wtorek, 16 września 2014

Brzytfa wraca :)









Wracamy :)

Wracamy po całkiem całkiem długiej przerwie! Przepraszamy za milczenie, trochę zastygliśmy w obserwacjach gdańskiej kawosfery, trochę musieliśmy zająć się własnym ogródkiem: sami też prowadzimy kawiarnię ;) 


Wracamy jednak do gry, chcemy dalej przypatrywać się miejscom, tym nowym i nie nowym, wytykać słabości i proponować zmiany. Po latach obserwacji, brzytfowskich i prebrzytfowskich, wyraźnie wcidać, że kawiarnicy wciąż mają sporo lekcji do odrobienia. 

wtorek, 11 marca 2014

Cafe Bakalia, Gdańsk, ul. Szeroka










Cafe Bakalia, Gdańsk, ul. Szeroka

W nowo zagospodarowanym kawałku ulicy Szerokiej rozlokowała się Cafe Bakalia. Choć w kwietniu stuknie jej roczek, nie jest miejscem ani głośnym ani rozpoznawalnym. Z pewnością odpowiada za to charakter tej części ulicy – natężenie ruchu pieszych mocno słabnie za skrzyżowaniem z Groblą. Zarówno nowe lokale mieszkaniowe na odcinku aż do kościoła św. Jana, jak i kilka interesujących lokali gastronomicznych to jednak ciekawa próba ożywienia dolnej partii Szerokiej. Przyklaskujemy.

Cafe Bakalia ma swój udział w tej przemianie. Z pozoru kawiarnia w żaden sposób nadzwyczajna. Musimy przyznać, że w tym przypadku dziwaczna to nazwa, pasująca bardziej do lokalu dla kuracjuszek i bywalczyń sanatoriów. I choć to nie deptak w Ciechocinku, a modernizujące się centrum Gdańska, określimy Bakalię jako miejsce sympatyczne. Bezpretensjonalne i nienadęte. Co ciekawe, przez cały czas naszej wizyty przychodzą i wychodzą goście, zazwyczaj stali klienci. Jakiś ruch jest.


fot. Facebook Bakalia


Siedzimy przy oknie, dzień jest słoneczny, drzwi otwarte na przestrzał. Dostajemy namiastkę siedzenia w kawiarnianym ogródku. Obsługuje bardzo miła pani: wesoła, krzątająca się, sprawna w ruchach, życzliwa i zorientowana w Bakaliowej ofercie. Duży plus, bo absolutnie nie sprawia – częstego w innych lokalach - wrażenia studentki zatrudnionej na śmieciówce, która swój dystans do gości i pracy maskuje dużą liczbą nieszczerych uśmiechów.

fot. Cafe Brzytfa
Zamawiamy lekko przedłużone podwójne espresso i tartę gruszkową na ciepło. Ciastko okazuje się być ciekawe, zasadniczo powinno być określone jako migdałowo-gruszkowe, może zbytnio migdałowe, może trochę za mało maślane. Ale zachowało twarz przyzwoitej tarty, lekko wilgotnej i dosmakowanej. Kawałek jest spory. Niby dekoracyjny dodatek pokruszonych orzechów, laskowych zupełnie niepotrzebny, wręcz szkodliwy, bo orzechy zjełczałe aż bolą zęby. Kawa bardzo poprawna: w rejestrach włoskich, ciemno wypalona, w większości (80%) z ziaren peruwiańskiej arabiki. Niby nic szczególnego, ale poziom niedościgniony dla niedalekiej konkurencji spod znaku Vergnano czy Alfredo. Za spory kawałek ciasta i cztery podwójne espresso płacimy 44 złote. Całkiem nieźle, jak na strefę prestiżu.



fot. Cafe Brzytfa
Wnętrze jest spokojne, raczej nowoczesne.  Byłoby zupełnie nijakie, gdyby nie genialna ściana. A właściwie Ściana. Stara, ceglana, oryginalnie w podpiwniczeniu, została zrekonstruowana i przeniesiona do nowego wnętrza. Jest w tym jakiś fajny rodzaj gry z gościem: w świeżo zbudowanym lokalu - stara gotycka ściana, która biegnie przez całą kawiarnię, w toalecie zabezpieczona przed zabrudzeniem szklaną szybą. I za to Bakalia dostaje dodatkowy plus. Przyznamy, że nie przypominamy sobie żadnego innego miejsca w Gdańsku, które w podobnym stopniu byłoby zdefiniowane przez tak (nie)banalny element wnętrza (może trochę Lookier ze swymi gdańskimi freskami), jednocześnie tak wyraźnie nawiązujący do historii i klimatu miasta.
fot. Cafe Brzytfa
fot. Cafe Brzytfa
Tym bardziej zatem dziwi nas nazwa, którą wybrali właściciele. Bakalia?

Cafe Ściana i już!





P.S. Wrażenie, jakie sprawia ściana obnaża pewne niekonsekwencje w wystroju, który mógłby zostać w całości zbudowany wokół gdańskich nawiązań (i bynajmniej nie mamy tu na myśli lokalu p.doc. Lewandowskiego). Co prawda na ścianie, w części kuchennej wisi sympatyczny plakat, przedstawiający współczesną mieszkankę Gdańska na skuterze, ale na ścianach znajdują się także drewnopodobne przeszkadzajki w postaci wieszako-kierunkowskazo-komunikatów bardziej chińskich niż włosko-prowansalskich.
fot. Cafe Brzytfa

piątek, 7 marca 2014

Lookier, Gdańsk, ul. Długa










Lookier – błyskawiczne impresje

Na Długiej, tuż naprzeciwko Ratusza Głównego Miasta całkiem niespodziewanie ujawnił się Lookier. Wpadliśmy zupełnie przypadkiem, lokal został otwarty zaledwie trzy dni wcześniej. I choć jakoś specjalnie nie mieliśmy czasu, by rozgościć się na dłużej, to nieczęsto zdarza się okazja, aby obedrzeć podlotka z niewinności, a być może także z naiwnej wiary, że zawojuje świat, że będzie gwarno, że pysznie a czynsze nie tak wcale straszne.


fot. Cafe Brzytfa


W Lookrze widać jakiś zamysł: ma być światowo, nowocześnie, z zębem. Wszędzie świeżutko i błyszcząco. Konsekwentny dizajn wnętrza, stonowane szaro-białe elementy, z akcentami żółcieni. Na ścianach gdańskie nawiązania przypominające w jakim mieście jesteśmy. Toaleta dziewicza, niemalże wciąż nieoświecona w kwestiach ludzkiej fizjologii. Kosmiczne baterie, drogie materiały. Tyle że samo wnętrze to nie wszystko, coś jeszcze chciałoby się zjeść, coś wypić.
fot. facebook/LookierCafe

Lookier, według tego, co sam o sobie stanowi, to „nowoczesna (żeby nikt nie miał wątpliwości) restauracja europejska (…) serwująca śniadania i lunche”. Ale w Lookrze jakoś śniadania jeść się nie chce. Menu śniadaniowe (TU)  dość ubogie, opanowane przez jajka. Śniadaniowe zestawy skopiowane z Tekstyliów. 

W karcie tyleż ambicji ile dróg na skróty. Właściciel uporczywie lansuje Lookier jako małą restaurację, nawet nie tyle śniadaniarnię, ile właśnie małą restaurację. Oczywiście jest jakiś śniadaniowy wabik, ale to wszystko rozgrywa się w sferze pusto-słów typu „śniadanie rajców”, względnie konstrukcji słownych, które być może miałyby jakiś gastronomiczny sens, gdyby zmienić im szyk, np. „jajecznica z dwóch jaj na wiejskim maśle”. Cóż po wiejskim maśle, skoro jajka-trójki? Gdzieś dzwoni, słyszymy, ale w uszach niestety korki.
Twórca karty bardzo starał się zapewne, aby było modnie i ekologicznie, a wyszło trochę śmiesznie. Rażą też wysilone konstrukcje w rodzaju „na postumencie z jarzyn”- nieszczere i pretensjonalne obietnice kulinarnej rafinady.

A i kawa dziwnie smakuje. Z dumą podają Illy, ale przyznamy szczerze, że nie jest to nasza bajka. Wolimy włoska smołę, która nie udaje, że ma jakąś misję. Otrzymujemy kawę przeparzoną i mocno rozwodnioną. Pani z obsługi, skądinąd bardzo miła i pomocna, w kwestii kawy zielona jak niewypalone ziarna. Minus dla właściciela, który nie zadbał o właściwe przeszkolenie personelu.

Nie rozumiemy nazwy, a właściwie to nie tyle nazwy, ile jej desygnatu. Miało być trochę na wesoło i polsko-angielsko, a przy tym z puszczonym oczkiem do współczesnej obsesji wyglądania i pokazywania się. Trafnie, gdyby Lookier był nowoczesną słodką kawiarnią. Tyle że w Lookrze słodyczy jak na lekarstwo: jest „puchar lodów waniliowych podawanych z gorącymi wiśniami aromatyzowanymi imbirem i cynamonem”, nieśmiertelna szarlotka czy sernik, tu koniecznie polany lookrem, i pretensjonalny creme brulee – niestety tylko w ilości 100 g, za to w płaskim spodku jak dla kota.

Lookier jest za to knajpą zmedializowaną. Właściciel zadbał, aby klient mógł zrelaksować się pod plazmą z całodobowym tefauenem albo przy hitach z radiowej plejlisty. Choć  oczywiście puszcza oko do bardziej uświatowionej publiczności, to (!!) w z głośników sączą się złote przeboje. Oldskulowe jak złote zęby.

Lookier usadowił się tuż pod bokiem Pellowskiego, anachronicznej piekarnio-cukierni. Nie przedstawił jednak żadnych specjalnych argumentów na swoją korzyść.

Pospieszmy się więc z wizytą w Lookrze. Póki jeszcze istnieje.

piątek, 17 stycznia 2014

Kawiarnia Filmowa "W Starym Kadrze", Gdańsk












Kawiarnia Filmowa "W Starym Kadrze", Gdańsk, ul. Grobla


To może być ryzykowny wpis.
Stary Kadr to kawiarnia, która ma spore grono wiernych fanów, zwykle dobre noty na trójmiejskich forach, w różnych lokalnych plebiscytach zdobywa trofea i ma zawrotną liczbę lajków na FB.

A jednak Stary Kadr dobrą kawiarnią nie jest.

fot. Cafe Brzytfa
Przyznam, że nie rozumiem wnętrza kawiarni. Tym bardziej zadziwiający wydaje się zauważalny sentyment dla estetyki tej kawiarni. Nie dostrzegam ani romantyzmu ani przytulności. Nie licząc drugiego pomieszczenia (stylistycznie przypadkowego), w którym odbywają się projekcje filmów, Kadr jest mikroskopijny. I do tego dosłownie zawalony przyciężkimi przedmiotami i takimi motywami. Mam nieodparte wrażenie nieużywanego pokoju, w którym lądują niechciane rzeczy: niepotrzebne krzesła, zużyte dywany, rzeczy niepasujące gdzie indziej, poupychane naprędce i bez sensu, byle tylko usunąć je z widoku. W Kadrze panuje klimat graciarni. Jeżeli Kadr zapełnia się ludźmi, robi się ciasno, ale tak dosłownie ciasno: goście niemalże ocierają się o siebie, jest mało intymnie, wszyscy słyszą wszystko o wszystkich.
fot. Cafe Brzytfa
Przestrzeń barowa jest groteskowa. To nie zarzut, że za barem mało miejsca, bo czasami tak bywa, że kawiarnik miewa ciasno, widzieliśmy różne mikrobary do bólu wypełnione sprzętami i kawowo-herbacianymi ingrediencjami, np. ten w sopockim Zaścianku ma dużo wdzięku, ale w Kadrze kłuje w oczy bezmyślna aranżacja tej malutkiej barowej powierzchni - z centralnie położoną obowiązkową mikrofalą, ze stosami książek, z nieapetyczną witrynką chłodniczą i rzędami przemysłowych butli do aromatyzacji mlecznych kaw i herbat.

W Starym Kadrze razi prowizorka. To smutne, ale wydaje się, jakby wnętrze zaaranżowano pospiesznie, trochę byle jak, na zasadzie, że jakoś to się ułoży, że w przyszłości pomyślimy, a jak będzie więcej kasy, to się naprawi. I tak niestety prowizorka trwa, lepsze czasy nie nadchodzą, a doraźne rozwiązania robią się jeszcze bardziej nieładne. Prowizoryczne są niby-bibeloty. Przypadkowe książki, położone tylko dlatego, żeby wyglądać, nowe fotografie, które mają robić za pamiątkowe. Jakieś gipsowe popiersie Mickiewicza, jakieś bursztynowe drzewko szczęścia, jakieś łom bursztynowy na nalewkę dla turystów. Puste rzeczy, ani stare, ani ładne, same w sobie także nie wydają się szczęśliwe, że trafiły do tego miejsca, żeby je reanimować i coś udawać.
W Kadrze ma być staro w tym dobrym znaczeniu. Ma być retro, po krakowsku czy po babciowemu, jak zwał tak zwał. Tyle, że to wszystko szyte grubymi nićmi. Krzesła w Kadrze tylko udają stare, dywany są plastikowe (a zarazem dawno nie odkurzane), a wzorzysta tapeta zamiast uspokajać, razi w oczy. Nie rozumiemy fenomenu przeszklonych gablot, podświetlanych halogenami, no chyba że mają być miejscem na kawiarniane trofea. Wizualnie irytują sztuczne emdeefowe drzwi do toalety (zresztą nieczynnej!!!) i do drugiego pomieszczenia.
Pamiętamy toaletę z poprzednich wizyt. Malutka, niedorobiona i zawsze niedoczyszczona. Ale nie był to taki nieporządek wynikający z kawiarnianego ruchu, taki byłby oczywiście zrozumiały, to był stan trwałego niedomycia i nieodkurzenia, efekt zaniedbań i zaniechań.

W sensie smakowym Kadr jest jałowy. To miejsce przyjazne wszystkim na dietach, nie kusi i nie uwodzi kaloriami. Nie możemy rozwodzić się nad kawą z Kadru. To tylko Vergnano, obok Alfredo, jedna z najbardziej pospolitych i zarazem trocinowatych mieszanek dostępnych na rynku. Nie lubimy.

fot. Cafe Brzytfa
Kadr to kawiarnia filmowa i ten kinowy skręt szczególnie zaznacza się w menu. Przyznamy, że nie jest to dla nas zabieg przekonujący. Menu jest bowiem nieprzejrzyste, przedarcie się przez gąszcz trików i skojarzeń filmowych okazuje się nużące. Anonimowe pozostaną też ciasta: pascha (czy raczej serniczek z bakaliami) identyczna z tą z Pikawy[1] (no i dlatego wtórna, cukiernia Fedora rządzi!), szarlotka z Kadru od Pikawowskiej wyraźnie gorsza, zupełnie nijaka. Herbaty z oszczędnym użyciem składników smakowych: powściągliwie z imbirem, za to z okrasą przemysłowych syropów owocowych. Za to cenowo różnice znaczące, niestety na niekorzyść Kadru: serniczek/pascha (takich samych gabarytów) o całe 4 złote droższy niż na Piwnej, herbaty droższe o złotówkę, ale jest ich mniej i są gorzej doprawione niż w konkurencji. Wszystko podane na ceramice z Bolesławca, fakt, ładne, ale mało w tym inwencji, taki prosto-naiwny ruch: talerzyki w jednakowy babciny niebieski rzucik mają zbudować atmosferę jak u babci. Cóż za różnica czy to z Bolesławca czy z Lubiany, skoro brak dla nich właściwego tła?
fot. Cafe Brzytfa
I analogicznie, dobre miejsca w esemesowych głosowaniach także nie zrobią dobrej kawiarni, zależą głównie od silnej motywacji (czytaj: determinacji) zainteresowanych dobrym wynikiem, zaś lawinowym przyrostom lajków na Fejsie służą specjalne strategie promowania profilu. Wszystkim można w odpowiedni sposób pomóc. Wypadałoby jednak zacząć od właściwego pokierowania a)wnętrzem kawiarni (bo niedostatki/niedoróbki kłują w oczy); b)ofertą kawiarni (bo jest mało konkurencyjna wobec innych miejsc – i smakowo, i cenowo). Naprawdę chciałoby się, żeby w fajnym, poza sezonem trochę niedocenianym miejscu starego Gdańska działała przyzwoita, dopracowana i estetyczna knajpka z kawą i ciastkami. Póki co jednak, przed właścicielami Kadru całkiem długa droga.






[1] Wytłumaczę się, dlaczego – już po raz kolejny – oceniając używam porównań do Pikawy. Czy to się komuś podoba czy nie, Pikawa jest z pewnością pionierką gdańskiego (trójmiejskiego) rynku kawiarnianego. Można zżymać się, że trochę drepczą w miejscu, że nie czują już trendów, ale wytyczyli standardy – co do herbat czy ciast, nawet jeśli sami tych ciast nie pieką.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

NowoRocznie!










Może z lekko opóźnionym refleksem, ale życzymy Dobrego Roku wszystkim lokalnym kawiarniom. Życzymy samych dobrych pomysłów, trafionych propozycji i smacznych produktów. 

Życzymy Wam (i sobie także):

·  żeby w Waszych ciastkach - oprócz tych wegańskich - zawsze dopisywało masło, a margaryna nigdy w nich nie zagościła;

·   żeby Wasze ekspresy nagrzewały się szybko i wytłaczały tylko skoncentrowany kawowy napar;

·   aby w Waszych kawowych budżetach nie zabrakło apetytu na droższą arabikę, żebyście zatem w swoich racjonalizatorsko-ekonomicznych strategiach nie zawierzyli zanadto tańszej robuścianej smole,

·   żebyście nie grzeszyli chciwością i nie ferowali straszliwych marż na własne produkty, ale też żebyście niczego nie żałowali swoim gościom: herbata z miodem ma być słodka, a ta z malinami musi mieć maliny, a nie ersatz z Selgrosa!

I życzymy Wam wielu gości, choć tu akurat wierzymy, że jeśli skoncentrujecie się na dobrych pomysłach, zadbacie, aby było szczerze, smacznie, z pasją oraz powściągniecie zapędy do szybkich zysków, to i goście się pojawią, a wychodzić będą zadowoleni i ogrzani. Pamiętajcie, że prowadzenie kawiarni to też troska o gościa a nie tylko leasing fajnego auta (bez kratki)!


No i nie bylibyśmy Brzytfą, gdybyśmy nie dodali czegoś ostrzejszego: życzymy wszystkim nietrafionym i bezsensownym lokalom, aby szybko ustąpiły miejsca nowym projektom!

czwartek, 12 grudnia 2013

Kawiarnia Galeria, Gdańsk, ul. Piwna










Kawiarnia Galeria, Gdańsk, ul. Piwna 

Najmłodszy kawiarniany lokal w Gdańsku, wystartował w październiku tego roku w niegdysiejszej galerii plastycznej (niespecjalnie aktywnej). Każde nowe miejsce budzi ciekawość, ale nowa kawiarnia w takim punkcie (ul. Piwna, najściślejsze centrum Gdańska) i takim sąsiedztwie (Pikawa dosłownie po drugiej stronie ulicy, Retro prawie obok) to temat arcyinteresujący: czym zawalczą z konkurencją? Jak odnajdą się w tzw. strefie prestiżu (czytaj: jak zarobią na horrendalny czynsz?)? Jaka będzie specyfika i tożsamość tego miejsca, które bądź co bądź musi wypracować jakąś własną, swoistą ofertę, tzn. skusić ku sobie gości i skłonić do kolejnych odwiedzin.

Jesteśmy naiwni sądząc, że założyciele Galerii takie pytania rozważyli. Więcej, oni ich w ogóle sobie nie zadali. Galeria to taka Mała Czarna bis. Bez pomysłu. Bez smaku. Bez sensu.


fot. Cafe Brzytfa

fot. Cafe Brzytfa
fot. Cafe Brzytfa
Kawiarnia obwołała się Galerią, a to zobowiązuje. Trudno jednak pomyśleć o niej jako o galerii. Owszem, są obrazy na ścianach, ale kompletnie brak klimatu galerii. Obrazy są wyłącznie dekoracją ścian, nie tworzą ducha miejsca. Przeciwnie, tracą charakter, zostają sprowadzone do podrzędnej roli wypełniacza pustki tego lokalu. Obsługująca młoda pani, choć bardzo miła, nie jest w stanie udzielić jakiejkolwiek informacji na temat ekspozycji plastycznej.

fot. Cafe Brzytfa
Wnętrze Galerii jest nieokreślone. Taka hybryda starego wnętrza (wysokie sufity, antresola) z brakiem dekoracyjnej inwencji. Krzesełka z metra, takież stoliki. Wszystko ujednolicone, nie ma bibelotów. W Galerii wszystko jest nowe, nowością pachną stoliki, krzesełka, drzwi, ściany. Nie czuć zapachów kawy ani herbaty. Nie jest smacznie: ani na oko, ani na nos. A jednak to miejsce prowokuje pewną wiązkę skojarzeń. Mam silne wrażenie wycieczki w czasie: oto jestem w lokalu z wczesnych lat dziewięćdziesiątych (końca lat osiemdziesiątych), jasne, że upudrowanym, ale tak właśnie po postpeerelowsku kostycznym i niewyszukanym. Piękny cytat z menu, wytłuszczony i odznaczony czerwienią: „O asortyment prosimy zapytać obsługę”. Nieciekawa i banalna oferta kulinarna w karcie menu, pretensjonalnie okraszona Breughlem i Boticellim.

fot. Cafe Brzytfa
Jest witrynka chłodnicza. Cieszmy się, bo widać, czego nie zamawiać. Standard przemysłowo-cukierniczy: fatalny ersatz tiramisu, zakalcowaty sernik, bułowata szarlotka z bardzo powściągliwym użyciem jabłek. Decydujemy się na jedyne ciasto, które ma być wypiekiem domowym – sernik, który nie jest jednak eksponowany w witrynie. Ciasto okazuje się co najwyżej poprawne, a dokładnie to masa sernikowa, bo polewy i spodu nie przystoi zaliczyć do jadalnych. Półkruchy spód jest margarynowy i skandalicznie gryzie w język ze względu na wysoką zawartość kwaśnych węglanów. Polewa, niby czekoladowa, w degustacji okazuje się mdłym czekoladopodobnym  wyrobem, kojarzącym się z peerelowską tabliczką Mela („wyrób z masy tłustej”).

A vis a vis podają taką pyszną paschę z mięciutką i maślaną polewą z gorzkiej czekolady!

Kawiarnia Galeria to kuriozalne miejsce. Wykluwając się tuż pod bokiem Pikawy, ma do zaproponowania przemysłowe ciasta na żenująco niskim poziomie. Założycielom Galerii należy się dwója z wykrzyknikiem: nie odrobili lekcji, nie zadali sobie najmniejszego trudu, żeby zorientować się w ofercie konkurencji i na tej podstawie przedstawić jakąś własną sensowną koncepcję. Pomysł na kawiarnię to coś znacznie więcej niż tylko parę obrazów na ścianach i porcelanowa zastawa z logotypem miejsca. Ile jeszcze pieniędzy musi polecieć w błoto na kompletnie nieprzemyślane projekty?

Chcielibyśmy móc kibicować Galerii, bo zależy nam, aby w Gdańsku fajnych miejsc było jak najwięcej. Ale przez „fajne miejsce” rozumiemy coś zdecydowanie więcej niż właściciele Galerii. Szkoda, bo na ładnej ulicy i w sympatycznym otoczeniu wykluło się coś niestety niewydarzonego, czemu nie wróżymy nie tylko świetlanej, ale w ogóle jakiejkolwiek przyszłości.

fot. Cafe Brzytfa
. P.S. Kibelek na śmieci z toalety: jak dotąd nie udało się jeszcze zdjąć naklejonych etykiet :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Kawiarnia Melanż, Gdańsk Wrzeszcz









Kawiarnia Melanż, Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Partyzantów

Melanż to świeże miejsce, które wykluło się na przełomie lipca-sierpnia tego roku w ścisłym centrum Wrzeszcza, tuż pod bokiem Starbaksa. Wydawać by się mogło, że tego typu sąsiedztwo „zobowiązuje” a Melanż będzie jakoś polemizował ze Starbaksem, że przedstawi jakąś lokalną alternatywną opcję wobec globalnej sieciówki. Tym bardziej, że w taki oto sposób został przedstawiony (o czym mogliśmy czytać TU). Kawiarnia przedstawiona została jako miejsce „domowe”, gdzie gość uraczony zostanie domowymi ciastami, pierogami i takąż atmosferą. Nic z tych rzeczy. Melanż żyje w swoim świecie, trwa niezakłócenie skutecznie zaimpregnowany wobec współczesnych kawiarnianych trendów, także tych stojących w opozycji do globalnych, zunifikowanych kawiarnianych marek. 
Wnętrze jest sterylne, puste, wręcz opustoszałe. I nie chodzi tylko o brak ludzi, ale przede wszystkim o pustkę estetyczno-energetyczną. Być może tliła się w Melanżu kiedyś jakaś energia, może wkrótce po otwarciu miejsce jakoś żyło, teraz jednak wszystko się ulotniło. Pozostało nieładne miejsce, przystające bardziej do kanonów prowincjonalnej restauracji z lat dziewięćdziesiątych, kiedy minimalistyczne zestawienie skaju („ekologicznej skóry”) i emdeefu (z niego wykonane są meble) wyznaczało bezpieczne estetyczno-funkcjonalne standardy. Dzięki takiej stylistyce wnętrza dzisiaj Melanż jest miejscem po stokroć anachronicznym. Nie pasuje ani do starszych pań w obowiązkowych nakryciach głowy, ani do młodych rodziców z małymi dziećmi, dziećmi, ani do studentów, ani  tym bardziej do hipsterów, których w sąsiednim Starbaksie pewnie pełno.


fot. Kawiarnia Melanż


fot. Cafe Brzytfa

Fot. Cafe Brzytfa

Melanż jest miejscem smutnym. Przygnębiającym, bo pokazuje (niestety) śmierć marzeń. W czasach, gdy wszędzie trąbi się, że trzeba marzyć, bo to co się wymarzy, musi się spełnić, Melanż brutalnie wkłada w kij w szprychy: nie warto spełniać swoich marzeń, gdy na ich realizację nie ma się pomysłu. Bo na realizacji tak naprędce skleconych pomysłów można się przejechać. W Melanżu, jak czytamy (TU) dużo było marzeń: o własnej kawiarni, o własnych ciastach, pierogach, stolikach i gościach, realizacji pewnej kulinarnej alternatywy. Zabrakło jednak wysiłku, żeby wesprzeć je jakąś wizją, planem, koncepcją, stylem, jakąkolwiek pogłębioną refleksją, no i co najważniejsze jej spójną realizacją. Uruchomienie Melanżu – w jego dotychczasowej wątpliwej formule - jest chyba strzałem w kolano. I nie chodzi o to, że zła lokalizacja, trudna konkurencja, że mało ludzi. Lokalizacja jest dobra, sąsiedztwo synagogi i gminy żydowskiej to niewątpliwy atut. Jednak  w ofercie Melanżu, poza stereotypowym obrazkiem Żyda liczącego monety (oj oj) brak jakiegokolwiek odwołania do tej tradycji (co arcyciekawe znajdziemy tam składniki obecne w tej tradycji: kardamon, daktyle). Oczywiście, szanujemy to, że nie każdemu z tą tradycją jest po drodze.

Sprawiedliwie odnotujmy plusy: pierwszy plus fakt, że wszystkie ciasta są domowej produkcji, dodatkowo zaś mogą być spożywane przez diabetyków. Właścicielka skwapliwie zdradza ich komponenty i wartości odżywcze. Drugi to obsługa samej właścicielki (rzadkość): nienarzucająca się, dyskretna, uśmiechnięta, subtelna. Fakt ten sprawił, że w Melanżu czuliśmy się swobodnie, prywatnie. Niewątpliwym atutem naszej wizyty było pyszne ciasto daktylowe. Okazało się wilgotne, oblane świetną okołakajmakową polewą z ciemnego muscovado. Było warto. Z pewnością kontrowersyjne było upstrzenie talerzyka kleksami jakiegoś żółtawego przemysłowego sosu (po co???). I nie chodzi o sam smak sosu, to po prostu wyglądało nieapetycznie (!). Smaczne ciastko zepsute fizjologiczną dekoracją talerzyka.

W trakcie naszej wizyty dostępne były jeszcze: ciasto marchewkowe, szarlotka i sernik. Ale i tu niestety pojawia się łyżka dziegciu: nie wszystkie ciasta wyeksponowane w małej witrynce (która wszak służy komunikacji z klientami i ma inspirować do konsumpcji) zachęcały do bliższego poznania. Sernik był wyraźnie zeschnięty, niemal szklisty, pewnie nie najświeższy, o ciężkiej klocowatej strukturze, która w miarę upływu czasu ciąży coraz bardziej. Szarlotka, o przerośniętym, również zleżałym, zbitym spodzie, przykryta została bezową pierzyną. Za taką raczej nie damy się pokroić. 

Fot. Cafe Brzytfa


Fot. Cafe Brzytfa


Założyciele/właściciele Melanżu póki co dostają niestety dwóję (ocenę wedle starej skali czyli niedostateczną). Przede wszystkim za to, że nie zbudowali (bo nie pokusili się o to) tożsamości miejsca. Nie odrobili lekcji, nie zapoznali się z konkurencyjnym otoczeniem, nie przedstawili jakiejś własnej, sensownej, komplementarnej propozycji. Odrębności lokalu nie załatwią przecież wyliczenia kaloryczne w menu ani sporadycznie organizowane koncerty. To dziwi, gdyż nie-słodka oferta kulinarna lokalu wydaje się być całkiem ciekawa. Jednak nieciekawe i nietrafione wnętrze skutecznie ją zakrywa. Tu zresztą pojawia się zasadne pytanie: czym dokładnie jest Melanż? Restauracją - co sugerowałby fakt obecności słonych przekąsek/obiadów/lunchy/...  czy kawiarnią? Póki co rozstajemy się z tym miejscem, ale na pewno tu wrócimy.


Fot. Cafe Brzytfa


fot. Kawiarnia Melanż