko Vergnano, obok Alfredo, jedna z najbardziej pospolitych i zarazem trocinowatych mieszanek dostępnych na rynku. Nie lubimy.

fot. Cafe Brzytfa
Kadr to kawiarnia filmowa i ten kinowy skręt szczególnie zaznacza się w menu. Przyznamy, że nie jest to dla nas zabieg przekonujący. Menu jest bowiem nieprzejrzyste, przedarcie się przez gąszcz trików i skojarzeń filmowych okazuje się nużące. Anonimowe pozostaną też ciasta: pascha (czy raczej serniczek z bakaliami) identyczna z tą z Pikawy[1] (no i dlatego wtórna, cukiernia Fedora rządzi!), szarlotka z Kadru od Pikawowskiej wyraźnie gorsza, zupełnie nijaka. Herbaty z oszczędnym użyciem składników smakowych: powściągliwie z imbirem, za to z okrasą przemysłowych syropów owocowych. Za to cenowo różnice znaczące, niestety na niekorzyść Kadru: serniczek/pascha (takich samych gabarytów) o całe 4 złote droższy niż na Piwnej, herbaty droższe o złotówkę, ale jest ich mniej i są gorzej doprawione niż w konkurencji. Wszystko podane na ceramice z Bolesławca, fakt, ładne, ale mało w tym inwencji, taki prosto-naiwny ruch: talerzyki w jednakowy babciny niebieski rzucik mają zbudować atmosferę jak u babci. Cóż za różnica czy to z Bolesławca czy z Lubiany, skoro brak dla nich właściwego tła?
fot. Cafe Brzytfa
I analogicznie, dobre miejsca w esemesowych głosowaniach także nie zrobią dobrej kawiarni, zależą głównie od silnej motywacji (czytaj: determinacji) zainteresowanych dobrym wynikiem, zaś lawinowym przyrostom lajków na Fejsie służą specjalne strategie promowania profilu. Wszystkim można w odpowiedni sposób pomóc. Wypadałoby jednak zacząć od właściwego pokierowania a)wnętrzem kawiarni (bo niedostatki/niedoróbki kłują w oczy); b)ofertą kawiarni (bo jest mało konkurencyjna wobec innych miejsc – i smakowo, i cenowo). Naprawdę chciałoby się, żeby w fajnym, poza sezonem trochę niedocenianym miejscu starego Gdańska działała przyzwoita, dopracowana i estetyczna knajpka z kawą i ciastkami. Póki co jednak, przed właścicielami Kadru całkiem długa droga.






[1] Wytłumaczę się, dlaczego – już po raz kolejny – oceniając używam porównań do Pikawy. Czy to się komuś podoba czy nie, Pikawa jest z pewnością pionierką gdańskiego (trójmiejskiego) rynku kawiarnianego. Można zżymać się, że trochę drepczą w miejscu, że nie czują już trendów, ale wytyczyli standardy – co do herbat czy ciast, nawet jeśli sami tych ciast nie pieką.